Czytam o tym wirusie, słucham o nim, oglądam TV, która widzi go dosłownie wszędzie. Doszło do tego, że czasami i ja go widzę.

Nie wiem, dlaczego wszyscy twierdzą, że wirus z Wuhanu jest groźniejszy od innych wirusów. Nie wiem skąd ten strach przed nim. Nie wiem skąd przypuszczenie, że zabija on ludzi bardziej niż inne paskudztwa. Myślę, że ten wirus to już stan umysłu; swoista zakaźna choroba psychiczna. Myślę w końcu, że bardziej niebezpieczny niż on sam jest strach przed nim.

Wirus z Wuhanu wylągł się w Chinach. Do Europy wkroczył przez Włochy, a do nas dotarł przez Niemcy. Pewnie dlatego Polacy, w nadziei uchronienia się przed nim, masowo wykupują chińskie maseczki, chiński ryż, włoski makaron i niemiecką chemię do dezynfekcji. Strasznie to głupie – maseczki nie chronią osób je noszących przed wirusem, lecz otoczenie przed wydzielinami „zamaskowanych”. Na logikę zdrowi nie powinni ich zakładać, a jeśli mają je na twarzy, należałoby ich traktować jako ludzi zainfekowanych, czyli izolować na oddziałach zamkniętych; w szpitalach zakaźnych lub w psychiatrykach. Pozytywne jest, że może w końcu, ze strachu przed śmiercią, Polacy zaczną bardziej dbać o higienę, w tym o mycie rąk. Ale z przerażeniem patrzyłem niedawno na ręce przedszkolaków, które były dosłownie starte z powodu stosowania antybakteryjnych żelów. Nikt rodzicom nie powiedział, że w ten sposób wirus może łatwiej przedostać się do dziecięcych organizmów.

Kiedy polscy eksperci mądrzą się w telewizjach, dywagując, czy mamy do czynienia z epidemią, czy z pandemią, w genewskiej siedzibie WHO (Międzynarodowa Organizacja Zdrowia ONZ) od kilkunastu dni furorę robi nowe słowo – infodemia. To masowa histeria, podkręcana przez media oraz niektóre rządy, próbujące wykorzystać sytuację do zbicia kapitału politycznego. Wywołać panikę nie jest trudno.

Znacznie trudniej przewidzieć, w jaką pójdzie ona stronę. Tak, jak np. w amerykańskim Michigan, gdzie mieszkańcy masowo wykupują amunicję. Oczywiście nie po to, żeby strzelać do wirusa, tylko by bronić swych domowych zapasów żywności. Niedawno przejeżdżałem przez podwarszawską miejscowość Wólka Kosowska, w której znajduje się bodajże największe w Europie chińskie centrum handlowe. Życzliwy kolega zwrócił mi uwagę, że przejeżdżałem przez „strefę zapowietrzoną” i powinienem natychmiast wymienić filtr przeciwpyłowy w samochodzie. Ze skąpstwa nie wymieniłem i teraz czekam, aż wirus po mnie przyjdzie. Czy w przypadku mojego kumpla możemy mówić o histerii? Ależ skąd! To tylko troska o mnie; i objaw infodemii.

Jeden z portali internetowych opublikował niedawno wywiad z byłą partnerką jednego z zainfekowanych wirusem Polaków. No, czy sam pomysł zrobienia podobnego wywiadu nie jest już dowodem na to, że wirus z Wuhanu zaatakował autora rozmowy i mózgi jego szefów, którzy wywiad ten u niego zamówili? Czy oni z kolei nie zarazili wydawców serwisu, ci zaś wszystkich tych, którzy wspomnienia owej damy przeczytali?

Pierwszym krajem w Europie, który zdecydował się na odwołanie imprez masowych (powyżej 1000 uczestników) była Szwajcaria. Teraz poprzeczka liczby uczestników w imprezach poszła w dół, do poziomu 100 osób. Izrael stosuje obowiązkową dwutygodniową kwarantannę dla wszystkich, którzy wracają zza granicy – bez względu na ich narodowość, obywatelstwo i kraj, z którego przyjeżdżają. Z drugiej strony, w Kenii przybysze z niektórych krajów trafiają na kwarantannę do znajdujących się nieopodal lotniska baraków wojskowych. Na bank wyjdą z nich z jakimś parchem; niekoniecznie koronawirusem.

Sanktuarium w Lourdes zamknęło dostęp do swych cudownych ozdrawiających wód. Oczywiście przez strach przed chińskim wirusem. No to co z tą ich cudownością? Imprezy masowe, wszystkie te anioły pańskie itp., odwołał też Watykan. No to jak ze świętością stolicy Piotrowej? Tu jednak akurat wydaje się to dość pragmatyczne. W przypadku zainfekowania wirusem, grupą szczególnie narażoną na nieprzyjemny przebieg choroby są osoby w podeszłym wieku, np. kardynałowie. Ale nie tłumaczy to, dlaczego duchowni nie chcą poddać się „woli bożej”, bo przecież wszystko dzieje się z woli Pana.

Zdaje się, że więcej wiary niż ma Franciszek i całe jego kolegium kardynalskie mają Polacy. Ludzie z Włoch uciekają, a polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiada zorganizowanie „narodowej pielgrzymki” do Rzymu, by uczcić 100. rocznicę urodzin JP2. Wiara w boskość Świętego Miasta tkwi w naszych rodakach naprawdę głęboko. Kilka dni temu do jednej z bieszczadzkich miejscowości zajechał autokar, którym wrócili z pielgrzymki do Watykanu miejscowi wierni. Towarzystwo (ponoć za radą księdza) szybciutko rozpierzchło się po domach, żeby nikt ich nie wyłapał i głowy nie zawracał.

Są też inne przykłady. Do jednego z podlaskich szpitali trafiła Mama mojego Przyjaciela. Leżąc na kardiologii i czekając na zabieg, „dorobiła się” przeziębienia. Kichała i kaszlała na tyle mocno, że zainteresowali się nią szpitalni „lekarze od koronawirusa”. Przyszli we dwóch i od razu zadali pytanie, czy miała ostatnio kontakt z kimś z zagranicy. Pani rezolutnie powiedziała, że tak – z synem. Na wieść o tym młodzi ludzie uciekli. Panika szybko ogarnęła szpitalny oddział, potem cały szpital i miasto. I trwało to naprawdę dobrych kilka godzin, zanim zdołała wytłumaczyć ordynatorowi, że był to kontakt telefoniczny, bo syna nie widziała od kilku miesięcy… Infogemia? Nie – czysta krzyżówka głupoty i paniki.

Królem naszego kraju jest wszechmogący Jezus Chrystus, a królową Jego mama (zawsze dziewica!). Powinniśmy się czuć bezpieczni, bo przecież miliony od lat modlą się, aby „uchowali nas od złego” (albo podobnie jakoś – nie jestem specjalistą). Kontakt z Najwyższym mają poza tym Jego reprezentanci – Hoser, Dziwisz, Gądecki, Jędraszewski, Rydzyk, a czasami nawet Głódź. Skąd więc ten strach? Strach tym bardziej nieuzasadniony, że przecież służbę zdrowia też zawierzyliśmy Maryi (albo Jezusowi), kapelanów mamy w każdym szpitalu, a relikwii pewnie tyle samo, co respiratorów.

Więc bać się wirusa z Wuhanu, czy nie? Twierdzę otóż, że bać się go trzeba, lecz wyłącznie w tej jego formie, która atakuje mózgi. Ciągle mam przed oczyma twarze Dudy i Morawieckiego, którzy uzasadniając przyznanie TVP dotacji w wysokości 10 mld zł (w ciągu pięciu lat), przekonywali, że ta pisowska szczujnia przyczyni się do poprawy efektów walki z rakiem. Dopadł ich wirus? Niewątpliwie, i to już dawno temu. Bójmy się więc „ich” i samych siebie, bo to, co naprawdę może nam poważnie zagrażać, to psychoza, której kierunki trudno przewidzieć.

Gdyby jednak dopadł Was wirus, pamiętajcie o tym, żeby przed pójściem do lekarza wpaść na chwilę do prokuratury, posła PiS, albo chociaż proboszcza… Ot, chociaż tak na chwilę.

Facebook Comments
Poprzedni artykułMniejszości narodowe: nie jest dobrze
Następny artykułGenerałowie wyklęci. Jak pseudopatrioci oszukali powstańca
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).