Ile zarabia ksiądz? To pytanie rozpala wyobraźnię ludzi, którzy chodzą do kościoła, oraz tych, którzy omijają wszelkie świątynie szerokim łukiem. Odpowiedź jest prosta: każdy ksiądz inaczej. Dochody zależą od wielkości parafii, zasobności portfeli wiernych, ale też od księżej wyobraźni.

W Polsce panuje przekonanie, że księdza i Kościoła o dochody pytać nie wypada. Jest to niewątpliwie na rękę sukienkowym, według których finanse Kościoła to sprawa Kościoła i niczyja więcej. W naszym kraju tylko nieliczne diecezje rozliczały się ze swoich finansów (robił to m.in. zmarły abp Józef Życiński). Ogólnopolski raport finansowy Kościół ujawnił tylko raz. W konsultacji z episkopatem przygotowała go w 2012 r. Katolicka Agencja Informacyjna (KAI). I jest to jedyne oficjalne źródło na temat finansów Kościoła i zarobków duchownych. Według wyliczeń KAI, dochody duchownych z pracy duszpasterskiej w parafii wahają się od 800 zł do ok. 5 500 zł miesięcznie. Średnio wynoszą więc 1,5–2,5 tys. zł. Z kolei według najnowszych wyliczeń portalu SuperBiznes.pl, ta kwota jest ponad 10 razy większa i wynosi średnio 25 tys. zł na miesiąc. To zależy od parafii. Jedne nazywane są „kuwejtami” inne „zesłaniem”. Jednak, jak pokazuje rzeczywistość, każdą da się wycisnąć jak cytrynę. Sposób wyciskania zależy od zaradności i wyobraźni księdza.

Co łaska

80 proc. budżetu każdej parafii stanowią datki wiernych. Zarobki w tych parafiach zależą od liczby mieszkańców, ich zamożności i hojności, poziomu religijności oraz autorytetu, jakim cieszy się duchowny.
„I tak w małej, liczącej niespełna tysiąc mieszkańców wiejskiej parafii w diecezji tarnowskiej przeciętna wysokość niedzielnej tacy wynosi 487 zł, w 3-tysięcznej parafii w diecezji bielsko-żywieckiej – 2 300 zł, w 8-tysięcznej parafii w archidiecezji lubelskiej około 3 tys. zł, w dużej miejskiej parafii w archidiecezji katowickiej –do 4 tys., podobnie jak w małej, znajdującej się w centrum Warszawy” – czytamy w raporcie KAI.
Większość duchownych uważa, że ofiary od wiernych im się po prostu należą. To efekt wpajanego już w seminarium przekonania, że są wybrańcami, których lud boży powinien wielbić i utrzymywać. Ofiary z mszy są teoretycznie przeznaczane na utrzymanie parafii i diecezji. Do kurii najczęściej trafia jedna taca w miesiącu. Reszta – w teorii – przeznaczana powinna być na wydatki związane z parafią, tj. ogrzewanie kościoła, opłacenie organisty itp.

„Własny” biznes

Podstawowym źródłem osobistego dochodu księży są stypendia mszalne, czyli ofiary składane przy zamawianiu mszy oraz „iura stolae” – opłaty za sakramenty: śluby, pogrzeby, chrzty („FiM”18/2019). Choć episkopat nie pozwala na „cenniki”, nieoficjalnie obowiązują one niemal w każdej parafii. Nawet jeśli nie ma cennika, to gorliwi parafianie pilnują, by nie dać mniej niż to przyjęte.
„Wszyscy dają tyle…”, „ nie mniej niż…”, albo „ubodzy dają tyle, zamożni tyle…” – taką skuteczną strategię manipulacji owieczkami przybiera większość proboszczów. „Bo jak to, dać mniej niż inni i wyjść na biedaka?” – zastanawiają się dumni parafianie. I tak ofiara składana przy okazji intencji mszalnej waha się od 50 zł do 100 zł. A przecież jedna msza jest często odprawiana w intencji kilku zmarłych z różnych rodzin. Te kwotę należy więc pomnożyć.
Ślub to minimum 500 zł. Częściej, w wiejskich parafiach, opłata wynosi 1–1,5 tys. zł. Większość kapłanów uważa ją za sprawiedliwą, bo skoro można wydać kilkadziesiąt tysięcy na wesele i całą oprawę tego wydarzenia, to księdzu też się należy. A należy się, i to z góry. Tak jak w Nowym Dworze Mazowieckim, gdzie ksiądz proboszcz 10 minut przed ceremonią wezwał na dywanik pana młodego i zażądał 700 zł, bo tyle płacą „ wszyscy”, a jak nie, to ślubu nie będzie i już.
Podobną zasadę księża stosują w przypadku pogrzebów. Instytut Badawczy ABR SESTA przepytał na zlecenie Wirtualnej Polski 100 parafii w całej Polsce, od Białegostoku przez Pomorze, Wielkopolskę, Śląsk aż po Podkarpacie i Lubelszczyznę. Ankieterzy pytali, ile w zasadzie wynoszą opłaty pogrzebowe? Mowa jednak nie o trumnie, miejscu na cmentarzu, kopaniu grobu, a opłacie, która wędruje tylko i wyłącznie do Kościoła. Jeżeli padała konkretna kwota, było to średnio 598 złotych, najwyższa wynosiła 1 200 zł. Nie ma reguły, zdarzają się takie parafie, gdzie ksiądz za pogrzeb życzy sobie 2,5 tys. zł. Najniższe ceny obowiązują w diecezji szczecińsko-kamieńskiej – 100 zł. Zapewne jest to związane z tym, że diecezja notuje jeden z najniższych w kraju odsetek tzw. aktywnych wiernych. Bywa i tak, że opłaty naliczane są za wszystko oddzielnie. Tak jest w Brzezinach (woj. łódzkie).
– 2 tysiące za wykopanie dołka, 2 tysiące za plac, ksiądz tylko za odprawienie pogrzebu bierze 900 zł. Nawet za otwarcie bramy trzeba zapłacić 120 zł – wylicza mieszkaniec.
Mniejsze opłaty towarzyszą chrztom. W końcu „nowa dusza to największa ofiara”.
Zazwyczaj opłata za podtopienie dziecka w wodzie święconej waha się między 50 a 250 zł. Najtaniej jest w niektórych parafiach diecezji katowickiej, koszalińsko-kołobrzeskiej, sandomierskiej, wrocławskiej czy zielonogórsko-gorzowskiej. Z kolei w Szczecinie „rodzice dają 200–250 zł”, podobnie jak w Łodzi, gdzie zazwyczaj w kopercie dla księdza ląduje 250 zł.

Zakupoholicy i budowlańcy

Prawdziwy interes to jednak zakupy dla parafii i remonty. Aby przekonać się, jak dochodowy może być remont kościoła, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google frazę „remont kościoła”. Natychmiast wyskakuje niezliczona liczba parafii, które zbierają: na wymianę dachu, rynien czy renowację ołtarza. Potrzeby jak widać są ogromne. Na remont kościoła w Jaktorowie pod Chodzieżą potrzebne jest 2,5 mln zł. To jednak drobne przy remoncie np. Kościoła Jezusowego w Cieszynie, który wyceniono na 20 mln zł.
Parafianie z Jeziorek (woj. zachodniopomorskie) od miesięcy drżą o swój zabytkowy kościół. Proboszcz zabrał się do remontu, ale z jakichś względów nie może lub nie potrafi go dokończyć. Zdobył prawie 400 tys. zł na remont świątyni z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dołożyli też wierni. Zakres prac miał objąć remont fundamentów, konstrukcję ścian i części dachu oraz korpus kościoła. Prace nie zostały jednak wykonane. Ksiądz nie udziela informacji na ten temat. W końcu „chodzi o to, aby zbierać, a nie żeby zebrać i skończyć zbieranie…”.
– Nie przypominam sobie, żeby w ciągu mojej posługi w kościele, najpierw jako ministrant oraz lektor w macierzystej parafii na łódzkim Widzewie, ksiądz proboszcz opublikował jakakolwiek fakturę VAT za wykonane prace lub usługi na rzecz parafii – mówi nam anonimowo parafianin, bardzo zaangażowany w życie swojej wspólnoty. – Zaczęło się od figur do szopki przed świętami Bożego Narodzenia w 2009 lub 2010 r. Proboszcz przechwalał się, że dał 2 tys. zł za sztukę. Mój ojciec przyznał się wkrótce potem, że chciał sprawdzić te figurki i zdrapał odrobinę farby z jednej. Jak się okazało, pod farbą był zwykły gips. Taka figura była warta może połowę tej ceny w detalu. Następnie były dębowe ławy za 5 tys. zł sztuka. W internecie natknąłem się na artykuł, że jedno z dużych polskich miast sprowadziło podobne ławy z Niemiec za 900 zł sztuka – opowiada rozżalony mężczyzna.
– Dwa lata temu ksiądz pochwalił się zakupem nowego rzutnika do głównego kościoła za 25 tys. zł. Znajomy, znający się na takim sprzęcie, był zdumiony, ponieważ najlepsze na rynku kosztują 15 tys. zł – dodaje inny aktywista z tej samej łódzkiej parafii.

Na państwowym stołku

Mniej „przedsiębiorczy” księża doją państwową kasę. Około 60 proc. z nich to katecheci, wykładowcy akademiccy, kapelani instytucji państwowych, w tym np. szpitali. Wszyscy mają
zagwarantowaną stałą państwową pensję. Ministerstwo Edukacji (a więc budżet państwa) wydaje rocznie na księży katechetów 350 mln zł. Katecheta zarabia średnio 3,7 tys. złotych brutto, czyli tyle, co nauczyciel mianowany, a więc pedagog z wieloletnim doświadczeniem na przedostatnim stopniu zawodowego awansu.
Księża, którzy nie chcą „użerać się z dziećmi” lgną do munduru. W 2018 r. na duszpasterstwo wojskowe (łącznie Ordynariat Polowy Wojska Polskiego, Prawosławny Ordynariat Wojska Polskiego oraz Ewangelickie Duszpasterstwo Wojskowe) przeznaczono z budżetu MON prawie 21 mln zł. Za wojskiem poszły inne służby mundurowe. I tak np. w Straży Granicznej jest dziś 19 kapelanów (a dokładnie 16 kapelanów i 3 dziekanów, z czego rzymskokatolickich – 11), co przez ostatnie trzy lata łącznie kosztowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji niemal 5 mln zł. Państwo wypłaca też pensje kapelanom szpitalnym, więziennym, pracującym na etatach w straży pożarnej, policji i w Biurze Ochrony Rządu. Pensje są różne, w zależności od resortu, na ogół w okolicach średniej krajowej, ale niektórzy kapelani, zwłaszcza w szpitalach i więzieniach, drugie wynagrodzenie potrafią uskładać z dobrowolnych datków.

Interes na nieruchomości

Niektóre parafie mogą liczyć na dodatkowe przychody, np. z dzierżawy gruntów, działalności gospodarczej i różnych dotacji, np. unijnych. Proboszcz jednej z podlubelskich parafii (2,5 tys. wiernych) otrzymuje rocznie 5 tys. zł z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Parafia ma łąki i grunty uprawne, złożyła więc wniosek o dopłaty do działalności rolniczej. W świetle prawa ze środków tych nie korzysta bezpośrednio parafia, lecz dzierżawca zatrudniony przez proboszcza. Ale zawsze można się dogadać… Popularne jest wynajmowanie kościelnej wieży operatorowi sieci telefonii komórkowej. To miesięczny zarobek od 6 tys. do kilkunastu tysięcy złotych.

Święcić, święcić i jeszcze raz święcić

Woda święcona to w Polsce powszechnie stosowany impregnat, zabezpieczający przed potencjalnymi uszkodzeniami dosłownie wszystko! Dlatego księża nie przepuszczą okazji do zarobienia dodatkowego grosza. Święcą wszystko: od radiowozów, poprzez studzienki kanalizacyjne, szamba, zwierzęta, rowery, po sklepy i restauracje. Obiekty mnożą się jak grzyby po deszczu. Najbardziej kuriozalny był w Nakle nad Notecią, gdzie poświęcono bar sieci McDonald’s. Za pokropek ksiądz zwyczajowo bierze 1–2 tys. zł (biskup od 10 tys. zł w górę).

Wizyta poborcy

Kolęda, czyli coroczna wizyta duszpasterska, to dla księży to samo co dla zwykłych zjadaczy chleba „trzynastka”. Przeciętnie w kopercie na białym obrusiku ląduje 50 zł. Nie wszystko jednak trafia do kieszeni proboszcza. W większości diecezji obowiązuje zasada: 1/3 datków zebranych podczas kolędy zostaje w parafii, 2/3 księża muszą oddać. Zwykle 1/3 na seminarium duchowne, a 1/3 na kurię. Pewnie dlatego co roku słychać coraz więcej historii, że księża żądają określonych opłat za wizytę duszpasterską. Proboszcz jednej z białostockich parafii, niczym komornik, poprzez pisemne wezwania domagał się od swoich parafian opłat za zaległe kolędy. 79-letnia emerytka dostała wezwanie do zapłaty 400 zł, bo jej zaległości miały sięgać czterech lat. Proboszcz każdą mszę niedzielną wycenił na 2 zł i wyszło mu 100 zł rocznie.

Można po prostu kraść

Wszystkie te możliwości nie wystarczają jednak niektórym duchownym, którzy zapomnieli o siódmym przykazaniu. Były proboszcz spod Ostrowa (woj. wielkopolskie) został oskarżony o kradzież z kościoła dwóch zabytkowych lichtarzy. XVII-wieczne dzieła sztuki chciał sprzedać na internetowej aukcji za 13 tys. zł. Podobnie było w przypadku ks. Bogusława, byłego proboszcza parafii Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Zawoi (woj. małopolskie), który przez 17 lat bezprawnie przetrzymywał obraz „Chrzest Chrystusa w Jordanie” z 1830 r.
– Ksiądz miał zamiar zwrócić ten obraz, ale trochę się przeciągnęło – tłumaczył w sądzie Suchej Beskidzkiej adwokat duchownego. Po śmierci właścicielki naturalnym nowym właścicielem płótna byłby oczywiście ksiądz.
Głośno było o duchownym z Dłutowa, który wyjechał w nieznane w środku wakacji. Zapomniał pożegnać się z parafianami, nie zapomniał jednak zabrać pieniędzy ze ściągniętych wiosną zaległych opłat za utrzymanie grobów na kościelnym cmentarzu. Świadkowie opowiadali, że w nocy przed dłutowską plebanię podjechał samochód. Proboszcz miał zostawić kartkę z prośbą, by go nie szukać. Kuria szybko mianowała następcę. W połowie sierpnia parafię przejął kolejny ksiądz, a biskup Marek Marczak skierował do wiernych uspokajający list z wyjaśnieniem, że wszystko w kościelnej kasie jest OK. Życie w parafii zaczęło wracać do normy. Nikt nie zgłosił przestępstwa. Do policji nie wpłynęło zawiadomienie diecezji o kradzieży parafialnych pieniędzy, tak jak zazwyczaj dzieje się w organizacjach przestępczych…
Takie spektakularne porzucenia parafii zdarzają się rzadko. Duchowny z Łowicza, mający opinię hazardzisty, zaciągał długi u parafian i u księży. Prokuratura postawiła mu zarzuty przywłaszczenia 200 tys. zł z parafialnych pieniędzy (z kredytu na remont zabytków) oraz wyłudzenia 70 tys. zł od innych księży. Duszpasterza ruszyło jednak sumienie, a może lęk przed wymiarem sprawiedliwości, i po pewnym czasie sam zgłosił się do prokuratury. Udał się też do ośrodka leczącego uzależnienia, i po sprawie.

W kieszeni wiernych i „niewiernych”

W Polsce Kościół i księża nie mogą więc narzekać na brak środków do życia. Mimo to wciąż im mało. Na szczęście (dla nich) są jeszcze bezdomni i państwowa kasa. Jak wynika z raportu NIK, w ubiegłym roku na fundusz kościelny z państwowej kasy przeznaczono rekordową kwotę 160 mln zł. To o 59 mln zł więcej niż 5 lat temu. Z funduszu finansowane są przede wszystkim składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne duchownych. To jednak niewielka część tego, co od państwa otrzymuje Kościół. Państwo dofinansowuje też kościelne uczelnie wyższe (ponad 200 mln zł), renowację kościelnych zabytków (ponad 26 mln zł) i największą kościelną organizację charytatywną – Caritas (ok. 5 mln zł). Do tego dotacje z Unii, m.in. na modernizację i renowację kościołów (ponad 120 mln zł). No i strumień pieniędzy, jaki za rządów PiS płynie do ojca Tadeusza Rydzyka, łącznie około 235,5 mln zł. Państwo z pieniędzy podatników łoży też hojnie na inne kościelne przedsięwzięcia, choćby budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, którą minister Gliński wsparł dotacją 4 mln zł. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie kosztowały budżet ok. 170 mln zł.
Ogromne pieniądze pozostają w kieszeni biznesmenów kościelnych z tytułu prowadzenia wszelkiej działalności gospodarczej (wynajem nieruchomości, wydawnictwa książkowe i prasowe, radio, telewizja, żłobki, przedszkola, szkoły, uczelnie wyższe, produkcja artykułów spożywczych, sprzedaż art. „świętych” i wiele, wiele innych). To kwoty liczone w miliardach złotych…
Jak więc odciąć tego pasożyta od państwowego organizmu? Najlepszym sposobem byłby model niemiecki. Tam księża traktowani są jak urzędnicy. Dostają pensje według tabeli płac. Proboszcz od 3 do 5 tys. euro brutto, w zależności od landu (tam gdzie jest większość katolicka zarabiają lepiej niż w landach protestanckich), stażu pracy i stopnia naukowego. Biskupi – od 8 do 12 tys. euro brutto. Uposażenia wypłaca budżet państwa z podatku, którym objęci są wierni. Przynależność do jakiegoś Kościoła oznacza bowiem obowiązek utrzymywania go. W zależności od landu stanowi to 8–10 proc. kwoty podatku dochodowego od osób fizycznych. Skoro wierni łożą na Kościół, staje się oczywiste, że biorą udział w zarządzaniu tymi finansami: w diecezjalnych i landowych radach ds. ekonomicznych zasiadają świeccy. To także wpływ konkurencji Kościoła protestanckiego, w którym laikat ma silny głos.
W Polsce kler doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby wprowadzono podatek kościelny na wzór niemiecki, mielibyśmy do czynienia z falą apostazji, a na to Kościół ani poddańczy mu rząd nigdy nie pójdą. Ale pomarzyć, żeby „wziąć ich głodem”, zawsze możemy…

Facebook Comments
Poprzedni artykułPiąta kolumna 32/2019
Następny artykułZaloty partyjno-kościelne
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).