W czwartym roku „dobrej zmiany” połowa Polaków kwalifikuje się do leczenia u psychologa czy psychiatry.

Wrzesień 2016 r. Wielka demonstracja KOD w Warszawie, ze sceny przemawiają aktywiści społeczni. Pojawia się prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i woła: „Koniec z kłamstwem smoleńskim! Mam dosyć apeli smoleńskich, które sprawiają, że ogromna tragedia staje się karykaturą!”. Słuchamy rasowego mówcy wiecowego, który rozgrzewa publiczność. Jest w nim autentyzm, pasja, wiara w sens obywatelskiego działania. „Gdańsk Warszawa, wspólna sprawa!” – skanduje tłum.
Nic dziwnego, że tyle razy wygrywał wybory w swoim mieście, że nie zaszkodziła mu ani wlokąca się latami niewyjaśniona sprawa oświadczeń majątkowych, ani rozbrat z Platformą Obywatelską i wystawienie przeciw niemu Jarosława Wałęsy w 2018 r. W dyskusjach w mediach społecznościowych mieszkańcy innych miejscowości nie rozumieli, dlaczego gdańszczanie – zwłaszcza ci starsi, z solidarnościową przeszłością – stoją murem za Adamowiczem. Bo Gdańsk pod jego rządami wypiękniał? Przecież nie tylko on; miasta polskie zaabsorbowały ogromne środki unijne. Może więc chodziło raczej o to, że Adamowicz był „lokalsem” do szpiku kości, zakręconym na punkcie Gdańska, który chciał wypromować na europejską metropolię, otwartą i tolerancyjną. Miał talent polityczny i charyzmę. Kiedy odcięła się od niego PO, nie poddał się i nie dał się przekupić obietnicą fotela w europarlamencie. Jego siłą był kontakt z ludźmi z ulicy, bliski i bezpośredni.
Kiedy więc nastał dzień, gdy Paweł Adamowicz musiał w szpitalu walczyć o życie, ci ludzie właśnie masowo zgłosili się, by w tej walce mu pomóc, oddając mu swoją krew.

Parada hipokrytów

Adamowicz jako prezydent wchodził w kolizje z „dobrą zmianą”, choćby w sprawie Muzeum II Wojny Światowej czy obchodów rocznicy Westerplatte. Dlatego był obiektem nagonki w KURwizji. Dziś ludzie, którzy jeszcze wczoraj robili z niego aferzystę, próbują się lansować na jego śmierci, popisując się w mediach, jak sprawnie działają ich urzędy i jak empatyczni są oni sami. Mazurek, Ziobro, Szumowski występują przed kamerami, wzywają do modłów. Morawiecki wysyła samolot rządowy po żonę Adamowicza. Przypomina o swoim istnieniu Duda: zaprasza liderów partii, by wspólnie z nimi zorganizować marsz protestu przeciw przemocy, choć ludzie w wielu miastach spontanicznie skrzykują się na takie marsze bez pomocy Dudy. I znowu klapa – prezydenckiego marszu nie będzie. Ale poza nurtem wystąpień oficjalnych i twitterowych kondolencji wylewa się podskórne szambo: głos zabiera Krystyna Pawłowicz i setki jej naśladowców, opluwając Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, sugerując, że nieszczęściu winien jest Owsiak, że nie zadbano o ochronę koncertu, a przecież w naćpanym tłumie wszystko mogło się zdarzyć itd. Nie brak też wyrazów radości, że Adamowicza wreszcie szlag trafił.
Po ponad trzech latach ultrakatolickich rządów połowa społeczeństwa kwalifikuje się do leczenia, jeśli nie u psychiatry, to u psychologa.
Bombardowany od lat absurdalnymi oskarżeniami i oszczerstwami Jerzy Owsiak ma dosyć: ogłasza, że rezygnuje z kierowania fundacją WOŚP. „Jurku, nie możemy się poddać” – wzywa Janina Ochojska. Błyskawicznie powstaje ruch Murem za Owsiakiem. Jednak przekazanie WOŚP w inne ręce nie powstrzyma hejterów, nie sprawi też, że osoby grożące innym śmiercią przestaną być bezkarne. Bo państwo PiS programowo pozwala na dowolne manifestacje nienawiści wobec ludzi gorszego sortu. To coś więcej niż rewanż za lata porażek i upokorzeń, to świadomie wybrane narzędzie uprawiania polityki. Nie da się bowiem przeprowadzić pisowskiej rewolucji ustrojowej bez szczucia – przeciw opozycji, elitom, sędziom, artystom, Owsiakowi i innym „wrogom ludu”. A jeśli w życiu publicznym szaleją na co dzień negatywne emocje z taką intensywnością, jakiej nie było nawet w stanie wojennym, to osoby o słabej kontroli nad sobą, niezrównoważone, dotknięte obsesjami prędzej czy później sięgną po przemoc. Bo jak napisał Krzysztof Jedlak z „Dziennika Gazety Prawnej”: „Szaleńcy karmią się naszą nienawiścią”.

Partia rządzi, partia sądzi

Finał WOŚP w Gdańsku. Nożownik Stefan W. wyrywa mikrofon konferansjerowi i krzyczy: „Halo! Siedziałem niewinny w więzieniu! Platforma mnie torturowała!”. Jak później wyjdzie na jaw, odsiedział 5,5 roku za cztery napady na placówki bankowe. Starał się o zwolnienie warunkowe, lecz trzykrotnie odrzucono jego prośbę.
Paweł Adamowicz ani go nie oskarżał, ani nie skazał, ani nie trzymał w więzieniu. Pewnie nie wiedział nawet o jego istnieniu. Za los Stefana W. nie odpowiada żadna partia polityczna, trudno też wyobrazić sobie państwo, w którym napady na banki nie byłyby karane. Stefan W. zresztą sam pogorszył sytuację, gdy na procesie nie wyraził skruchy – zeznał, że chciał mieć pieniądze, których nie potrafił zarobić. Ale to PiS czwarty rok wmawia obywatelom, że sądy są partyjne, kiedyś były platformerskie, teraz powinny być pisowskie, bo taką wolę objawił suweren w wyborach. PiS dewastuje świadomość społeczną, przekreślając zasadę trójpodziału władzy, przejmując i obsadzając swoimi funkcjonariuszami wszystkie niezależne instytucje, zmierzając do tego, by cały aparat państwowy
podlegał jednemu centralnemu ośrodkowi dyspozycji politycznej, jak to było w PRL.
Ten model rzutowany jest w przeszłość. Katastrofie smoleńskiej i aferze Amber Gold ma być winien Tusk, luce VAT-owskiej Rostowski, jakby celowo do niej doprowadził i osobiście się na niej utuczył (powyższa logika przestaje jednak obowiązywać w przypadku świeżych afer GetBack czy KNF). Władza pociąga za wszystkie sznurki, a jeśli nie pociąga, to dlatego, że jest leniwa lub skorumpowana. W efekcie tego prania mózgów słabiej wyedukowani obywatele obwiniają ówczesny rząd o wszystkie swoje niepowodzenia lat 2007–2015, a może i wcześniejszych. Stefan W. źle się czuł w więzieniu? Winna jest Platforma! Adamowicz, który od 2015 r. nie należał do PO, stał się jej symbolicznym reprezentantem, ofiarą zastępczą.
Tu warto dodać, że osadzeni w więzieniach mogą oglądać tylko TVP.

Nie zabijajcie nas

Październik 2010 r. Ryszard Cyba wdziera się do biura poselskiego PiS w Łodzi, zabija jego pracownika Marka Rosiaka i rani inną osobę. W śledztwie przyzna, że chciał uśmiercić Jarosława Kaczyńskiego. Sprawia wrażenie chorego psychicznie, ale sąd uzna go za w pełni poczytalnego i skaże na dożywocie. W obozie PiS wybucha histeria. Cyba zostaje uznany za wysłannika Platformy, wręcz jej płatnego siepacza, gdyż przed laty do tej partii należał, zresztą krótko. Jego czyn ma być koronnym dowodem na to, że władza ze swoimi mainstreamowymi mediami rozpętała atmosferę nienawiści do opozycji. „Nie zabijajcie nas” – jęczy Waszczykowski. Pisowska propaganda grzeje temat długo i skutecznie, wtłaczając swoim zwolennikom do głów przekonanie, że „układ” wziął się do fizycznej likwidacji przeciwników, a po Rosiaku będą następne ofiary.
Co usłyszymy dziś od ludzi, którzy obciążali ówczesną władzę odpowiedzialnością polityczną i moralną za wyczyn jednego świra? Że morderstwo w Gdańsku nie ma nic wspólnego z działalnością obozu rządzącego, jego mediów, jego trolli internetowych, zalewających nas dzień po dniu oceanem jadu i podłości? Jakkolwiek jednak PiS chciałoby się wybielić, już powstają ludowe teorie spiskowe, że nożownika ktoś nasłał i obiecał mu bezkarność. Paranoja, jaka rozkwitła po Smoleńsku, zmieni teraz wektor, uderzając w ugrupowanie, które ją podsycało.
Stefan W. leczył się psychiatrycznie. Ziobro ze swym zastępcą Sierakiem już zdążyli ogłosić, że są wątpliwości co do poczytalności podejrzanego. Czyli on wariat, a my
wszyscy normalni.

Facebook Comments