Ostatnia sobota karnawału. Przyszedł do mnie Józek. Popiliśmy, pośmialiśmy się. Po godzinie doszedł spóźniony Jędrek.
– W robocie musiałem zostać dłużej. Z teczki w przepraszającym geście wyciągnął dwie flaszki.
Józek po godzinie zaległ na wersalce, a ja z Jędrkiem kontynuowaliśmy analizę porównawczą wyrobów spirytusowych różnych producentów.
Jędrek, jak zwykle, narzekał na robotę.
– Przychodzą te staruchy, groszem nie śmierdzą, godzinami wysłuchujesz ich biadolenia, w końcu mówisz im, co mają zrobić, żeby nie musieli już do mnie przyłazić, ale za tydzień jest to samo. Gdy przypominasz im o corocznej wizycie, to gdy przychodzi co do czego, to wysłuchają, pomędzą i na koniec wciskają ci wymiętoloną i uświnioną kopertę, którą w swym zramoleniu uważają za wystarczającą gratyfikację! – sapał z oburzeniem wychylając kolejny kielonek.
– A ja mam z tej jałmużny wszystko utrzymać! Czasem alkohol dadzą, to go w robocie wykorzystam, ale zdarzają się jemioły, które wciskają mi pierdolone owoce! Jak ja jabłkami za paliwo zapłacę? – kolejny kielon podążył na łono alkoholowego Abrahama.
– Na dziwki grosz mi już nie zostaje, a koks biorę na krechę, że tak zażartuję. Mówię ci stary, syf. Jeżeli się młodzi nie zaczną pojawiać, to wszystko to w końcu pierdolnie.
Skończyliśmy degustację o trzeciej rano. Wcześnie, bo Jędrek miał iść na szóstą do roboty.
Msza się sama nie odprawi…

Facebook Comments