„Nie pamiętam, czy opisywała Pani tamarynda indyjskiego. Jakieś pół roku temu, z ciekawości, kupiłem ten owoc i zachwycił mnie swoim smakiem. Od czasu do czasu sięgam po niego jako przekąskę czy substytut kolacji (tych nie jadam już od dawna, a żołądek wypełniam właśnie owocami – coraz częściej tamaryndem). Czy zechciałaby Pani opisać ten owoc?”

Czytelnik


Dzisiejszy felieton rozpoczęłam fragmentem sympatycznego listu, który niedawno dostałam od Czytelnika. Z tamaryndowcem spotkałam się pierwszy raz na początku lat 90. W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej powstały wtedy niewielkie delikatesy i buszowałam w nich z zachwytem, bo pojawiały się tam egzotyczne owoce, warzywa i przyprawy, o których wcześniej jedynie czytałam. Któregoś dnia kupiłam pastę z tamaryndowca, ale dopiero w Indonezji dowiedziałam się, co można z nią zrobić.

Dalsza część artykułu dostępna dla posiadaczy prenumeraty cyfrowej. Wykup dostęp już za 4 zł!
Zaloguj się lub Wykup
Sprawdź Wykup
Anuluj
Pełny dostęp do treści na 7 dni za 4 zł.
Pełny dostęp do treści na 30 dni za 15 zł.
Pełny dostęp do treści na 90 dni za 40 zł.
Pełny dostęp do treści na 180 dni za 70 zł.
Odblokuj na 7 dni
Odblokuj na 30 dni
Sprawdź
Odblokuj na 90 dni
Odblokuj na 180 dni
Odblokuj
Anuluj

Facebook Comments
Poprzedni artykułMaryja Królowa Polski
Następny artykułPandemia i wolność pośmiertna
Joanna Katarzyna Cyterska
Absolwentka filologii polskiej. Od zawsze lubi czytać, gotować, zbierać grzyby, podróżować. Kolekcjonuje książki na temat kuchni i kultury kulinarnej. Próbuje żyć zgodnie z zasadą slow life, przynajmniej od kwietnia do października, gdy mieszka na wsi. Właścicielka Aryi, psa rasy foksterier.(Zna się na kuchni nie tylko teoretycznie, ale i tworzy kulinarne cuda – przyp. red.).