Koronawirus jest mniej zjadliwy niż prawacko-nacjonalistyczno-religiancka władza.

Nie jestem w stanie oglądać gąb przedstawicieli władzy. Po prostu nie wytrzymuję, kiedy widzę DudoPiSa w kurteczce à la Kim Dzong Un, jeżdżącego kampanijnie (za nasze podatki) po kraju i wygłaszającego z nabożną miną kretyńskie frazesy. Uważam, że sam wygląd tego człowieka stanowi obrazę urzędu prezydenta RP, a prawdziwy dramat zaczyna się, kiedy otwiera on otłuszczone usta. Dyszkantem wylewa z siebie wówczas głupstwa, odrażająco podniecony (zapewne jest to podniecenie samym sobą, zwane syndromem masturbacji polityka) i przekonany o wadze tego, co ma do powiedzenia, odwrotnie proporcjonalnie do wypowiadanych treści.

Nie mogę zdzierżyć bankstera Matołusza, opowiadającego pierdoły o wyjątkowych sukcesach władzy w walce z wirusem i uprawiającego na trupach ciągłą kampanię wyborczą. Nie mogę też patrzeć na ministra zdrowia Szumowskiego, który obnosi teatralnie zmęczoną twarz i zapowiada kolejne cmentarne wieści, niestety zapominając wyjaśnić przy tym, co skłoniło go, w końcu podobno lekarza, aby jeszcze parę tygodni temu wybrać się na nartki do Włoch (kiedy już szalała tam epidemia).

Wieść niosła, że żoliborski starzec został zamknięty w izolacji, a to celem zachowania na dłużej tego skarbu narodu – dzięki temu nie musiałem go oglądać. Przebił on tym samym Lenina, którego umieszczono za szkłem po uprzednim zabalsamowaniu, jednak dopiero po śmierci. (Z ostatniej chwili: wychynął z ukrycia, by – dusząc się od kaszlu – udzielić wywiadu RMF FM).

Zniknął gdzieś nieudany absolwent jagiellońskiego wydziału prawa, niejaki Ziobro. Zapewne również został schowany w celu zachowania dla przyszłych pokoleń, a to dla sprawiedliwości: nie może być tak, że tylko my musimy znosić nieuctwo tego indywiduum.

Władza prześciga się w zapewnianiu nas, jak wspaniale radzi sobie z epidemią. Łykają to liczne zastępy kretynów, wyznających wiarę w PiS, płaskość Ziemi, niepokalanie Patrycji Koteckiej oraz inne zjawiska nadprzyrodzone. Pozostali wybierają myślenie, uodparniające na tromtadrację władzy, chociaż nie na wirusa. Ten jednak jest mniej zjadliwy niż prawacko-nacjonalistyczno-religiancka władza. Wskutek wirusa nawet w Chinach i we Włoszech umierają tysiące, zaś idiotyczne decyzje PiS o rozwijaniu energetyki węglowej, skutkującej ubocznie wzmożoną umieralnością na raka i choroby układu krążenia, zabijają po dziesięćkroć więcej tutejszej ludności. Również indolencja rządzących wzmoże umieralność na wirusa: wszystko, co robią, jest złej jakości, a też i po herbacie.

Dziury jak w zębach prezesa

Fakty oczywiście przeczą narracji władzy, lecz nie przebijają się w mediach. Rząd zachwala swoje antywirusowe prawodawstwo, spóźnione o miesiąc. Dokładnie w połowie lutego opozycja złożyła projekt ustawy antyepidemicznej, ale został on odrzucony wśród połajań ze strony PiS, aby nie siać zbędnej paniki. Przez to opóźnienie najprawdopodobniej skala epidemii będzie dużo większa. Przyjęte przez PiS rozwiązania są zaś dziurawe jak zęby Kaczyńskiego.

Wprowadzono na przykład „pracę zdalną”. Problem tylko w tym, że w Polsce nie ma powszechnego dostępu do szybkiego internetu, a ludzie rzadko kiedy mają w domach więcej niż jeden komputer – przy czym braków tych nie uzupełnią, gdyż w odruchu mądrości zamknięto sklepy z elektroniką, więc do jednego laptopa ustawia się kolejka chętnych. W rezultacie „praca zdalna” jest fikcją, na dodatek niezwykle niebezpieczną dla pracodawcy. Wskutek braku regulacji pracodawca odpowiada za zachowanie zasad BHP w domu pracownika, na co nie ma wpływu. Odpowiada również za wypadki przy pracy, np. porażenie prądem pracownika siedzącego w wannie z laptopem. Żadnych regulacji ograniczających odpowiedzialność pracodawców nie przewidziano, bo po co sobie zawracać takimi szczegółami nabożne główki.

Zamknięto szkoły, ale pan Piontkowski, pobierający niestety pensję ministra edukacji, zapomniał uregulować sytuację nauczycieli i pracowników niepedagogicznych. W rozporządzeniu o zamknięciu szkół nie zapisano bowiem, że okres zamknięcia jest okresem usprawiedliwionej nieobecności w pracy, za który należy się pełne wynagrodzenie. Tysiące szkół w Polsce pozostawiono więc w stanie niepewności, czy mają puszczać nauczycieli do domów, aby uprawiali fikcję pracy zdalnej, czy też kazać im przyjść do miejsca pracy, aby tam zakazili się wirusem. Na dodatek p. Piontkowski, z typowym dla swojej formacji chamstwem, wyjawił, że oto nauczyciele będą mieli okazję pokazać, że umieją coś więcej niż strajkować. Proponuję, żeby następnym razem pan minister obnażył zadek i wysrał się nauczycielom na głowy – będzie to mniej obraźliwe niż jego wypowiedzi.

Ponieważ pan Zbysio, specjalista od demolowania wymiaru sprawiedliwości, był uprzejmy zniknąć – być może siedzi w domu i piszczy: „Nie zarażajcie mnie!” – kompletny burdel zapanował w wymiarze sprawiedliwości, i tak już wcześniej zniszczonym. Nie zawieszono np. biegu terminów procesowych i terminów przedawnień. W rezultacie, pomimo zamkniętych biur i braku dostępności prawników (którzy również zamknęli się w domach), ludzie nadal mają 14 dni na napisanie apelacji, a ich roszczenia nie są odporne na terminy przedawnień, które biegną. Przepełnione areszty śledcze i zakłady karne stały się potencjalnymi ogniskami zakażeń wirusem. Sądy uprawiają wolnoamerykankę, próbując sztukować brak przepisów zdrowym rozsądkiem i doraźnymi rozwiązaniami. Wszystko to powoduje, że wymiar sprawiedliwości ostatecznie zdechł, bo pan Ziobro umknął przed koronawirusem. Nie zaskakuje mnie to, gdyż uważam go za człowieka o sercu odważnym niczym zając z syndromem stresu pourazowego.

Papierowa tarcza

Funkcjonować próbują urzędy, ale niestety nie wyposażono ich w żadne środki ochrony, więc po kolei się zamykają. Rząd nie zadbał o nic, nawet o rzeczy najbardziej prozaiczne: np. zgłoszenie do ewidencji działalności gospodarczej wymaga osobistego stawiennictwa albo złożenia oświadczenia z podpisem notarialnie poświadczonym. Urzędy gmin nie wpuszczają interesantów, a notariusze zamknęli kancelarie, więc nie ma jak zgłosić otwieranego biznesu do ewidencji. Nawet gdyby ktoś wzbił się na wyżyny kreatywności i chciał założyć teraz własną firmę, po zwolnieniu z pracy przez dotychczasowego pracodawcę, to nie ma jak tego zrobić, bo rząd nie zadbał o podstawowe rozwiązania prawne. A pomysły na biznes nasuwają się same: transmisje z pogrzebów online czy teleegzorcyzmy (których za moment wszyscy będziemy potrzebować, jeśli praca zdalna potrwa jeszcze parę tygodni).

Najzabawniejsza jest tzw. tarcza antykryzysowa Matołuszowego rządu. Rząd odtrąbił wielkie kwoty, ale pozostaną one na papierze. Przykład: firma zatrudniająca do dziewięciu pracowników, jeśli utrzyma zatrudnienie przez sześć miesięcy, dostanie 5 tys. zł bezzwrotnej pożyczki z Funduszu Pracy. Wspaniale? To policzmy: dziewięciu pracowników zatrudnionych za minimalną krajową, wywindowaną bezmyślnie ponad rzeczywistą wartość pracy wykonywanej w Polsce (jest ona niska nie z powodu naszego lenistwa, tylko wskutek tego, że przestarzałe i mało wydajne są nasze przedsiębiorstwa, bo zamiast w nie inwestować, PiS wolało płacić górnikom i utrzymywać nierentowne mastodonty gospodarcze), to dla pracodawcy wydatek rzędu 35 tys. zł miesięcznie. Pomnożona przez sześć, kwota ta daje 210 tys. zł. Tyle musi wydać pracodawca, żeby dostać 5 tys. z Funduszu Pracy. To się spina chyba tylko w głowie Matołusza, historyka udającego ekonomistę.

Inny przykład: odroczenie składek ZUS na trzy miesiące. Wspaniale, tylko jest jedno „ale”: w trzecim miesiącu trzeba będzie wyrzygać bieżącą składkę oraz zaległe. Nie rozumiem, dla kogo miałoby to być atrakcyjne. Czyżby Matołusz wierzył, że za trzy miesiące wszyscy się przebranżowią na pogrzeby i będziemy mieli hossę? Nie zdziwiłoby mnie to u polityka, który wyznał niegdyś, iż ludzie powinni „zapierdalać za miskę ryżu”.

Prawda jest taka, że PiS przepuściło dokładnie wszystkie oszczędności odłożone przez rządy Tuska i Kopacz, więc nawet trudno oczekiwać, że władza zaproponuje cokolwiek wartościowego. W rezultacie, inaczej niż np. nasi zachodni sąsiedzi, nie mamy po prostu żadnych sensownych pieniędzy na walkę z kryzysem wywołanym epidemią. Opozycja i niezależni ekonomiści uprzedzali od lat, że tak się to skończy. No i się skończyło. Polska znalazła się w dołku, z którego już nie wyjdzie, bo niestety wybrała sobie idiotów na władców.

Jak to dobrze, że do tej katastrofy przygrywa nam wesoło orkiestra wioskowych muzykantów w osobach DudoPiSa, Kaczyńskiego i Matołusza. Jaki kraj, taka katastrofa.

Facebook Comments