Naukowiec Peter Turchin jest jednym z twórców kliodynamiki – dziedziny próbującej „przewidzieć” przyszłe wydarzenia. Stworzony przez niego model jest w stanie przewidzieć, kiedy dojdzie do społecznego buntu. Przed 10 laty ostrzegał on, że 2020 będzie ciężkim rokiem…

Choć mówiono, że Karol Marks odkrył sposób funkcjonowania historii, to dr Peter W. Turchin z University of Connecticut jest w stanie „wyliczyć” przyszłe wydarzenia, używając do tego modeli matematycznych. Uczony już wiele lat temu ostrzegał przed niepokojami w 2020 r., kiedy – jak wynikało z wykresów – eskalować miał skrywany przez społeczeństwo gniew. Pandemia, która nałożyła się na ten proces, znacznie pogorszyła sytuację, a z jego analiz wynika, że w przyszłości może to doprowadzić np. do wojny domowej w USA. Ale nie tylko on uznaje obecny rok za szczególny w dziejach ludzkości. Analiza komputerowa z 1972 r. ukazuje, że po 2020 r. świat zacznie zsuwać się po równi pochyłej. Czy to naprawdę koniec dobrych czasów?

Przewidzieć rewoltę

Gdy Stanami Zjednoczonymi wstrząsała fala protestów, które zainicjowała śmierć George’a Floyda, wielu przypomniało sobie o przestrogach, jakie dr Turchin opublikował w mediach w 2010 r. „Przyszła dekada będzie czasem wzrostu niestabilności w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej” – prognozował. Ten urodzony w Rosji uczony jest jednym z twórców kliodynamiki, transdyscyplinarnej dziedziny, której celem jest – w najprostszym ujęciu – próba matematycznego modelowania procesów historycznych oraz ustalenie, czy w toku dziejów mają miejsce dające się przewidzieć zjawiska i wydarzenia.

Nie wszyscy przyjęli jego teorię z entuzjazmem. Pod koniec 2012 r., kiedy internet zalewały teorie spiskowe o końcu świata wyznaczonym przez kalendarz Majów, portal Vice.com z przekąsem wspominał o Turchinie, dodając, że bardziej należy obawiać się 2020 r. Rzeczywistość zweryfikowała jego hipotezy w zaskakujący sposób, przez co dziś wielu patrzy na niego jak na wyrocznię, zdolną wskazać, co przyniosą niepewne czasy. Turchin nadal utrzymuje, że dzięki modelom matematycznym można z dużą dokładnością przewidzieć niektóre wydarzenia.

„Przyczyny rebelii i rewolucji są pod wieloma względami podobne do procesów, jakie inicjują trzęsienia ziemi albo pożary lasów. Zarówno w przypadku trzęsień, jak i rewolucji należy wskazać na naprężenia, czyli warunki, które kształtują się bardzo powoli oraz na czynniki inicjujące” – wyjaśniał, dodając, że z danych można wyczytać, kiedy społeczeństwo eksploduje. Na zaprezentowanym przez niego wykresie dla kilku krajów widać wyraźnie, że po 2010 r. liczba manifestacji antyrządowych wzrosła, a ich kumulacja rozpocznie się w tym roku.

– Badania historyczne pokazują, że społeczeństwo przechodzi długotrwałe cykle przemocy. Przez stulecie narasta gniew, potem dochodzi do jego rozładowania oraz szczytu trwającego 10–15 lat. Następnie ludzie męczą się tym, więc kolejne generacje nastawione są bardziej pokojowo. Dopiero prawnuki pokolenia, które nigdy nie doznało takiej formy przemocy osobiście, zaczynają robić problemy – wyjaśniał sens swej teorii Turchin w rozmowie z Vice.com.

Jasnowidze z uniwersytetów

Uczony dodaje, że kliodynamika nie jest ani matematyką, ani historią. Wykorzystuje proste metody statystyczne, opierając się na analizie danych. Jest chłodną oceną, a nie przewidywaniem przyszłości, bo tego nie sposób dokonać, podobnie jak ustalić, co stanie się czynnikiem wyzwalającym niepokoje społeczne – tłumaczy.

Współpracując przez lata m.in. z prof. Andriejem W. Korotajewem, zajmującym się podobnymi badaniami, Turchin ustalił, że teorię o cyklach można zastosować do większości społeczeństw, także tych historycznych.

– Nie mieli powodów, by nie uznawać mnie wtedy za wariata – mówi o swoich prognozach z 2010 r., jakie ukazały się m.in. w magazynie „Nature”.

Uczony sugerował wtedy, że w 2020 r. dojdzie w USA do eskalacji napięć społecznych, podobnie jak miało to miejsce w 1920 r. i 1970 r. Chociaż historia lubi się powtarzać, nie oznacza to, że co pół wieku dzieje się to samo. Niezmienne są jednak pewne procesy kształtujące sytuację w taki, a nie inny sposób. Turchin wiąże to z trendami demograficznymi. Przez stulecie spokoju społeczeństwo rozrasta się poza wyznaczone limity, pojawia się w nim duży odsetek osób młodych, spadają płace i zwiększa się obciążenie państwa. Pojawia się też inny problem, nazywany przez niego „nadprodukcją elit”. To sytuacja, kiedy zbyt wielu ludzi rywalizuje o wysokie stanowiska, m.in. nominacje polityczne, odsuwając na margines innych, co może prowadzić do głębokiej destabilizacji.

Podobne zdanie ma inny badacz „wielkiej historii” dr David Baker z Macquarie University w Sydney. Na początku roku również przewidywał, że wydarzy się coś, co doprowadzi do eskalacji przemocy. Takim zdarzeniem w USA była śmierć George’a Floyda. Kliodynamika zajmuje się też innymi zagadnieniami, m.in. przełomami w nauce, technice, upadkami państw, a nawet rozwojem i schyłkiem religii. Baker mówi, że perspektywy na zapoczątkowanie w 2020 r. wielkiego skoku technologicznego albo przemysłowego są nikłe. Świat niepokojąco bowiem brnie w ślepy zaułek – zauważa uczony, którego wnioski są bardziej pesymistyczne niż Turchina. Z jego badań wynika, że w toku dziejów mają bowiem miejsce „fazy depresji”, rozciągnięte w czasie cywilizacyjne dołki, kiedy ginie do 20 proc. ziemskiej populacji.

„Istnieją szanse, od średnich do niskich, że coś takiego zostanie zainicjowane w roku 2020. Może to wydarzyć się całe dziesięciolecia później, ale zapałka do tego pożaru już została podłożona” – pisał na początku stycznia na łamach portalu TheConversation.com.

COVID gwoździem do trumny

We wcześniejszych prognozach Turchin i Baker nie brali pod uwagę pandemii COVID-19, która znacznie pogorszyła sytuację na świecie, będącym siecią naczyń połączonych. W wyniku zbiegu okoliczności choroba nałożyła się na wzrost niepokojów, czyniąc z perspektywy kliodynamiki obecną sytuację jeszcze bardziej dramatyczną. Turchin przestrzegł m.in. przed ewolucją obecnych wydarzeń w USA w wojnę domową, ponieważ wszystkie negatywne tendencje społeczne uległy eskalacji. „Czynniki wywołujące destabilizację nie będą słabnąć, jest to całkiem pewne. Co gorsza, pandemia COVID-19 umocniła kilka z nich, co oznacza, że w przypadku USA, nawet po śmierci Floyda pojawią się inne czynniki sprawcze, które wywołają więcej punktów zapalnych, dopóki procesy powodujące nierównowagę będą dostarczać im paliwa” – napisał na swoim blogu.

Czy koronawirus w połączeniu z turbulentnymi czasami oznacza dla ludzkości drogę ku „fazie depresji”?

Co ciekawe, dr Turchin nie jest jedynym uczonym, który widział 2020 r. w czarnych barwach. W 1972 r. na zlecenie Klubu Rzymskiego, organizacji typu think tank skupiającej polityków, biznesmenów i uczonych, sporządzono raport „Ograniczenia dla wzrostu” („The Limits to Growth”), przygotowany przez kilkunastu naukowców pod kierownictwem Donelli i Dennisa Meadowsów. Praca, wydana także w formie książkowej, opiera się na prymitywnych z dzisiejszej perspektywy analizach komputerowych, biorących pod uwagę oddziaływania na linii człowiek – planeta. Obejmują one m.in. liczbę ludności, produkcję żywności, stopień industrializacji oraz zużycie surowców nieodnawialnych.

Z analiz wynikało, że rok 2020 będzie szczególny z kilku względów. Po pierwsze, szczyt osiągną w nim produkcja żywności i rynek usług, które następnie zaczną się kurczyć, w przeciwieństwie do populacji, która maksymalny pułap uzyska w 2030 r., ale potem zacznie maleć. Sytuacja ludzkości, będąca rezultatem zanieczyszczenia środowiska i ceny surowców, pogorszy się, osiągając punkt krytyczny w 2072 r., który ma być tytułowym „limitem wzrostu”, chyba że postawimy na zrównoważony rozwój.

Dr Turchin nie jest jedynym twórcą modeli politycznej niestabilności. Podobne tworzy wspomniany prof. Korotajew. Badacze z New England Complex System Institute sporządzili z kolei wersję, w której głównym czynnikiem destabilizującym i wpływającym na niepokoje na świecie są ceny żywności. Zgodnie z nimi w okres turbulencji ludzkość weszła w 2013 r., a jej owoce dopiero dojrzewają. I choć wielu innych uczonych przestrzega, że los cywilizacji i ekonomiczna przyszłość społeczeństw nie rysują się w jasnych barwach, słuchając Morawieckiego ma się wrażenie, że Polska leży na innej, szczęśliwszej planecie.

Facebook Comments