Dwa razy byliśmy o krok od wybuchu pierwszej światowej wojny atomowej. Podczas kryzysu kubańskiego w 1962 r. i w czasie wojny koreańskiej w 1953 r.

Od końca maja 1945 r. administracja USA ponaglała swojego radzieckiego sojusznika do złamania traktatu o nieagresji między ZSRR a Japonią. I uderzenia na okupowaną przez Japonię chińską Mandżurię. Amerykanie spodziewali się, że Japończycy stawią tam twardy opór, podobny do obrony Iwo Jimy. Jeszcze silniejszego oporu spodziewano się w okupowanej przez nich Korei. Dlatego Pentagon uznał Koreę za peryferyjny, biedny i drugorzędny kraj, w którym Stany nie mają interesów strategicznych. Wszystko zmieniło się po dwóch bombach atomowych zrzuconych na Japonię. Po kapitulacji armii cesarskiej na Pacyfiku i szybkim zajęciu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Bo stacjonująca tam, świetnie wyposażona, japońska armia tym razem nie stawiała większego oporu.

W sierpniu 1945 r. administracja USA zdecydowała, że jednak warto zająć Koreę. Postanowiła to uczynić wspólnie z ZSRR, aby nie drażnić sojusznika. W nocy 10 sierpnia 1945 r. dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali z Ministerstwa Wojny rozkaz pilnego opracowania planów podziału kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to zauważyli jedynie, że 38. równoleżnik przecina Półwysep Koreański na pół. Uznali taki podział za „sprawiedliwy”. Zwłaszcza że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał. Podobnie jak mieszkańców Afryki, kiedy podczas kongresu berlińskiego dzielono ją na europejskie kolonie.

Amerykanie bali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko zajmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła już wtedy granicę chińsko-koreańską, a wojska amerykańskie dopiero lokowały się na Wyspach Japońskich. I pogodziliby się z radziecką okupacją całej Korei. Ale Stalin zgodził się na taki podział. Chciał przede wszystkim utrzymać porządek pojałtański w Europie Środkowo-Wschodniej. W Azji najbardziej interesowało go, kto przejmie władzę w Chinach, bo historycznie to Pekin zawsze wasalizował sąsiednią Koreę.

Słoń w porcelanie

Amerykanie, dążąc do dominacji w Azji Południowo–Wschodniej, zwykle kreowali miejscowych liderów lub popierali zastanych. Wybierali ich wedle swoich upodobań, nie zważając na miejscowe realia, poparcie społeczne. Nic dziwnego, że często ich typy przegrywały, a polityka USA wraz z nimi. Tak było z chińskim generalissimusem Czang Kaj-szekiem, z południowowietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem, i tak też działo się z 70-letnim Li Syng-manem. Mieszkającym w USA Koreańczykiem, który zrobił doktorat na Princeton, za co administracja USA dała mu władzę na południu kraju. Niestety, ten kulturalny pan po powrocie do Korei poczuł się jej niekontrolowanym władcą. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi. Rzeczywistymi i wykreowanymi.

W tym czasie po drugiej stronie 38. równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali powstające struktury Koreańskiej Republiki Ludowej, tworzone przez proradziecką partyzantkę. Rosjanie w tym regionie współpracowali z lokalnymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce i intrygom podporządkowywali sobie ich liderów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, to wywyższali jego konkurentów.

Dla Stalina najważniejszym państwem w tym regionie były Chiny. Chciał je mieć podzielone między zwalczających się komunistów Mao i nacjonalistów Czang Kaj-szeka. Stalin bał się samodzielności Mao i silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie patrzył na Koreę. Dlatego w północnej Korei zaczął się rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i koreańskim kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, że wtedy na północy Korei było dostatniej niż na południu. A nawet panowały tam większe swobody demokratyczne.

Swą niepodległość północna Korea ogłosiła we wrześniu 1949 r. Jesienią tego roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Powstała Chińska Republika Ludowa. Wiele amerykańskiego uzbrojenia zdobytego na wojskach generalissimusa Czanga przekazano sojuszniczej armii północnokoreańskiej. Nie minął rok i użyto go w wojnie z USA.

Zabójcze wyzwolenie

Od połowy 1949 r. wojna między oboma państwami koreańskimi wisiała w powietrzu. Najsilniej marzyli o niej masowo prześladowani przez reżim Li Syng-mana obywatele Republiki Południowej Korei. Dlatego, kiedy 25 czerwca 1950 r. wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada, nie natrafiły na silny opór.

Dobry scenariusz sensacyjnego serialu musi mieć liczne i niespodziewane zwroty akcji. Przebieg wojny koreańskiej 1950–1953 to idealny materiał szkoleniowy dla przyszłych scenarzystów. Zaczęła się rankiem 25 czerwca 1950 r. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakowało wojska Południa. Te szybko poszły w rozsypkę. Były słabo wyszkolone, służyły jako wsparcie policji politycznej prezydenta Li Syng-mana. Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe. W sierpniu opanowała już cały kraj, z wyjątkiem portu Pusan. Wydawało się, że oddziały Kim Ir Sena zjednoczyły Koreę.

Ale 15 września nastąpił niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inczhon i kontruderzenie. Amerykanie zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich. W efekcie ryzykownego desantu, dowodzonego przez ekscentrycznego generała Douglasa MacArthura, rozbito rozciągnięte, wyczerpane wojska północnokoreańskie. Potem siły ONZ ruszyły na północ. W październiku około 90 proc. terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ. Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale przez siły Południa.

Kiedy armie ONZ zbliżyły się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „ochotnikami ludowymi”. Chciał, by Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot. Ochotnicy żwawo pomaszerowali na południe i w styczniu 1951 r. zdobyli Seul. Dalsze walki utrudniała wszystkim niezwykle surowa koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam niekiedy poniżej -30°C. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy, walczące strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie najwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób. Nie w czasie starć militarnych.

W kwietniu 1951 r. wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejną wielką ofensywę, która szybko się załamała. W lipcu 1951 r. rozpoczęły się rokowania pokojowe. Trwały do podpisanego 27 lipca 1953 r. w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38. równoleżnika. Wrócono do stanu sprzed wojny.

W Polsce w tym czasie opozycyjni „bikiniarze” podśpiewywali: „Truman, Truman zrzuć ta bania, bo to nie do wytrzymania”. Nostalgicy: „Jeszcze jedna atomowa i wrócimy znów do Lwowa”. Były to echa propozycji generała MacArthura: odwetowego zrzucenia bomb atomowych na Chiny i wygrania w ten sposób wojny koreańskiej. Nie zważając, że groziło to globalną wojną. Oszołomiony swymi zwycięstwami w wojnie z Japonią i desantem w Inczhon, ekscentryczny generał zamarzył wtedy o prezydenturze USA. I przewodzeniu światu. Na szczęście prezydent Truman, przy cichym wsparciu Stalina, pohamował napoleońskie ambicje MacArthura. Odsunięto go od władzy. Unikając groźby światowego konfliktu atomowego.

Najbardziej ucierpiały na atomowych mrzonkach MacArthura kraje zwasalizowane przez ZSRR. Zwłaszcza Polska. Widmo nowej wojny światowej spowodowało modyfikację przyjętego w 1950 r. gospodarczego planu sześcioletniego. Priorytet uzyskał przemysł ciężki, zwłaszcza zbrojeniowy, kosztem społecznej konsumpcji. Powróciła „gospodarka wojenna”, a wraz z nią lata eksploatacji ekonomicznej, wyzysku społeczeństwa.

Z drugiej strony te wyrzeczenia przyniosły bunt społeczny w 1956 r. Upadek systemu stalinowskiego. Liberalizację gospodarczą i polityczną. „Bania Trumana” nie spadła na Polskę, ale jej widmo sprawiło, że życie w Polsce Ludowej stało się wtedy „do wytrzymania”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułRodzina potworów
Następny artykułKościelna agitka wyborcza
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).