Strona główna Polityka Komu bije dzwon

Komu bije dzwon

157
fot. archiwum prywatne
O kulisach zabójstwa generała Kasima Sulejmaniego wiemy sporo. Nie wiemy natomiast, jakie będą jego konsekwencje.

W 2007 r. Zbigniew Brzeziński wydał w Nowym Jorku książkę „Second Chance”, która szybko została przetłumaczona na język polski i ukazała się pod tytułem „Druga szansa”. W tej książce Brzeziński, były doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego, skrytykował politykę amerykańską. Wskazał trzy główne wartości, na jakich powinna oprzeć się polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych: współdziałanie, pokój, równość. W realizacji tych wartości upatrywał „drugiej szansy Ameryki”.

Tragedią Brzezińskiego, który mówił o sobie „jako Amerykanin jestem stuprocentowo zaangażowany w rzeczywistość amerykańską”, a także podobnie myślących Amerykanów jest, że żadna z tych wartości nie została zrealizowana. Polityka amerykańska poszła zupełnie w innym kierunku. Zamiast współdziałania mamy dziś ostrą rywalizację na arenie międzynarodowej. Zamiast pokoju mamy narastające zagrożenie wojną na Bliskim Wschodzie i w innych rejonach świata, a zamiast „równości” unilateralizm (umowa albo deklaracja obowiązująca tylko jedną ze stron – red.) i brak poszanowania dla prawa międzynarodowego oraz innych członków społeczności międzynarodowej. W jakim kierunku idą więc Stany Zjednoczone? Jaką politykę uprawiają? Jakie siły za tym stoją? Jakie to ma skutki dla świata?

Filozofia eliminacji

Za czasów prezydentury Billa Clintona (1993–2001) były różne próby rozwiązania konfliktu palestyńsko-izraelskiego, ale jednocześnie Stany Zjednoczone zmieniły nastawienie wobec Izraela: od bezstronności do jednostronnego poparcia. Ten proces pogłębił się w czasie rządów kolejnego prezydenta USA George W. Busha (2001–2009). Wśród jego doradców byli neokonserwatyści (neocon), z których wielu miało powiązania z izraelską partią Likud. Ich doktryną była polityka siły. Chcieli dokonać poprawy bezpieczeństwa Izraela przez usunięcie siłą wszystkich potencjalnych przeciwników: najpierw Irak, następnie Syria, potem Iran, potem… Nietrudno dostrzec, że ten scenariusz jest konsekwentnie realizowany. W poszukiwaniu Al-Kaidy USA zaatakowały Afganistan, a potem Irak, bez autoryzacji ONZ. Dla uzasadnienia wojny posługiwano się nieprawdą. Najbliżsi współpracownicy prezydenta Busha, wiceprezydent Dick Cheney i doradca ds. bezpieczeństwa Condeleezza Rice, przekonywali, że Irak ma broń masowego rażenia i nie dopuszczali do głosu ekspertów. Potem, już za czasu prezydentury Baracka Obamy, wykorzystano konflikt społeczny dla osłabienia Syrii. Obecnie zbliżamy się do kolejnej realizacji dawno już zaplanowanego scenariusza – wojny z Iranem.

Irański generał Kasim Sulejmani został zabity 3 stycznia br. wraz z Abu Mahdi al-Muhandisem, dowódcą irackich Sił Mobilizacji Ludowej, i towarzyszącymi osobami w pobliżu międzynarodowego lotniska w Bagdadzie w wyniku amerykańskiego ataku powietrznego. Nie można tego zabójstwa traktować jako odwet, ale raczej jako wykorzystanie pretekstu do pozbycia się wysokiego rangą urzędnika państwa określonego jako wróg, a także dowódcy irackiej milicji, która powstała, aby chronić Irak przed Państwem Islamskim, ale obecnie została sklasyfikowana jako wrogo nastawiona do Stanów Zjednoczonych. Pretekstem były rozruchy wokół ambasady amerykańskiej w Bagdadzie i próba jej podpalenia, ale nie przedstawiono żadnych dowodów, że za protestami, w wyniku których personel amerykański opuścił budynek ambasady (ale faktycznie nikt nie ucierpiał), stali Sulejmani czy Muhandis. Wydarzenia, w których uczestniczyli nawet niektórzy iraccy politycy, członek parlamentu i były minister transportu Hadi al-Amiri i doradca do spraw bezpieczeństwa Faleh al-Fayyadh, należy tłumaczyć raczej spontaniczną reakcją tłumu, w kontekście rozluźnionej dyscypliny i trwających w Iraku już od października zamieszek – reakcji, która została spowodowana niedawnym bombardowaniem przez Amerykanów stanowisk Kataeb Hezbollah, wchodzących w skład Sił Mobilizacji Ludowej, w wyniku których zginęło ponad 25 osób. A to z kolei może być wytłumaczone odwetem za zabicie amerykańskiego pracownika w rejonie Kirkuku. Chociaż znowu nie ma dowodów, kto to zrobił. Mogli to równie dobrze być terroryści z Państwa Islamskiego, z którymi Kataeb Hezbollah walczy.

Świat po zabójstwie

Generał Kasim Sulejmani był odpowiednikiem amerykańskiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego albo amerykańskiego dowódcy sił specjalnych, takich jak SOCOM czy SOCCENT. Niekiedy określano go jako drugą najważniejszą osobę w Iranie. Nietrudno przewidzieć jakie będą konsekwencje jego zabójstwa. Z punktu widzenia polityki zagranicznej, opartej na wartościach, atak ten nie miał żadnego sensu. Nie miał charakteru odstraszającego dla Iranu, ale służył bardziej jako prowokacja. Iran może szukać teraz odwetu i osoby publiczne w Stanach Zjednoczonych na stanowiskach zbliżonych do tego, jakie zajmował Sulejmani stają się potencjalnymi celami irańskimi. W samym Iraku siły szyitów, wchodzące w skład oddziałów Mobilizacji Ludowej, będą szukać zemsty. Fakt, że są one częścią irackiego systemu bezpieczeństwa narodowego i sił zbrojnych nie jest bez znaczenia. Rząd iracki, zobowiązany uchwałą parlamentu z 5 stycznia o wydaleniu z kraju wojsk amerykańskich i będący pod olbrzymią presją publiczną, może uznać, że opór wobec tej uchwały, bez względu na jej konsekwencje, jest w obecnej sytuacji politycznej niemożliwy. Kataeb Hezbollah włączy zapewne inne bojówki do kampanii przeciwko siłom i urzędnikom amerykańskim w Iraku. Jeżeli – jak zapowiada Donald Trump – Stany Zjednoczone zastosują sankcje, całe społeczeństwo, wcześniej przyjaźnie nastawione do USA, stanie się antyamerykańskie. Zostanie ono popchnięte w ramiona wpływów Iranu.

Takimi posunięciami, jak zabójstwo generała Sulejmaniego, Stany Zjednoczone tracą dalej swój autorytet międzynarodowy. Okazują tym samym przyzwolenie na przemoc, z jaką próbują prowadzić politykę zagraniczną oraz obojętność na ograniczenia wynikające z prawa międzynarodowego. Rząd w Teheranie może przeliczyć się co do swojej odpowiedzi w formie odwetu, co w obliczu obecnej prowokacji jest bardzo realną możliwością. Doprowadzi to do wojny między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Wówczas ci, którzy ten konflikt dawno już planowali, a także namawiający dziś do wojny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA John Bolton oraz premier Izraela Binjamin Netanjahu, dostaną to, czego chcieli. A nieobliczalne skutki wojny odczujemy wszyscy.

Szacunek jako szansa

Jeszcze trzy miesiące temu pełniłem funkcję dziekana na Uniwersytecie Amerykańskim w Iraku i mieszkałem w Bagdadzie, w tak zwanej zielonej strefie, około 300 metrów od ambasady amerykańskiej. W drodze do sklepu po zaśmieconej ulicy, składającej się z obskurnych domów o wysokich płotach pokrytych drutem kolczastym, przechodziłem obok uzbrojonych ludzi. Ich twarze były nieufne. Wystarczył jednak jeden przyjazny gest – powitanie, podniesienie ręki – aby na posępnej twarzy pojawiał się uśmiech. Przy kolejnym spotkaniu sami pierwsi wyciągali ręce. I to chyba klucz do zrozumienia innego człowieka, o którym zapomnieli dzisiejsi politycy. Okażmy innym szacunek, a będą nas szanowali. Dojrzyjmy w innych osoby z podobnymi do nas pragnieniami i oczekiwaniami. Rozwiązujmy problemy nie siłą, ale w sposób ludzki.

Facebook Comments