Konkordat trzeba uznać za wygasły, ponieważ Kościół systematycznie go narusza.

Nasilająca się afera pedofilska polskiego kleru i nieudolne próby jej tuszowania przez egzekutywę kościelną wespół z pisowskim reżimem prowokują pytania o konieczność posiadania przez Polskę konkordatu. Temat może się okazać aktualny, jeżeli Polacy w końcu otrzeźwieją i odsuną od władzy rządzącą od 13 lat prawicę, występującą w dwóch odmianach: nacjonalistyczno-katolickiej i liberalno-katolickiej (jeżeli będziemy mieli do wyboru listę PiS i listę obozu demokratycznego, to wystarczy na tej ostatniej postawić krzyżyk przy nazwisku kogoś, kto kompulsywnie nie pada na kolana na widok czarnej sukienki). Skoro więc temat może okazać się aktualny, to wyjaśnijmy sobie parę kwestii.
Po pierwsze, z Konstytucji RP nie wynika wcale, że musimy mieć zawarty konkordat. Art. 25 ust. 4 Konstytucji  RP wskazuje jedynie, że „stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”.
Żeby zawrzeć umowę międzynarodową, trzeba chęci suwerennych państw, Polska zaś lubi za takie uchodzić. Jeśli więc nie będzie umowy ze Stolicą Apostolską, bo strony się nie dogadają co do jej kształtu, nie będzie to oznaczało naruszenia Konstytucji, a tylko brak realizacji normy konstytucyjnej wskutek obiektywnego braku możliwości uzgodnienia takiego kształtu umowy, który odpowiadałby polskim interesom. To podobnie jak z prawem do zabezpieczenia społecznego – Polska ma je wpisane w Konstytucji, ale w praktyce oznacza ono wegetację milionów emerytów na głodowych jałmużnach, bo „takie są budżetowe realia” bankstera Morawieckiego. No więc w sprawie konkordatu też mogą być „realia”.

Pstryk i po sprawie

Po drugie, konkordat podpisany w 1993 r. i ratyfikowany kilka lat później można traktować jako wygasły. Konkordat nie zawiera szczególnej regulacji dotyczącej przesłanek jego wygaśnięcia i procedury, którą należy zastosować w związku z jego naruszaniem, zatem stosujemy w takim przypadku postanowienia konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów z 1969 r. Art. 60 ust. 1 tej konwencji wskazuje, że „istotne naruszenie traktatu dwustronnego przez jedną ze stron upoważnia drugą stronę do powołania tego naruszenia jako podstawy wygaśnięcia traktatu bądź zawieszenia jego działania w całości lub w części”. Istotnym naruszeniem jest zaś, zgodnie z art. 60 ust. 3 konwencji wiedeńskiej, „pogwałcenie postanowienia istotnego dla osiągnięcia przedmiotu i celu traktatu”. Nie ma wątpliwości, że z takim pogwałceniem, i to uporczywym, mamy do czynienia w przypadku konkordatu.
Otóż już artykuł 1 konkordatu stanowi: „Rzeczpospolita Polska i Stolica Apostolska potwierdzają, że Państwo i Kościół Katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”. Jest to zresztą jedyny przepis konkordatu, tak wspaniale wynegocjowanego przez służebnicę pańską Hannę Suchocką, który gwarantuje jakiekolwiek uprawnienie Polsce – pozostałe postanowienia poświęcono bowiem licznym uprawnieniom strony kościelnej.
No, ale ten jedyny przepis gwarantuje państwu polskiemu „poszanowanie niezależności i autonomii”. Tymczasem aparat watykański w Polsce dokonuje nieprzerwanej agresji na polską „niezależność i autonomię”, permanentnie wtrącając się w kształt polskiego ustawodawstwa, perorując nieustająco na temat aborcji, in vitro czy związków partnerskich – i to nie z perspektywy teologicznej, ale jako żywo legislacyjnej, wywierając w tym zakresie naciski i szantaże na polityków i społeczeństwo. Np. ostatnie posiedzenie komisji wspólnej rządu i episkopatu poświęcono m.in. „sprawie ochrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci”. Jeżeli dyskusja ta nie odnosiła się do liberalizacji prawa watykańskich zakonnic do skrobanek, to należy traktować pretensje Kościoła do polskich regulacji aborcyjnych jako zwykłą agresję na „niezależność i autonomię” Polski. Jest to więc „pogwałcenie postanowienia istotnego dla osiągnięcia przedmiotu i celu” konkordatu, gdyż istotą tej umowy było ponoć zapewnienie „niezależności i autonomii” obu stronom, nie zaś tylko stronie ubranej w fikuśne czarne sukienki.
Co należy zrobić w tej sytuacji? Zgodnie z art. 65 konwencji wiedeńskiej należy w takiej sytuacji „notyfikować roszczenie” drugiej stronie, czyli doręczyć oświadczenie na piśmie, że Polska uznaje konkordat za wygasły wobec naruszania przez Stolicę Apostolską postanowienia istotnego dla osiągnięcia przedmiotu i celu konkordatu, czyli jego art. 1. Następnie czekamy trzy miesiące i jeżeli Watykan się nie sprzeciwi, należy złożyć dokument informujący o tym, że wobec braku sprzeciwu konkordat wygasł. Pstryk i po sprawie. Jeżeli zaś Watykan zgłosi w tym terminie sprzeciw, wówczas należy podjąć rokowania, zgodnie z art. 33 Karty Narodów Zjednoczonych. Jeżeli w ciągu 12 miesięcy od ich wszczęcia negocjacje nie przyniosą rezultatu, strony pozostaną przy swoich stanowiskach.
W obliczu agresji Watykanu na „niezależność i autonomię” Polski w jej stosunkach z tym państwem, podjęcie wskazanych wyżej kroków jest prawnym (a nie moralnym!) obowiązkiem osób odpowiedzialnych za stosunki dyplomatyczne naszego państwa, a więc powinnością członków rządu. Zgodnie zaś z art. 129 kodeksu karnego karze do 10 lat pozbawienia wolności podlega ten, kto „będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej”. Bez wątpienia zaniechanie notyfikowania wygaśnięcia konkordatu w trybie art. 60 i 65 konwencji wiedeńskiej jest działaniem na szkodę Rzeczypospolitej. Kiedy reżim pisowski zostanie odsunięty od władzy (miejmy nadzieję, już za niecałe 10 miesięcy), warto pamiętać i o tym przestępstwie jego działaczy, uzupełniającym bogatą już kolekcję popełnionych przez nich przestępstw przeciwko Rzeczypospolitej i jej konstytucyjnemu ustrojowi.

Wyjście awaryjne

Jeżeli jednak Polska nie zdecydowałaby się na notyfikowanie wygaśnięcia tej upokarzającej umowy, można też po prostu skrupulatnie stosować konkordat, czytając go na siedząco, nie zaś na kolanach.
Ot, choćby opłacanie kapelanów, którzy kosztują nas setki milionów złotych rocznie z naszych podatków – z konkordatu wynika tylko, że Polska ma „zapewnić warunki do wykonywania praktyk religijnych i korzystania z posług religijnych”, a ze skierowanymi przez biskupa diecezjalnego kapelanami „odpowiednia instytucja zawrze stosowną umowę” (art. 17). Absolutnie nie wynika więc z tego przepisu, że „instytucje” mają kapelanom płacić i oferować im suto opłacane etaty. Należy tylko zawrzeć „stosowną umowę”, tzn. uregulować warunki odpłatności za udostępnianie klerowi szpitali, więzień czy domów pomocy społecznej na jego czary-mary. A także zobowiązać odpowiednią kościelną osobę prawną do zawarcia umowy ubezpieczenia i dostarczenia polskiej instytucji odpowiedniej polisy, na wypadek gdyby – uchowaj Boże! – był jakiś pożar albo ktoś by się poślizgnął na posadzce, łapiąc w locie hostię. Inny przykład to art. 20 konkordatu, który zapewnia Kościołowi „prawo do emitowania programów w publicznej radiofonii i telewizji, na zasadach określonych w prawie polskim”. Otóż nic nie stoi na przeszkodzie, aby Kościół za takie emisje płacił, trzeba to tylko uregulować w ustawie. Z „prawa” Kościoła do emitowania jego propagandy nie wynika jeszcze nieodpłatność, podobnie jak z mojej osobistej swobody przemieszczania się po polskim terytorium nie wynika, że kolej ma mi za darmochę fundować bilet na pendolino.
Mam nadzieję, że doczekam szefa dyplomacji, który będzie zdolny do sprawowania swojej funkcji w pozycji stojącej, ewentualnie siedzącej, a nie w pozycji przystosowanej do wykonania fellatio. Czego też Państwu i sobie życzę z okazji święta przesilenia zimowego, obchodzonego przez katolików jako święto zarzynania karpi i wystawiania jarmarcznych kurzołapek ze świecidełkami,
zwanych choinkami.

Facebook Comments