Jako redakcja „Faktów i Mitów” podpisujemy się pod większością haseł ideowych partii Roberta Biedronia. Nie znaczy to jednak, że wróżymy jej spektakularny sukces.

Bardzo proszę odnotować: jako pierwszy prognozuję, że partia o nazwie Wiosna wyląduje poniżej progu wyborczego w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie wejdzie też samodzielnie do Sejmu kilka miesięcy później.
Dwa dni po konwencji nowej partii Kantar Millward Brown przeprowadził sondaż na temat preferencji wyborczych Polaków. Nowe ugrupowanie uzyskało w nim 14-proc. poparcie. To dobry wynik, ale nie jest zaskakujący – typowy po nagłośnieniu wydarzenia. Sondaż upubliczniony przez portal Onet w przeddzień startu nowej inicjatywy dał jej 6,4 proc. (SLD 6,1 proc.). Na tyle oszacowałem potencjał tego stronnictwa w analizie sceny politycznej po październikowych wyborach do samorządu („Wyborcze mądrości”, „FiM” 43/2018). Po odsłonięciu rąbka tajemnicy śmiem twierdzić, że nowy ruch zmarnuje ten potencjał. Za kilka tygodni z konwencji Roberta Biedronia na warszawskim Torwarze będziemy pamiętać tylko czerwone światła, czerwone baloniki i czerwony krawat eksprezydenta Słupska.

Rozczarowanie

Trzeba docenić sprawność marketingową, pokazaną podczas tworzenia tej inicjatywy. Byliśmy trzymani w niepewności, zapowiedzi cedzono – co w naturalny sposób rozbudzało ciekawość. Twórcy (poza samym Biedroniem właściwie anonimowi) przedsięwzięcia zwrócili się do młodszej generacji, uciekając się do zrozumiałych dla niej instrumentów: sprzedaż gadżetów, prośby o wsparcie finansowe (crowdfunding). Na koniec lider okazał się udanym showmanem, wodzącym rej na dynamicznej i nowoczesnej konwencji.
Jednak lepiej dla siebie by zrobił, gdyby nic nie mówił o programie i swojej wizji Polski. Okazało się bowiem, że Wiosna nie będzie partią poważną. Tylko taka zaś może realnie uczestniczyć w grze politycznej i aspirować do wzięcia odpowiedzialności za losy państwa. Biedroń obiecał wszystkim, czego tylko mogliby zapragnąć: kobietom liberalne prawo do aborcji, emerytom minimum 1 600 zł, zarabiającym płacę minimalną jej szybkie windowanie do pokaźnych wysokości, gejom i lesbijkom małżeństwa, ateistom renegocjację konkordatu, wycofanie religii ze szkół i radykalne obcięcie wydatków na Kościół z państwowej kasy, chorym lekarza specjalistę w ciągu maksymalnie 30 dni… I tak dalej, i temu podobne. Wszystkie te postulaty są ważne. Ale deklarowanie, że się je zrealizuje naraz i natychmiast, trąci populizmem. I brakiem realizmu. Powiedziałbym, że świadczy o niedoświadczeniu politycznym, gdyby nie to, że słyszeliśmy to od byłego posła Ruchu Palikota, który przecież te same kwestie wypisał na swoich sztandarach. O wiele z nich zabiegał sam Biedroń, więc jak mało kto wie, że chcieć to nie zawsze móc.
Żeby wykonać podjęte zobowiązania, musiałby uzyskać większość konstytucyjną w parlamencie – dwie trzecie posłów i 51 senatorów. Wtedy rzeczywiście mógłby zmienić ustawę zasadniczą i wprowadzić zapowiadane zmiany. W innym przypadku może być pewien, że Trybunał Konstytucyjny uzna za sprzeczną dopuszczalność przerywania ciąży z powodów społecznych (tak jak zrobił to w 1997 r., po uchwaleniu przez Sejm zdominowany przez SLD liberalnej nowelizacji prawa w tej materii), albo prawo do związków homoseksualnych. Nie mówię, że to powód, aby odstąpić od tego postulatu – ale trzeba powiedzieć, w jaki sposób chce się ominąć tę przeszkodę.
Twórcy programu nowej partii twierdzą, że jego koszty są policzone. Wątpię. Sami różnią się zresztą w szacunkach – raz to 25, a raz 35 miliardów złotych. Nawet jeśli, to ponaddwukrotność deficytu za ubiegły rok. Wiem, że to nudne mówić o budżecie państwa, ale naprawdę pieniądze na wydatki publiczne nie biorą się z żadnego cudownego bankomatu.
Niektórych pomysłów w ogóle nie da się łatwo wdrożyć. Jak ten z dostępnością lekarzy. Przecież kolejki nie biorą się ze złej woli rządzących. Skąd Biedroń weźmie tylu specjalistów, aby każdy miał lekarza „na gwizdek” – nie mam pojęcia.
Nie chodzi o to, by podcinać skrzydła młodym idealistom. Jednak mało który wyborca uwierzy w taki piękny zestaw szczytnych haseł, da się ponieść entuzjazmowi Torwaru, bez refleksji, na ile to wszystko da się zrealizować.

Twarde lądowanie

Właściwie to powinienem być zadowolony. Od dawna twierdzę, że PiS może utracić władzę tylko wtedy, gdy jakieś nowe wiarygodne ugrupowanie zapewni wyborców, że będzie budować państwo opiekuńcze, które nie odwraca się od swoich obywateli w potrzebie. Fajnie, że ma powstać Koalicja Europejska z Grzegorzem Schetyną na czele. Ale ta twarz nie przekona tych warstw, którym spodobały się programy 500 plus, 300 plus, maluch plus, senior plus i inne plusy.
Jeśli nie odciągnie się części tych osób od głosowania na PiS (a z pewnością nie wszyscy są posłuszni proboszczom, wielu razi antyeuropejski kurs rządu, wywoływanie konfliktów, dzielenie i jątrzenie), partia Kaczyńskiego będzie rządzić wiecznie. Liczyłem, że odpowiedzią na to zagrożenie będzie powstanie racjonalnej centrolewicy. Ale pewnie i stronnictwo lewicowego populizmu może być antidotum. Czym się strułeś, tym się lecz. Byłoby znacznie lepiej, gdyby tymi duszami zawładnął Biedroń, niż by rząd nad nimi nadal sprawowała Nowogrodzka, ale to nie takie proste. Zdobyć półtora miliona głosów to nie to samo, co ściągnąć siedem tysięcy na Torwar. Zakładam, że lider nowego ugrupowania ma pieniądze na dalsze działania. Jako prezydent dużego miasta miał mnóstwo okazji, by przekonać do siebie poważnych i zasobnych ludzi, gotowych dołożyć się do ukształtowania rzeczywistości w sposób oczekiwany przez wielu obywateli (i nie mam tu nic zdrożnego na myśli).
Jego ekipa to młodzi ludzie, w większości bez doświadczenia politycznego. Nikt tam nie potrafi skutecznie budować struktur, niezbędnych w ogólnopolskiej kampanii. Szybko dadzą się ograć starym wygom.
Nazwa partii nie jest atutem. Nie chodzi o to, że brzmi infantylnie i kompletnie nic nie wyraża. Ani to lewica, ani prawica; ani konserwatyzm, ani liberalizm; ani kosmopolityzm, paneuropejskość, ani nacjonalizm. Gorzej, że wielu wyborców słabo interesujących się polityką w ogóle nie zwróci uwagi na wyraz „wiosna” gdzieś na liście.
Za chwilę, jeśli tylko sondaże pokażą, że partia Biedronia rzeczywiście zabiera kilka procent sympatyków któremuś z dużych stronnictw, ruszy akcja podważania zaufania do nowego bytu. Najbardziej zagrożone są: PO, które nie po to zatopiło Nowoczesną, by teraz łatwo oddać liberalny światopoglądowo wielkomiejski elektorat komuś innemu, oraz SLD. Wbrew podejrzeniom, że Biedroń będzie polskim Macronem, czyli skieruje się ku socjalliberalizmowi, obrał radykalnie kurs na lewo. Nie przypadkiem w jednym z pierwszych zdań tego tekstu akcentowałem ostrą czerwień konwencji, podświadomie kojarzącą się z twardą lewicą.
Ciekawe, że w swoją pierwszą niedzielę Biedroń w ogóle nie mówił o Unii Europejskiej. To sprzeczne z kanonem lewicowych wartości. Zwłaszcza że to wybory do parlamentu w Brukseli i Strasburgu będą chrztem bojowym nowej formacji. Nie będzie to, wbrew pozorom, łatwe starcie dla świeżo utworzonego podmiotu. Potrzebnych jest trzynastu liderów list najcięższej wagi. Staną do walki z gigantami polskiej i europejskiej polityki. Zazwyczaj spogląda się na przykład Unii Wolności z 2004 r., która po klęsce przy elekcji Sejmu trzy lata wcześniej lekko zdobyła cztery mandaty. Wystawiła jednak swoich najlepszych przywódców, najbardziej doświadczonych – także europejsko i międzynarodowo – polityków. Później o trudach tego boju przekonał się i Dariusz Rosati z jego Centrolewicą – Porozumieniem dla Przyszłości w 2009 r., i Aleksander Kwaśniewski z Europą Plus cztery lata później.

Facebook Comments