Joe Biden ogłosił uzyskanie wymaganego poparcia ponad 1991 delegatów na konwencję Partii Demokratycznej. W listopadzie to on zetrze się z Donaldem Trumpem.

To oczywiście żadna sensacja, bo 77-letni polityk był murowanym faworytem prawyborów od kwietnia, kiedy to wycofał się jego najpoważniejszy i wówczas już jedyny realny rywal, socjalista (jak sam się chętnie określa) Bernie Sanders. Początek tegorocznych starań o prezydenturę miał jednak Biden trudny. Choć był powszechnie uważany za topowego challengera, słabo wypadał w debatach i przegrał pierwsze głosowania: w Iowa, New Hampshire i Nevadzie. Mówiło się o nim już jako o „martwym kandydacie” i wyglądało, że ponownie, jak w 1988 (!) i 2008 r., skończy się na marzeniach, a nie nominacji. Wrócił do gry po przekonującej wygranej w Karolinie Południowej, ważnej, bo to zwycięstwo potwierdziło jego poparcie wśród Afroamerykanów, dużego segmentu elektoratu demokratów (teraz, po gwałtownej reakcji ulicy na zabójstwo George’a Floyda, o szczególnym znaczeniu). I przede wszystkim po „superwtorku”, kiedy głosowało 14 stanów.

Wiceprezydentowi z czasów Baracka Obamy nikt nie może zarzucić braku kompetencji. Nie tylko zgromadzonych w Białym Domu, ale też podczas wcześniejszej pracy w Senacie. Dostał się do niego w 1974 r., będąc wówczas najmłodszym członkiem tej izby. Jest też politykiem generalnie lubianym w partii i wśród jej wyborców. Wygląda na nobliwego, może nawet wyniosłego dżentelmena, ale jest człowiekiem rubasznym, łatwo nawiązującym kontakt, nietworzącym barier. Ten luźny styl bycia przynosił mu zresztą kłopoty, m.in. w postaci oskarżeń o zbytnie skracanie dystansu wobec znanych mu i nieznanych kobiet. Poważny zarzut o tym charakterze wypłynął także w czasie trwającej kampanii. W życiu prywatnym, naznaczonym tragediami (tragiczny wypadek samochodowy żony i nowo narodzonej córki, śmiertelny rak mózgu jednego z synów), jest jednak troskliwym ojcem.

O ile Sanders jest przedstawicielem lewego skrzydła demokratów, wzbudzającym (mimo równie zaawansowanego wieku) prawdziwy entuzjazm wśród ludzi młodych, to Biden twardo kroczy drogą środka. Nie ekscytuje, nie wywołuje nadmiernych emocji, ale podoba się partyjnym działaczom i centrowemu elektoratowi. Trump nazywa go złośliwie „sennym Joe”, ale po rozchwianej, chaotycznej, niestabilnej kadencji urzędującego prezydenta, trochę dystynkcji i spokoju może amerykańskiemu społeczeństwu przypaść do gustu.

Facebook Comments