Nie zna życia, kto nie służył… jako ministrant. – Kto nim nie był, nie ma pojęcia, o co tak naprawdę chodzi w tym fachu – twierdzą ministranci z długoletnim stażem.
 

Niedzielne asysty przy ołtarzu to dla nich rutyna. Prawdziwym wyzwaniem, ale i powodem do wielu niespodzianek, a nawet niebezpiecznych sytuacji, jest doroczna wizyta duszpasterska, zwana potocznie kolędą. W ich środowisku to zjawisko nazywane jest godziną „zero”.
– Dla nieuświadomionego laika kolęda musi być fajną sprawą: dostajemy kasę, czekolady, ciasta, wiśnie z likierem… – relacjonuje Piotr M., ministrant w jednym z kościołów w Katowicach. – Moje dziewięcioletnie doświadczenie jako ministranta nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, że jeżeli mogę w swoim życiu mówić o zdarzeniach naprawdę dziwnych, to z pewnością miały one miejsce podczas kolędy – dodaje.

Gościnność i hojność

Reakcje niektórych na widok ministranta byłyby hitem YouTube’a.
– Dzwonimy do mieszkania. Otwiera dziadek w samych spodniach z dresu: „Ziuuuta!”. Koleś drapie się po owłosionej klacie, a po chwili przychodzi pani Ziuta: „O pierona, Zdzichu!” – opowiada jeden z ministrantów, kolędujący w Rybniku. – Ziuta ucieszyła się na nasz widok. Miła pani, pełna wigoru, z szybkością, jakiej można jej pozazdrościć, posprzątała całe mieszkanie. Pan Zdzisław poszedł się przebrać. Po skończonej modlitwie, którą gospodarz odbył z otwartym rozporkiem, ksiądz rozparł się w fotelu, spod którego wystawały niedokładnie upchnięte śmieci – śmieje się chłopak.
W innym wypadku, tuż po naciśnięciu dzwonka, drzwi otwiera jakaś babcia. Wyraźnie podekscytowana widokiem przystojnych ministrantów woła: „Krycha! Jakieś pajace do ciebie!”. Po chwili przez szybkę w drzwiach wygląda zapewne nie kto inny, jak pani Krystyna, po czym zasłania firankę i gasi światło w przedpokoju.
– Cicho, nie, to nie do mnie! – ministranci słyszą teatralny szept Krystyny i odchodzą z niczym.
– U 25-letniego mężczyzny, u którego byłem pięć lat z rzędu na kolędzie, zawsze powtarzała się ta sama sytuacja: „Ojej… bardzo przepraszam, mam teraz pilny telefon, nie mogę przerwać rozmowy”. Jego zmartwiona mina znika, gdy uspokajamy go słowami: „No szkoda, przyjdziemy za rok. Nic się nie stało, proszę wracać do słuchawki”. W tym roku widocznie linia była zepsuta, bo na nasz widok zareagował: „yyyy… ojej… niestety rodziców nie ma w domu”. Dwudziestoletnie dziecko zostało samo… Biedactwo – śmieje się ministrant.
Z relacji kolędujących ministrantów wynika, że normą jest uciekanie „na żywca” przed księdzem. Często zdarza się, że duchowny widzi, jak mieszkańcy wchodzą do mieszkania, a chwilę później nikogo nie ma w domu. Równie często są zdziwieni, że już jest grudzień czy styczeń i czas wizyt duszpasterskich.
– W pięciopiętrowym bloku mieszkał mężczyzna, podobno Włoch. Na standardowe pytanie: „Czy przyjmuje pan kolędę?”, powiedział: „Nie-ło-zu-mieć”. Popatrzeliśmy na siebie, bo taka sytuacja jeszcze nam się nie zdarzyła. On wtedy pospiesznie powiedział: „Wait, wait”, wyciągnął portfel i dał nam 10 zł. No proszę… bariera językowa okazała się łatwa do przeskoczenia – opowiada Maciek z Katowic.
Ministranci zbierają, oprócz datków pieniężnych, dary w naturze: zaschnięte resztki ciast lub nadgniłe mandarynki.
Przyjmując kolejną reklamówkę starych jabłek, obdarowani twierdzą, że liczy się sam gest.
– Byłem z kolędą u pani iluzjonistki. Takiej prawdziwej. Z życzliwym uśmiechem ofiarowała nam datek finansowy. O dziwo, stan kasy przed i po był identyczny. Nie zaglądamy zwykle do skarbonki, a nawet nie powinniśmy, no ale z nudów zajrzeliśmy. Pani iluzjonistka włożyła rękę do swego portfela, a następnie do naszej skarbonki, gdzie pstrykając w bilon, zamieniła go w banknoty – wspomina niesamowity datek ministrant Łukasz.
O tym, ile ministranci zarobią w ciągu całej kolędy, decyduje geografia i to, jaką okolice odwiedzają. Najlepsi potrafią wyciągnąć około tysiąca. Nie każdy ministrant jest nagradzany uczestnictwem w kolędzie. W parafiach nadal obowiązuje zwyczaj zbierania punktów w ciągu roku za służenie do mszy. Najmniej punktowane było uczestnictwo we mszy niedzielnej, najbardziej „opłacalne” w tygodniu o 7 rano. Ministrant z największą liczbą punktów ma prawo nawet kilka razy chodzić po kolędzie i dzięki temu zarobić najwięcej. Ministranci mają obowiązek ujawnić, ile pieniędzy zebrali. Z tej kwoty ściągany jest najczęściej „podatek”, z którego finansowane są wspólne przedsięwzięcia braci ministranckiej.

Przypadki i poradnik

Z nieoficjalnych statystyk, które prowadzą sami ministranci, wynika, że szansa, aby trafić na normalną rodzinę w czasie kolędy jest jak 1 do 7.
– Często można trafić na mieszkania, w których nikt normalny nie wytrzymałby ze względu na zapach. Przed pewną kolędą zostaliśmy ostrzeżeni przez księdza o jakiejś wielbicielce kotów. Co zabawne, pani miała na nazwisko Kolenda. Miała też 23 koty. Zaczęliśmy śpiewać „Hej kolęda, kolęda”, ale kiedy kobieta otworzyła drzwi, autentycznie podskoczyliśmy pod wpływem odpychającego odoru, jaki panował wewnątrz. Koty były wszędzie… W przedpokoju w kałuży krwi leżały jakieś nadgryzione flaki. Śpiewaliśmy na bezdechu. Lokatorka chciała „dać na kościół” i nie spiesząc się wyciągnęła banknocik. Kiedy powiedziałem „Bóg zapłać”, byłem już chyba zielony – relacjonuje ministrant.
– Kiedyś przez uchylone drzwi zmierzyło nas diaboliczne kobiece spojrzenie. Kiedy wpuściła nas do środka, niespecjalnie zdziwił nas wiszący na ścianie odwrócony krzyż oraz ciemny wystrój wnętrza. Ogólnie zachowanie tej osoby nie odbiegało znacznie od normy, do jakiej przywykliśmy, ale zaczęliśmy robić w galoty, kiedy przed wyjściem ostrzegła nas: „Uważajcie w tym mieszkaniu obok. Nawiedzeni ludzie. Wyślijcie tam najpierw egzorcystę”. Pewni zbliżającego się końca, mimo wszystko zapukaliśmy do jej opętanych sąsiadów. Zaatakują siekierą? Zadźgają nas strzykawkami? Kroki… ktoś przekręca zamek… Otwiera drzwi. Stoi w nich uśmiechnięty, młody, elegancki pan: „Szczęść Boże! Oczywiście, że przyjmujemy kolędę. Prosimy”. Cóż… rzeczywiście było to niespotykane – wspomina kolejny młody człowiek.
Inny kolędnik opowiada:
– Jednym z najciekawszych przeżyć była dla mnie kolęda na peryferiach miasta. Czekaliśmy na mrozie przed ogrodem, po którym biegało siedem groźnych psów. Po dłuższym czasie wyszła, jak ją nazwaliśmy, Babcia kung-fu i pejczem zaczęła egzekwować posłuch u czworonogów. Krzycząc: „Do domuuu! Wynocha, skurwysyny!”, torowała drogę księdzu.
Parafianie jako największe chamstwo ze strony księdza i ministrantów poczytują przeszkadzanie ludziom w trakcie oglądania telenoweli, programu „Trudne sprawy” czy też Pucharu Świata w skokach narciarskich. Zrozpaczeni ludzie próbują różnymi sztuczkami wciągnąć w to duchownego („w ostatnim odcinku nakryła go z kochanką!”). W takiej sytuacji zazwyczaj rodzina wysyła przedstawiciela do zabawiania duszpasterza, a reszta kontynuuje poprzednie zajęcie. Kiedy w połowie modlitwy z sąsiedniego pokoju dochodzi krzyk: „Stochchch!”, ksiądz mimo wszystko zostaje sam z kropidłem w ręku.
– W pewnym gustownym mieszkaniu, pod stoliczkiem z krzyżem, świeczkami i wodą święconą, leżały niespecjalnie ukryte roczniki „Playboya”, a na półce można było podziwiać przykuwającą wzrok, imponującą kolekcję starych kaset VHS – wspomina ministrant. – Mieszkanka była przesympatyczna. Taka typowa bogobojna, religijna kobieta, przyjmująca co roku kolędę – dodaje z uśmiechem.
Prawdziwą zmorą ministrantów są dzwonki do drzwi.
– Dzwonki nie tylko ćwierkają jak ptaszki, grają „We Wish You a Merry Christmas”, ale też kopią prądem – opowiada ministrant Maciej. – Zdarzało się, że na drzwiach była kartka „proszę pukać”. Nie wiedziałem po co wisi taka informacja, do czasu aż 220 V kopnęło mnie tak, że aż zrobiłem się sztywny. Innym razem spotkałem sznur, ciągnący się aż od furtki, zakończony dzwonkiem pasterskim. Pod innym adresem obok przycisku dzwonka zwisał kabelek, a niżej było gniazdko. Aby zadzwonić, należało podłączyć przewód do kontaktu – dodaje.
Z relacji ministrantów wynika, że często zdarza się, szczególnie w starszym budownictwie, że grzęzną w windach czy gubią się w gąszczach nowych numeracji i nazw ulic. Większość czasu pomocnicy księdza spędzają na klatkach schodowych czy też pod bramą, gdyż wierni przyjmujący kolędę nie wiedzą, co z nimi zrobić.
Zdarzyło się, że zostawiony w pokoju, przemarznięty i zmęczony ministrant po prostu zasnął w fotelu i opuszczający mieszkanie ksiądz nie mógł go dobudzić. Znanych jest wiele przypadków, gdzie nudzący się w oczekiwaniu na przełożonego ministrant, bawiąc się kropidłem, nie dokręca go dokładnie. Kończyło się to zalaniem telewizora czy rozbiciem niejednego żyrandola w czasie święcenia mieszkania.
Zdarzają się też ekstremalne wpadki ministrantów. Pewnego razu, w starej kamienicy w Chorzowie, dwóch posługujących zapukało do drzwi, przy których nie było dzwonka. Weszli nieproszeni, kiedy zorientowali się, że drzwi są otwarte. W jednopokojowym, ciasnym pomieszczeniu, zastali siedzącego na sedesie, zdziwionego mężczyznę czytającego gazetę z opuszczonymi spodniami. Okazało się, że weszli do wspólnej ubikacji na korytarzu, jakich ciągle wiele można spotkać w tzw. familokach.

Na granicy prawa

Ministrant czasami może liczyć na gorące, wręcz wystrzałowe przyjęcie.
– Przechodziliśmy pod jednym blokiem, gdy nagle silny podmuch zepsuł mi fryzurę. Zanim dobrze skumałem co się stało, wszystko wyjaśnił mi ksiądz Franciszek: „Spokojnie, to tylko petarda…”. Wybuchła w powietrzu tuż koło mojego ucha. Teorię o przypadkowości tego zdarzenia obalił ryk sąsiada z okna: „A macie chuje!!!” – opowiada ministrant Maciek.
Kolęda dociera także w niebezpieczne rewiry.
Niestety, w okresie kolęd często słyszy się o napadach na towarzyszących księdzu ministrantów. Pokusą jest puszka z datkami, którą opiekują się chłopcy w czasie kolędy.
– Staliśmy na słabo oświetlonym piętrze bloku, który roboczo nazywamy F18. Normalne było, że oberwaliśmy petardą, która odbiła się, spadła na ziemię i pierdnęła, jakby jej nie wyszło. Na ścianie pojawiły się zaraz trzy kilkumetrowe cienie. Zbliżali się do nas. Łukasz zacisnął pięść na metalowym kropidle, a ja mocniej chwyciłem zawieszoną na szyi skarbonkę. Cienie zbliżały się, powoli malejąc. Wreszcie na klatkę wskoczyło trzech gniewnych kurdupli, co najwyżej z gimnazjum. Popatrzyli, zaniechali rabunku i uciekli – dzieli się na forum dyskusyjnym jeden z ministrantów z Rybnika.
Zdarzają się też ciemne występki samych pomocników duszpasterza. Znamy przypadek, kiedy to w 2012 r. 16-letni ministrant ze Szczecinka przywłaszczył sobie 4 tys. zł z datków po kolędzie duszpasterskiej. Jako jedyny miał konto bankowe i zaoferował, że na nim przechowa zebrane datki. Mimo ponagleń, z pieniędzy się nie rozliczył i obracał nimi realizując, jak tłumaczył się policji, swoje „słodkie szkolne potrzeby”. Policyjne kroniki opisują także kilka przypadków, kiedy pozostawiony sam w pokoju ministrant połakomił się na jakiś wartościowy przedmiot czy portfel gospodarza.

***

W jakim celu ministrant bierze udział w kolędzie? „Podczas wizyty duszpasterskiej ministranci są potrzebni, by we właściwy sposób wspierać księdza, odpowiadać na modlitewne wezwania, podawać księdzu modlitewnik, zorientować się, czy rodziny są obecne w domach i czy przyjmą duszpasterza. To taka dyskretna i kulturalna pomoc księdzu” – twierdzi na portalu Ministranci.pl bp Adam Bałabuch. Czy kulturalna? We wszystkich cywilizowanych krajach, np. we Włoszech, w Niemczech, Norwegii, można umówić się telefonicznie na wizytę duszpasterską o każdej porze roku. To chyba bardziej kulturalna forma odwiedzin niż „naloty”.

Facebook Comments