Fragment okładki tygodnika "Fakty i Mity" nr 13/2019
Po śmierci Jana Pawła II w polskich mediach panował bezkrytyczny i bałwochwalczy przekaz o zmarłym 2 kwietnia 2005 r. papieżu. Taki sam, jaki obowiązywał przez 27 lat jego pontyfikatu.

Kilka lat po śmierci Karola Wojtyły świat obiegła wieść o przestępstwach seksualnych, w tym o najcięższych z nich – masowym zjawisku pedofilii w Kościele katolickim i Watykanie. Wiele wskazuje na to, że polski papież krył pedofilię w Kościele. To zmienia utrwalony wizerunek tej postaci.
Najbardziej spektakularnym z ujawnionych wtedy faktów była sprawa Marciala Maciela Degollado, założyciela tzw. Legionu Chrystusa, przyjaciela Wojtyły. Ten czcigodny prałat przez wiele lat prowadził przestępczą działalność pedofilską, nie wspominając już o jego przebogatym, niemoralnym jak na duchownego, życiu seksualnym z paniami wszelkich sortów, w tym bogatymi starszymi kobietami, czyli „starymi skarbonkami”. Kilka lat później na jaw wyszła sprawa pedofilii uprawianej na Dominikanie przez arcybiskupa Józefa Wesołowskiego. Dziś, po ujawnieniu bardzo licznych skandali pedofilskich w Kościele kat., zarówno sprawa Degollado, jak i Wesołowskiego straciły na wyjątkowości i znalazły się w szeregu wielu zbrodni i okropności. Świadectwo samego papieża Franciszka (głośne wyznanie o tym, co powiedział kardynał Joseph Ratzinger, przyszły Benedykt XVI, po spotkaniu z Janem Pawłem na temat przestępstw seksualnych w Kościele: „Schowajcie te papiery. Druga strona wygrała”) już zmienia moralny wizerunek polskiego papieża.

Czy Wojtyła wiedział?

Nie jest to łatwe do ustalenia, tym bardziej że w okresie, gdy afery pedofilskie i seksualne dopiero zaczęły być wydobywane na światło dzienne, Wojtyła był już bardzo stary, ciężko chory i niesprawny psychofizycznie. Po pierwsze, nie powinno się z góry wykluczyć, że nie wiedział o tym, oddalony i izolowany od rzeczywistości na swoim starczym szczycie na wzgórzu Watykanusa w Rzymie, choć jest to mało prawdopodobne. Przeczy temu zwłaszcza znany przypadek zaprzyjaźnionej z nim lekarki Wandy Półtawskiej, która korzystając z uprzywilejowanej relacji, przekazała papieżowi informację o aferze seksualnej arcybiskupa poznańskiego Juliusza Paetza. Po drugie, nie  można też wykluczyć wersji, zgodnie z którą do Wojtyły docierały informacje o pedofilskich i innych seksualnych procederach kościelno-watykańskich, jednak w postaci na tyle niejasnych podejrzeń, przypuszczeń, plotek, że nie zdecydował się na „grzebanie w sprawie”. Jednak powszechna wiedza o trybie działania prastarych instytucji watykańskich wskazuje, że odznaczają się one wysoką precyzją, celowością i konsekwencją działania, jak dobrze naoliwiona maszyna. Nakazuje to przyjąć, po trzecie, jako najbardziej prawdopodobną wersję, zgodnie z którą Wojtyła wiedział o wszystkim, ale nie zdecydował się ujawnić tej wiedzy, względnie nie zdecydował się przyznać, że takie kryminalne procedery miały i mają miejsce w Kościele i Watykanie.
Wyłożenia potencjalnych hipotez, także tej zakładającej niewiedzę Wojtyły, wymagała elementarna rzetelność. Jednak byłaby ona prawdopodobna jedynie w przypadku, gdyby pedofilskie przestępstwa księży i biskupów były nielicznymi incydentami. W sytuacji, której – jak wiemy to dziś – proceder ten miał (i ma) tak dużą skalę, hipoteza o niewiedzy upadła.

Kościół ponad wszystko

Czym Wojtyła mógł się kierować, decydując się na przemilczanie, czyli de facto krycie przestępców w sutannach? Był on, jak wiadomo, fanatycznym wodzem i gorliwym patriotą swojej organizacji. Podczas wielu lat pontyfikatu udało mu się zbudować mit własnej wielkości, w czym pomagały mu naturalne zdolności aktorskie, którymi dysponował, w tym wspaniały, szkolony głos. Jego intensywny, monumentalny kabotynizm, uderzający narcyzm, wyrażający się w pozerskich, patetycznych, teatralnych przemowach (był w młodości półzawodowym aktorem krakowskiego Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka), talenty medialnego gwiazdora, supercelebryty w papieskiej bieli, podróżnicza aktywność, czy wreszcie orgiastyczny mir, jakim cieszył się w swojej ojczyźnie.
Czy pod koniec życia komuś o charakterologicznym (nie bez znaczenia był tu psychologiczny profil tzw. twardego górala) i życiowym pokroju Wojtyły mogła bez oporów (lub w ogóle) przyjść do głowy decyzja, by wszystkie te skarby Kościoła kat. rzucić na szalę wątpliwego pożytku wynikającego z ujawnienia prawdy? Czy (analizując rzecz z jego punktu widzenia) miał zdecydować, by te wszystkie zdobycze jego pontyfikatu narazić na szwank, a może nawet na śmiertelne niebezpieczeństwo po to tylko, by dostarczyć paliwo w pierwszym rzędzie wrogom Kościoła, a choćby też i ludziom pragnącym jego moralnego uleczenia? Czy ową prawdę miał uznać za ważniejszą niż interesy Kościoła kat.? Wszystko na to wskazuje, że Wojtyła uznał, iż dobro Kościoła kat. jest warte zapłacenia ceny kłamstwa i że nie można żadnego innego dobra postawić nad tym dobrem.

„Naśladowanie” Chrystusa

To postawa typowa dla wielu fanatycznych i silnych liderów, nie tylko religijnych, którzy nawet mając świadomość tego, co biorą na swoje sumienie, decydują się na to w imię tak pojmowanego przez siebie „wyższego dobra”. Nawet nie będąc osobiście uczestnikiem kryminalnego procederu, JP2 postanowił być może „poświęcić się” poprzez wzięcie na siebie „grzechów Kościoła”. Znając inklinację, a nawet zamiłowanie Wojtyły do trochę śmiesznego epatowania swoim „męczeństwem”, co objawił po zamachu na jego życie 13 maja 1981 r., można uznać, że owo „poświęcenie” miałoby polegać na „przyjęciu męczeństwa” poprzez wzięcie na swoje sumienie „grzechów ludzi Kościoła”.
Byłby to rodzaj imitacji gestu Jezusa Chrystusa, który według Ewangelii wziął na siebie grzechy ludzkości i „umarł na krzyżu dla naszego zbawienia”. U Wojtyły zauważalny był bowiem, generowany najwyraźniej pychą, „chorobą na wielkość”, narcyzmem i kabotynizmem, swoisty „kompleks Chrystusa”, czyli imperatyw cierpienia, ofiary, który bywał i bywa źródłem satysfakcji dla niektórych osób o profilu masochistyczno-narcystycznym, typowym zwłaszcza dla części tzw. męczenników Kościoła.

Co było, to se ne vrati

Wojtyła mógł uznać, że zgoda na przyznanie się przez Kościół kat. do rozległego zjawiska pedofilii uprawianej przez jego funkcjonariuszy oznaczałaby zmarnowanie całego jego dorobku w dziele odbudowywania prestiżu tej instytucji. Prestiżu nadszarpniętego przecież po stratach doznanych na tym polu w XX w. w rezultacie dwuznacznego stanowiska, zajętego przez Stolicę Apostolską wobec faszyzmu i hitleryzmu, a także stratach w substancji organizacyjnej, materialnej czy politycznej w krajach bloku realnego socjalizmu.
To co już dziś wie o Janie Pawle II światowa opinia publiczna zmienia barwę i kształt jego wizerunku. W Polsce świadomość tego jest jeszcze nie tylko bardzo ograniczona, ale także odrzucana. Jednak świadectwa ofiar pedofilii w Polsce, w tym świadectwa Fundacji „Nie lękajcie się” oraz ogłoszona mapa przestępstw seksualnych polskiego kleru, w tym mapa procederu chronienia przestępców przez biskupów, mają zbyt długą metrykę, by można było wnioskować o nieświadomości Jana Pawła II. Tak więc jak „przemija postać świata”, tak zmieni się lukrowany i ozłocony jak starotestamentowy cielec wizerunek papieża Polaka.

Facebook Comments