Zmęczony klechistańską propagandą, poszedłem na doroczne dni ateizmu, organizowane przez 17 procent polskich ateistów. Od razu zaznaczam, że wszyscy przyszli. Całe 17 procent – i to bez żadnych promili.

Rozpoczęło się od prelekcji ateisty w białej koszuli, który wyglądał na 13 lat. Obok siebie miał kolegę, prawdopodobnie z przedszkola. Już na wstępie zgodzili się ze sobą, że Polska jest najbardziej katolickim krajem w Europie. Chciałem to spostponować, bo najbardziej katolicki jest jednak Watykan, ale nie zdążyłem – poprawność polityczna chwyciła mnie za ramię. Musiałbym to tłumaczyć do upadłego, co oponentom, których na sali nie było, niechybnie poprawiłoby humor.

Ale przecież tak wcale być nie musiało. Wszak ateizm jest powabny, seksowny, ciekawy, gejowski wprawdzie trochę, ale to oznacza, że wesoły. Dobrze byłoby pochylić czoła przed wszystkimi, którzy przez tysiące lat znaleźli trochę czasu między kopulacją a zabijaniem się nawzajem, aby przybliżyć nas do rozwiązania najważniejszej z tajemnic. Byli to bardzo odważni ludzie różnych poglądów politycznych i przekonań kulinarnych.

Słowo od Boga

Pierwszą taką próbą wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi, była oczywiście Biblia. Obwołana została „słowem bożym”, ale nawet najprostszy katecheta nie kłamie w kwestii tej, że Biblię napisali ludzie. Ludzie ci widzieli, że Ziemia jest płaska. Słońce przemierza niebo ze wschodu na zachód. Ludzkie zwłoki zamieniają się w proch. Zwierzęta nie są ludźmi.

Pomysł, że Ziemia nie jest płaska, tak naprawdę pojawił się 300 lat przed naszą erą, to jest 2300 lat temu, w barbarzyńskim Rzymie i Grecji. Wynikło to z obserwacji, że skoro wszystkie postrzegalne planety są okrągłe, to dlaczego z Ziemią miałoby być inaczej? Wielki krok w kierunku współczesnego ateizmu wykonał Mikołaj Kopernik („FiM” 8/2018), który wyliczył i wymierzył, że to Słońce jest w centrum Układu Słonecznego, a Ziemia się kręci, tak wokół własnej osi, jak i osi, której punktem centralnym jest Słońce. Głoszenie hipotez Kopernika było niebywałym świętokradztwem, herezją i grzechem śmiertelnym.

Niedowiarki

Przez następnych 400 lat nic się zasadniczo interesującego nie działo. Hipoteza, że Pan Bóg stworzył świat, nadal wyglądała całkiem elegancko, aż narodził się niejaki Darwin („FiM” 27/2017). Nie kwestionował wprost istnienia Pana Boga, ale wymyślił ewolucję, z której wynikało, że nasi pierwsi rodzice niekoniecznie wyglądali tak, jak ich ukazywali Memling, Dürer czy Rubens. Niekoniecznie chodzili po świecie z listowiem zamiast narządów płciowych.

W XX wieku pojawił się Einstein („FiM” 22/2017), który twierdził, że początek mógł być zupełnie inny, niż napisano w Torze. Materia, energia i czas ongiś nie istniały. Wszystko zaczęło się od wielkiego wybuchu.

Tak naprawdę historia twardych argumentów za ateizmem to ostatnie 50 lat, kiedy niejaki Ditfurth przekonuje w swojej naukowej powieści „Na początku był wodór”, że ewolucja jako taka nie jest jedynie cechą materii ożywionej. Najpierw była ewolucja chemiczna, u korzeni której stoi najprostszy pierwiastek, zawierający po jednym elektronie, protonie i neutronie – wodór mu na imię. Wymyślił również, że świadomość powstała w rezultacie ewolucji biologicznej – rekombinacji kodów genetycznych.

Następnie, a w zasadzie równolegle, myślał Hawking („FiM” 11/2018). Precyzyjnie wyliczył, że wszechświat musi mieć 20 mld lat, co było jakieś 30 lat temu. Potem liczył kolejne 20 lat i mu wyszło, że wcześniej to on się pomylił, o jakieś, bagatela, 6,5 mld lat. Obecnie astrofizycy zgadzają się, że od wielkiego wybuchu minęło około 13,5 mld obecnych ziemskich lat, co oczywiście nie jest w zupełności prawdą. Moment praeksplozji był również początkiem istnienia czasu, którego istoty do końca nie rozumiemy, ale domyślamy się, że jest zależny od prędkości, z jaką się poruszamy. 

Zbierał to do kupy niejaki Richard Dawkins („FiM” 49/2017). Napisał więc o „Bogu urojonym”, a w beletrystyce swej zawarł fundamentalny dowód na nieistnienie Boga: „…modliłem się za losowo wybrane grządki w swoim ogrodzie, aby się przekonać, czy na tych przemodlonych rośliny będą szybciej rosły. Nic takiego nie nastąpiło”. 

Argument ten przez krytyków Dawkinsa obalany był tym, że jego modlitwa nie była wystarczająco żarliwa. Zwłaszcza że niejaki Daniel Dennett („FiM” 51/2017) – rasowy ewolucjonista – potwierdził doniosłą rolę modlitwy jako motoru automotywacji, planowania, przewidywania przyszłości, a także jej sprawstwa. Kolejny ewolucjonista, Nicholas Taleb, zwrócił uwagę na kapitalną rolę przypadku w historii ewolucji i że dzięki niemu mogło zdarzyć się naprawdę wszystko, łącznie z takimi błędami matki natury jak np. 34 tys. księży katolickich w Polsce, którzy umrą przeważnie bezpotomnie, a ich łańcuchy DNA zostaną zmiecione z powierzchni naszej planety.

No i w końcu nadal żyje niejaki Frans de Waal, który zauważył, że etyka, czyli to co Pan Bóg dał rzekomo Mojżeszowi w formie 10 przykazań, w gruncie rzeczy jest cechą ewolucyjną organizmów biologicznych, którą doskonale widać u ssaków naczelnych, a także u takich bezkręgowców jak modliszka, która po zakończonej kopulacji zżera swojego partnera (wyłącznie dla jego dobra). Nie można też pominąć niejakiego Daniela Kahnemana, który rozprawia się z rzekomo ponadnaturalnymi cechami naszego umysłu.

Jakby to zebrać do kupy, mamy dość pokaźny pakiet hipotez, wielokrotnie obszerniejszych niż Biblia, tłumaczących na zasadach inżynierii odwrotnej, dzieje Ziemi i gatunku ludzkiego z pominięciem Pana Boga.

Między wiarą a rozumem

Żadna ludzka hipoteza ani system poglądów nie był i nie będzie pozbawiony błędów. Einstein modyfikował swoją teorię względności trzy razy, aby dopasować jej poprawność do stanu rozwijającej się wiedzy. Może to wydać się nieoczywiste, więc przypomnijmy, że bezsprzecznie prawdziwe zasady fizyki newtonowskiej najpierw zostały przez Newtona wymyślone, a dopiero potem pracowicie i mozolnie dowodzone. W każdej działalności naukowej dużą rolę – przynajmniej na początku – odgrywa fantazja badacza, pomysłowość i wyobraźnia; zanim dotrze on do twardych dowodów.

Przy tych osiągnięciach przypowiastki religijne powoli bledną, chociaż nie tracą na atrakcyjności. Towar, jakim jest życie wieczne w zamian za dobre sprawowanie, jest trudny do pobicia, bo jak twierdzą konserwatywni teologowie – bez Boga i raju w zaświatach życie na Ziemi nie miałoby sensu.

Myślę, że tak nie jest, że ma ogromny sens, który zgodnie z zasadami ewolucji nakazuje czynić Świat lepszym, bardziej harmonijnym i zrozumiałym. Nagroda życia wiecznego w formach i warunkach, jakie znamy tu na Ziemi, wydaje się kiepskim trofeum. Czy chcielibyście spędzić wieczność w Bangladeszu bez prawa do popełnienia samobójstwa?

Między Kongresem i rozumem

Wyzłośliwianie się na Kongresie Ateistycznym na Kościół i religię oraz słyszalne postulaty o konieczności kastrowania księży nie brzmią użytecznie, zasadnie, a także nie są warte pochwały. Nie jest pewne, że Świat bez religii byłby lepszy, a ponieważ nie można tego eksperymentu powtórzyć, nie mamy szans się dowiedzieć.

Pierwsze szkolnictwo, piśmiennictwo i dysputa naukowa miały charakter okołoreligijny. Gutenberg rozpoczął erę druku od produkcji Biblii, co pozwoliło mu wydawać potem również laickie publikacje. Kościoły to też na ogół dość estetyczne obiekty, a muzyka wymyślona na potrzeby chwały bożej jest nie do podrobienia i nie do przebicia! Twierdzenie, że nic sensownego nie wynikło z religii, jest więc nieprawdą. Zdaje się, że była ona etapem koniecznym dla rozwoju naszego gatunku, aby otworzyć nową erę – ateizmu.

Kiedy ateizm osiągnie postać dojrzałą i stanie się dominującym poglądem? Jak nikt nie będzie go wdrażał na siłę oraz mu przeszkadzał – za jakieś 352 lata. Moment przesilenia nastąpi dokładnie 11 maja 2370 r. o 16.58 czasu ziemskiego. O czym z dumą i radością informuję organizatorów Dni Ateizmu.

Robert Jaruga

Facebook Comments