Skłócanie parafian, chciwość, nieprzestrzeganie zasad Kościoła i bierność – taki obraz duchownych Kościoła prawosławnego malują mieszkańcy dwóch wsi na Podlasiu.

„Kapłani ukrzyżowali Chrystusa i kapłani zniszczą Cerkiew… Stan Cerkwi kurczy się w zastraszającym tempie, a życie duchowe zamiast się rozwijać upada (…) nasza jedność jest specjalnie rozbijana przez żądzę pieniędzy i sławy. Nasi kapłani nie łączą, a dzielą… uważają nas za głupców. Tego już dosyć…” – napisali do Sawy, prawosławnego metropolity warszawskiego i całej Polski, mieszkańcy Klejnik (woj. podlaskie), którzy nie mogą pogodzić się z zepsuciem i chciwością kapłanów swojego Kościoła.

– To jest państwo w państwie i nikt nie chce się tym zająć. Kościół prawosławny nie ma żadnej kontroli nad swoimi duchownymi, a oni niszczą go od środka – dodają mieszkańcy Orzeszkowa i pokazują teczkę z pismami, jakie wysyłali do wszystkich możliwych instytucji kościelnych, państwowych i lokalnych mediów z prośbą o interwencję. Nikt nie zareagował.

„Z nas baranów robią”

Klejniki i Orzeszkowo to dwie liczące po około 400 mieszkańców wsie położone w powiecie hajnowskim. W Klejnikach okazała, murowana cerkiew stoi pośrodku wsi. W Orzeszkowie drewnianą, zabytkową świątynię trudno dostrzec. Stoi na cmentarzu pod lasem. W obu starsze drewniane domki z małymi oknami sąsiadują z nowymi, murowanymi. Niemal przed każdym podwórkiem przy płocie stoją ławki. To tradycyjne w tym regionie miejsca spotkań i integracji mieszkańców.

– Mogę koło pani odpocząć? – pytam starszą kobietę, siedzącą na jednej z takich ławek w Klejnikach.

– A co pani tak tu chodzi? – pyta seniorka.

– Przyjechałam dowiedzieć się, jaki macie problem z popem… batiuszką – szybko się poprawiam, bo chwilę wcześniej dowiedziałam się, że prawosławni kapłani oraz wierni Kościoła wschodniego wolą to określenie.

– Oj, pani jeden wielki bałagan tutaj przez duchownych. Ludzie się nie liczą, tylko pieniądz. Myśleliśmy, że nasz poprzedni ksiądz taki, a tu wszystkie z nas baranów robią – zaczyna opowiadać kobieta.

Niemal 40 lat proboszczem parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Klejnikach był ks. Aleksander W.

– Artysta do kieliszka i wyciągania pieniędzy, ale jak ktoś nie miał czym za pogrzeb zapłacić, to on nie wołał, raz nawet trumnę kupił – mówi kobieta.

W Kościele prawosławnym obowiązuje zasada, że władze w parafii sprawują batiuszka i wybierana co trzy lata rada parafialna ze starostą, skarbnikiem i komisją rewizyjną. W Klejnikach od kilkunastu lat nic takiego się nie działo.

– Aleksander W. fikcyjne osoby do rady brał, albo wpisywał nas bez naszej wiedzy, czasami przekręcając nazwiska. Sawa mu to wszystko zatwierdzał. Ludziom się to nie podobało, ale jego nikt nie mógł ruszyć. On się ciągle chwalił znajomościami w prokuraturze, urzędach. Często mówił, że „metropolitę ma w garści”, że on wszystko może. To by się zgadzało, jak zaczęliśmy listy pisać do metropolity, to W. wszystkich z nazwiska potem wymieniał – dodaje.

– On to małego tira indyków, jajek i grubych kopert wywiózł stąd do Warszawy. Kilkanaście lat dyktatury tu mieliśmy, ale co człowiek mógł zrobić. On jak z kimś miał zatarg, to na koniec mszy jego imię w modlitwie za zmarłych wymieniał. Kiedyś chłopcy się przyznali, że chciał ich przekupić, żeby ziemię sypali przed domami tych, których on nie lubił. To ziemia z grobu była. On jakąś czarną magię odprawiał. Myśmy się bali – dodaje starszy pan, który przyłączył się do rozmowy.

Po kilkudziesięciu minutach wokół mnie zbiera się coraz więcej osób. Każdy ma coś do powiedzenia o batiuszce W.

– Za prąd nie płacił. Wszyscy na mszy stoją, a tu nagle światło zgasło. Odłączyli. Wyobraża sobie pani?

– On miał niezrównoważone zachowania seksualne. Do męskiej prostytutki jeździł. Kiedyś jeden taki facet dach robił i widział, jak on takiego tu pijaczka prowadził, a potem za domem go obrabiał. Ten już nie żyje, ale sam nieraz mówił, że W. znowu go spił i „wyruchał”. – On normalny nie mógł być, jak Matuszka go zostawiła. Rozwieść się tylko nie może – przekonują mnie mieszkańcy Klejnik.

Starość przy cerkwi

Wszystko trwałoby zapewne do dzisiaj, gdyby nie fakt, że W. w ramach działalności statutowej diecezji warszawsko-bielskiej we wsi Kożyno (pow. bielski) prowadził prawosławny Dom Opieki „Arka” z całodobową opieką dla osób niepełnosprawnych, przewlekle chorych i w podeszłym wieku. Ośrodek nie cieszył się jednak dobrą opinią.

– Ludzie chodzą do cerkwi całe życie, dają datki, a jak się zestarzeją, to idą do cerkiewnego domu opieki z nadzieją, że przy cerkwi godnie umrą. A w zamian otrzymują obskurne warunki, smród, brud i żyją półgłodem. Tam tych starszych ludzi resztkami karmili – mówi kolejny mieszkaniec Klejnik.

Potwierdzają to byli pracownicy „Arki”.

„Wszystko, co o nim mówią złego, to prawda. Obskurne pokoje, wszechobecny smród moczu, brud i obojętność na cierpienie starszych ludzi to codzienność. Każdy, kto chce coś zmienić na lepsze, długo tam nie popracuje. Lekarz jest raz w tygodniu przez dwie–trzy godziny, jedzenie słabej jakości i tylko trzy posiłki dziennie. Opieka też fatalna. Niezmieniana pościel, grzyb na ścianach, brudne łazienki” – czytamy na jednym z forów internetowych w 2017 r.

Jednak dopiero w ubiegłym roku kontrola Podlaskiego Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku wykazała nieprawidłowości w ośrodku.
„Stwierdzone w trakcie kompleksowej kontroli nieprawidłowości w realizacji zadań dotyczyły: sposobu świadczenia usług bytowych, prowadzonej dokumentacji. Przyczyną powstania nieprawidłowości jest niewłaściwe stosowanie obowiązujących w powyższym zakresie przepisów prawa. Za powstałe nieprawidłowości odpowiedzialny jest Dyrektor Domu Opieki Społecznej ARKA” – czytamy w protokole.
Kiedy mieszkańcy usłyszeli o sprawie, zażądali powołania nowej rady parafialnej.

– Proboszcz w czasie wyborów rady nie ma prawa nawet być w cerkwi, a ten się awanturował, nie chciał się zgodzić na wybranego przez nas na starostę pana Aleksandra, w końcu jednak uległ. Jak się okazało, W. nie zapłacił diecezji 18 tys. zł za świece i 5 tys. zł za węgiel. W aptece leków na kreskę na 13 tys. zł wziął i nie oddał – mówią mieszkańcy Klejnik.

W październiku 2019 r. ks. W. został przeniesiony do parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Orzeszkowie, która wśród lokalnych duchownych jest nazywana „karną parafią”. Tamtejszy proboszcz ks. Leon zajął parafię w Klejnikach.

„Pop ma być przy ołtarzu, a rada przy kasie”

Większość mieszkańców wsi cieszyła się ze zmiany proboszcza. Pierwsze trzy miesiące wszystko układało się dobrze. Nowy proboszcz nie miał zastrzeżeń do rady parafialnej i starosty, który zajmował się finansami parafii.

– W. zostawił istny chlew na plebanii. Nowy proboszcz poprosił o remont i my w pięć miesięcy 90 tys. zł nazbieraliśmy. Remont zrobiliśmy i wtedy ks. Leon zażądał nowych wyborów rady parafialnej. On zwariował na punkcie pieniędzy. Rachunki za telefony po tysiąc złotych zaczął przywozić, nawet za pracę zięciów. Inne batiuszki mówiły, że jak on poczuje kasę, to nam dopiero pokaże – opowiada kobieta w chuście na głowie.

– Na pierwszy tydzień postu metropolita zlecił wybory. Wszyscy znowu wybrali pana Aleksandra, ale proboszcz powiedział: albo on, albo ja. To była jedna wielka awantura.

Metropolita Sawa rozwiązał radę, proboszcz wybrał nowego starostę i zablokował konto parafialne w banku.

– Cały post kobiety z bractwa cerkiewnego zbierały pieniądze za świece. Proboszcz A. zabrał skarbonkę i zaniósł na zakrystię. Jak my to zobaczyliśmy, to zabraliśmy ją z powrotem, bo to nie księdza pieniądze, tylko parafialne. Rada parafialna z tego, co nazbiera, musi porobić opłaty, remonty. To, co ksiądz zarabia na pogrzebach, ślubach to jego. U nas co rusz jakiś pogrzeb i jeszcze mu mało? – pytają zdenerwowani mieszkańcy Klejnik. – Przeliczyliśmy te pieniądze ze skrzynki i mieliśmy tak jak zawsze wpłacić na konto parafii, ale na drugi dzień była już u nas policja. Byliśmy podejrzani o kradzież. Potem proboszcz z byle powodu wzywał na nas policję – mówią klejniczanie.

„Wieś jak Polska podzielona”

Napięcie w Klejnikach narosło tak bardzo, że w cerkwi doszło do rękoczynów między zwolennikami i przeciwnikami nowego proboszcza.
– Nasza wieś teraz podzielona. Jak Polska. Od cerkwi w tamtą stronę to zwolennicy nowego proboszcza – pokazuje mi na początek wsi starszy mężczyzna. – Z drugiej strony cerkwi to przeciwnicy… Co ten batiuszka winny, oni go zamęczą. On już leczyć się musi przez nich. Człowieka chcą wykończyć, w cerkwi rządzić. To nie tak powinno być – dodaje.

– To wina starego proboszcza. To on namawia ks. Leona, buntuje przeciwko wsi. W post pili razem i wtedy tak się zmienił. Ludzie się skarżą, że dużo bierze, ale co, inni nie biorą? Za tamtym tęsknią? Z Orzeszkowa ludzie tu na msze za nim przyjeżdżają, to chyba nie taki zły? – zastanawiają się mieszkańcy Klejnik z początku wsi.

O sytuację w parafii postanawiam zapytać samego ks. Leona. Drzwi plebanii otwiera mi Matuszka, żona proboszcza. – On w cerkwi. Wnuk zaprowadzi – mówi. Z domu wybiega chłopiec, prowadzi przez ulice do cerkwi i wpuszcza tylnymi drzwiami. W środku widzę mężczyznę po sześćdziesiątce, który w dresach szoruje świeczniki. Przedstawiam się i mówię, o co chodzi. Rozmawiamy ponad godzinę. Ks. Leon wylicza prace, jakie musiał wykonać po przejęciu parafii i wydatki z dokładnością do 50 zł. Nieśmiało utyskuje na warunki, jakie zastał na plebanii. Opowiada, ile drzewa przywiózł, żeby ogrzać dom, przyznaje, że podniósł opłaty za dzierżawę parafialnej ziemi, zarzeka się, że żadnych „lewych” rachunków radzie nie przedstawił.

– Proboszcz jest gospodarzem, a nie starosta… Każdy wydatek mam potwierdzony rachunkiem. Oni mi wmawiają, że ja jakieś rachunki za drzewo, za pracę zięciów przynosiłem. Nieprawda. Jak tu przychodziłem, to wiedziałem tylko trzy rzeczy: że duża parafia, duża cerkiew i duża plebania…

– I duże kłopoty – dodaję.

– Ja już stary jestem, jakbym wiedział, tobym tu nigdy nie przyszedł. W Orzeszkowie mała, biedna parafia, ale spokój był. Przyznam się. Myślałem, że sobie pójdę na tę większą parafię, coś odłożę, może mieszkanie na stare lata w Hajnówce kupię, córce pomogę, ślub w sierpniu będzie miała… Ja już prosiłem ekscelencję Sawę, żeby mnie stąd zabrał. Usłyszałem: „Gdzie cierpliwość?”. Muszę chociaż do jesieni wytrzymać, ogród zebrać i mogę iść – mówi batiuszka, który na początku naszej rozmowy mówił, że ks. W. przyjeżdża i go buntuje, by później stwierdzić, że widział się z nim ostatni raz w październiku 2019 r.

Sprawę dobrze zna dziekan dekanatu Narew ks. mitrat Bazyli Roszczenko, któremu podlega parafia w Klejnikach. Dziekan mieszka w małej plebanii koło cerkwi. W niczym nie przypomina ona pałaców rzymskokatolickich biskupów. W drzwiach wita mnie żona dziekana i zaprasza do kancelarii. Na półkach poustawiane są zdjęcia dzieci i wnuków dziekana. Kiedy pytam o sytuację w Klejnikach, ks. Roszczenko odmawia odpowiedzi.

– Nic nie będę mówił. Pani na moim miejscu chciałaby sobie robić wrogów? – pyta, odprowadzając mnie do drzwi.

„Póki on tu jest, moja noga w cerkwi nie postanie”

– Bijemy się tu o kawałek prawdy – powiedział mi jeden z mieszkańców Klejnik. Postanawiam zgłębić ją w Orzeszkowie. Moja obecność wywołuje spore poruszenie.

– Nasza wieś nie przypomina już tej sprzed W. Jest skłócona, podzielona. Inne batiuszki mówiły, że to jego metoda. Najpierw wszystkich skłócić, a potem można robić, co się chce. Mieliśmy chór parafii prawosławnej pw. Wniebowstąpienia Pańskiego, który występował na ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach. „Chór nienóżny” – powiedział i w dwa tygodnie zlikwidował. Żeby pani widziała, jak te dziewczynki płakały. Teraz Matuszka przyjeżdża śpiewać, chyba ma nakaz udawania małżeństwa. Coś tam w ogródku robi, sprząta, ale i tak wszyscy wiedzą, że pop z facetem żyje – mówi mężczyzna.

– U nas zawsze rada parafialna miała nad wszystkim pieczę. W lutym W. zarządził wybory, zaprosił do cerkwi dziekana Niegierewicza z dekanatu hajnowskiego i wtedy dowiedzieliśmy się, jacy to my źli jesteśmy i że mamy się zgodzić na takiego starostę, jakiego zechce proboszcz. Choć z 50 osób krzyczało „nie”, i tak został wybrany. Zaczęliśmy mówić, że my takiego batiuszki nie chcemy, to on zaczął skakać, figi pokazywać. Starosta ludzi z cerkwi wypychał. Dzieci nie wiedziały, co się dzieje, płakały. Chociaż w tej cerkwi ślub brałam, dzieci chrzciłam, dopóki on jest, moja noga tam nie postanie – denerwuje się młoda kobieta.

Według W. zabytkowa, urokliwa cerkiew w Orzeszkowie jest za mała. Ksiądz przedstawił mieszkańcom wsi i w Urzędzie Gminy Hajnówka pismo bez żadnych pieczątek i numeru twierdząc, że dostał je od metropolity Sawy.

„Prośbę ks. mitrata Aleksandra W. (…) o przekazanie placu po starej szkole w Orzeszkowie o pow. 1 ha oraz budynku gospodarczego nr 151, z przeznaczeniem pod budowę cerkwi parafialnej, popieram w całej rozciągłości” – napisano w piśmie złożonym w UG Hajnówka 24 lutego br.

– Ksiądz chodził po wsi z czystą kartką i zbierał podpisy tłumacząc, że chodzi o petycję do gminy o przekazanie działki. Jak się później okazało, do gminy trafiła petycja o budowę nowej parafii – informuje mieszkaniec Orzeszkowa i na dowód pokazuje dokument.

Z inicjatywy wójt gminy Hajnówka Lucyny Smoktunowicz zwołano spotkanie mieszkańców Orzeszkowa. Wszyscy zebrani zagłosowali przeciwko budowie nowej cerkwi. Kilka dni później do sołtysa Orzeszkowa przyszło pismo opieczętowane i podpisane przez sekretarza metropolity Sawy ks. Jerzego Doroszkiewicza:

„Aby rozpocząć budowę nowej cerkwi należy uzyskać zgodę biskupa. Takiego błogosławieństwa dla Orzeszkowa nie dawałem” – cytował słowa Sawy sekretarz.

– W. powiedział, że i tak zrobi, co chce. My się boimy, co on z tymi podpisami zrobi. Od kilku dni na plebanii już prądu nie ma. Zostawi nas z długami, jak w Klejnikach. On jest nieobliczalny. Jak tu drogi gminnej odwodnienie robili, to poszedł i powiedział robotnikom, że ziemię mają do niego na cmentarz wozić i że wójt wszystko wie. Oni tak przez trzy dni wozili, aż się okazało, że kłamał – mówią mieszkańcy Orzeszkowa. O to, czy gmina zgłosiła sprawę organom ścigania, zapytałam panią wójt.

– W związku z ograniczoną liczbą pracowników, sezon urlopowy, nie mogę zagwarantować, że odpowiedź zostanie udzielona w trybie pilnym – napisała wójt.

Mieszkańcy Orzeszkowa wspominają ks. Leona.

– 18 lat u nas był i nie można było narzekać. Jak odchodził, to ludzie żegnali się i płakali. Jemu musiało odbić przy tym W. Może chciwość go zjadła? – zastanawiają się.

– Kto tu najbardziej zawinił? – pytam w obu wsiach.

– Sawa, bo nic z tym nie robi. Co chwila przekonują nas, że już ma być spotkanie w naszej sprawie, że już dekret jest o odwołaniu i nic. Jak na odpust do Berezowa pojechaliśmy, żeby z metropolitą porozmawiać, to nas zbył. „Cerkiew zamknijcie” rzucił. A potem usłyszeliśmy, żebyśmy sobie sektę założyli. To jest mafia, tu nie liczą się ludzie, tylko układy i pieniądze. Do wszystkich lokalnych mediów dzwoniliśmy i nikt nie chciał się zainteresować. I teraz pani przyjechała. Niech kraj się dowie, jak działa nasz Kościół – mówią jednym głosem mieszkańcy Klejnik i Orzeszkowa.

O stanowisko w tej sprawie poprosiłam metropolitę Sawę, jednak już kilka godzin później na stronie Kościoła prawosławnego pojawił się komunikat:

„Jego Eminencja Wielce Błogosławiony Sawa, Metropolita Warszawski i całej Polski, aktualnie przebywa na leczeniu w jednym z warszawskich szpitali. Powodem hospitalizacji jest konieczność przeprowadzenia kuracji antybiotykowej związanej z leczonym przez Jego Eminencję od wielu lat, nawracającym, bakteryjnym zakażeniem skóry (erysipelas)”. Jak mówią mieszkańcy Klejnik, to pierwszy raz, kiedy kancelaria metropolity informuje o stanie jego zdrowia.

Facebook Comments
Poprzedni artykułDom uciech
Następny artykułPolka potrafi (w USA też…)
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).