Zwalczając amulety Kościół pozbawił Polskę ochrony przed koronawirusem.

W dawnych czasach stanowiły zalecaną ochronę przed zarazami, takimi jak obecny wirus. Były charakterystycznym elementem polskiego krajobrazu. Wysokie, drewniane, stały na obrzeżach wsi, miast i szlacheckich folwarków. Małe przybijano do futryn i wystawiano w oknach. Z czasem zaczęły pełnić rolę amuletów. Ich używania zabronił papież Innocenty XI w 1678 r. Dzisiaj mają szanse na triumfalny powrót i zajęcie poczesnego miejsca w każdej antywirusowej apteczce. Przynajmniej w Polsce.

Karawaka i różne odmiany tej nazwy to tzw. krzyż morowy; krzyż o dwóch poprzecznych belkach, z których górna jest krótsza. Uznawany za chroniący przed morowym powietrzem, epidemiami dżumy, czarnej ospy, cholery, tyfusu i innymi, a także przed gruźlicą, anomaliami pogody, nieszczęściami i nagłymi zgonami. W rejonie Biłgoraja (woj. lubelskie) można również dzisiaj znaleźć typ karawaki z trzema poprzecznymi ramionami.

Krzyż dotarł do Polski w połowie XVI w. z Włoch. W trakcie soboru w Trydencie w 1545 r. pojawiła się zaraza morowa, którą kardynałowie z Hiszpanii zwalczali krzyżem z Caravaki. Krzyż jest relikwiarzem, zdobytym przez Ferdynanda III Świętego podczas wojny z Maurami w 1241 r. Jego nietypowy w łacińskiej Europie kształt wiąże się z pochodzeniem z chrześcijańskiego Wschodu. Do Caravaki przywieźli go templariusze. Powiązanie z templariuszami wystarczyło, aby w końcu trafił pod papieską lupę i wylądował na liście zakazanych symboli. Polscy wierni i duchowni niezbyt przejęli się papieskim zakazem.

Podobno samo posiadanie krzyża karawaka chroni przed wszystkim, co złe. Dzisiaj można by je masowo drukować na maseczkach ochronnych lub rękawiczkach. Księża powinni wyjść z inicjatywą powszechnego stawiania drewnianych karawak, a premier Morawiecki mógłby szybko ogłosić powstanie „karawakowej tarczy” na całej długości granic RP. Wyjdzie taniej niż zakup testów na koronawirusa.

Facebook Comments
Poprzedni artykułNieprawicowe rekolekcje w TVP
Następny artykułJezus zapadł się pod ziemię?
Dziennikarz związany z „FiM” z przerwami od 2001 r. Mieszka i pracuje na trudnym terenie południowo-wschodniej Polski. Interesuje się tematyką społeczną, gospodarczą, historyczną, mniejszościami narodowymi, religijnymi i wszystkim co nietypowe. Pracował dla wielu regionalnych i ogólnopolskich tytułów prasowych. Charakteryzuje go wrodzona tolerancja na głupotę swoją i innych oraz trudny charakter. (Jedną z jego zalet jest to, że zna swoje wady – przyp. red.).