Pisowska ustawa, która ma zapobiec podwyżkom cen prądu w roku wyborczym, jest niekonstytucyjna, a podwyżki i tak będą.

Na ostatnim posiedzeniu Sejmu w 2018 r. uchwalono ustawę – tego samego dnia klepniętą oczywiście przez Senat oraz przez Dudopisa – o zmianie ustawy o podatku akcyzowym i ustaw dotyczących rynku energii. Z ustawy wynika, że obniża się stawki akcyzy i niektórych opłat dla przedsiębiorstw dostarczających energię elektryczną dla gospodarstw domowych. W efekcie – cytując uzasadnienie projektu ustawy – nastąpi „utrzymanie łącznych kosztów odbiorców (…) na poziomie zbliżonym do roku 2018”.Uchwalono to w charakterystycznym dla PiS, czyli chaotycznym i skandalicznym trybie, a sama ustawa jest obliczona wyłącznie na osiągnięcie krótkotrwałego skutku – utrzymania poziomu cen energii przez rok; zresztą nawet tego celu nie osiągnie. Mówiąc krótko, ustawa jest niekonstytucyjna, a podwyżki i tak będą. To posunięcie obrazuje całkowitą nieudolność pisowskiej hołoty, która wynika z jej intelektualnej niezdolności do sprawowania władzy w Polsce. Potwierdza to znaną już tezę, że PiS jest groźne nie dlatego, że niszczy demokratyczne państwo, tylko dlatego, że nawet niszczyć porządnie nie umie.

Spóźnione przebudzenie

Przypomnijmy, że ceny energii na rynku hurtowym rosły błyskawicznie od końca 2017 r., zatem był ponad rok na przygotowanie i uchwalenie porządnych rozwiązań legislacyjnych, które ograniczałyby skutki wzrostu cen. Pisowskim śmieciowiskiem jest wrzucenie tego projektu na nadzwyczajne posiedzenie Sejmu na trzy dni przed końcem roku, a na dodatek doręczenie w ostatniej chwili posłom „autopoprawki”, która wywróciła projekt do góry nogami. Tak się nie proceduje projektów ustaw. Jeśli „poprawka” (w tym wniesiona przez autora projektu „autopoprawka”) pięciokrotnie przekracza objętością pierwotny projekt, to nie można jej traktować jako poprawki, tylko jako nowy projekt i tak procedować. Marszałkowi Sejmu z dydaktyczną obrazowością wyjaśniam, że Sejm tym winien odróżniać się od prostytutki, że jednak nie każde zlecenie wykonuje tak jak klient – czyli władza wykonawcza – sobie zażyczy.
Przypomnijmy też, że wzrost cen nie wynika – jak to kłamliwie napisał Pinokio-Morawiecki w steku idiotyzmów udających uzasadnienie ustawy – z „polityki klimatycznej UE”, tylko z debilizmu pisowskich politruków, którzy wiedząc o nadchodzących zmianach cen, od trzech lat robią wszystko, żeby doprowadzić nas do finansowej katastrofy. To przecież PiS wywaliło w powietrze system wspierania rozwoju alternatywnych źródeł energii, „stawiając na węgiel”. Jeszcze niedawno, podczas szczytu klimatycznego odbywającego się ku rozbawieniu uczestników w duszących się od smogu Katowicach, niejaki Dudopis wykrzykiwał, że „nie da zamordować polskiego górnictwa”. Trzeba być pisowcem, by nie rozumieć, że górnicy wcale nie marzą o pracy na przodku, tylko o pewnej i dobrze płatnej pracy tam, gdzie żyją. Upieranie się przy utrzymywaniu węglowej bazy polskiej gospodarki to kompletny anachronizm rodem z czasów towarzysza Edwarda Gierka, który miał wiele zalet, ale nie tę, iżby wiedział, jak będzie wyglądać świat w trzeciej dekadzie XXI w. – wszak towarzysz Edward był górnikiem, a nie wróżką.
Otóż to PiS i nikt inny odpowiada za to, że zniszczono przygotowane i konsekwentnie wdrażane za czasów poprzedniej władzy instrumenty wspierania rozwoju odnawialnych źródeł energii, wykończono ekonomicznie farmy wiatrowe i uniemożliwiono budowę nowych. To PiS przez ponad trzy lata swoich rządów nie kiwnęło też palcem w sprawie budowy elektrowni jądrowej (a zapewniam Państwa, że w Chinach zdążono by ją w ciągu trzech lat wybudować od podstaw). PiS „stawiało na węgiel” (czyli podlizywało się górnikom, na dodatek głupio), a skutki tego ponosimy właśnie my wszyscy. To wreszcie PiS odpowiada za to, że zapłacimy za wzrost cen energii, pomimo cudu ustawowego, którego dokonano 28 grudnia.

Po nas choćby potop

Nie jest chyba tajemnicą, że każde przedsiębiorstwo korzysta z energii elektrycznej. Podwyżka zostanie więc przerzucona na odbiorców innych niż gospodarstwa domowe: na piekarzy, na spółki wodociągowe, na operatorów komunikacji miejskiej, na spółki kolejowe itd. Gigantyczne skoki cen już dotknęły jednostki samorządu terytorialnego, których „ci różni włodarze”, jak to arogancko ujął Morawiecki, muszą za to płacić z naszych podatków. A więc za wzrost cen energii już płacimy, tylko nie bezpośrednio – w ramach rachunków za prąd przysyłanych nam do domów – lecz pośrednio, w cenach towarów i usług, które kupujemy.
Pseudodebata w pseudoparlamencie, która poprzedziła uchwalenie ustawy (posłom wyłączano mikrofon po 30 sekundach), ujawniła bezmiar pisowskiej hipokryzji i dyletanctwa. Morawiecki, ten bezczelny bankster, poświęcił swoje wystąpienie udowadnianiu, jak źle rządził Tusk, którego to Tuska doradcą gospodarczym był właśnie Morawiecki. Trzeba mieć niebywały tupet faceta, który nawet własne dziecko ośmieszy publicznie dla lansu w mediach, żeby krytykować decyzje ekonomiczne rządu, którego się było doradcą. Morawiecki, gdybyś miał odrobinę honoru, tobyś padł ze wstydu na tej mównicy sejmowej!
Na dodatek lansujący tupeciarsko swoją rzekomą odpowiedzialność za Polskę Morawiecki sprzedał nam ustawę, która działa tylko przez rok. Czyżby PiS wierzył, że w 2020 r. nastąpi cud i ceny spadną? Cóż, nie wykluczam i tej możliwości, bo skoro pisowcy to pokazowi katolicy, zapewne i w ten cud wierzą. Kolejnym dowodem ich wiary w cuda, czyli kompletnej ignorancji, jest teza, że tą ustawą PiS „ochronił Polaków przed drożyzną”. Otóż Polacy nie są tak tępi, by nie wiedzieć, iż zmniejszenie podatków i opłat budżetowych przy jednoczesnym nieograniczaniu wydatków z budżetu państwa nie oznacza cudu gospodarczego. Oznacza tylko, że trzeba będzie podwyższyć podatki. I to się stanie w 2019 r. Cudów w gospodarce nie ma, są tylko kretyni głosujący na PiS.

Podsumujmy zatem

Ustawa działa przez rok. Potem PiS – wiedząc już, że odda władzę – ma Polaków w dudzie. Rządowa autopoprawka zmusza spółki energetyczne do renegocjacji zawartych już umów z firmami i samorządami (dostawcy energii, którzy po 30 czerwca 2018 r. zawarli umowy sprzedaży z opłatą wyższą niż w poprzednio obowiązującej umowie, do 1 kwietnia 2019 r. muszą zmienić jej warunki, nie podnosząc cen z 30 czerwca 2018 r.). Za tę kombinację budżet państwa zapłaci w sumie 9 mld zł. Ustawa nie zabrania podwyżek w przyszłości, a jedynie zmniejsza kwoty, które firmy energetyczne odprowadzają do budżetu. Nie muszą więc trwale obniżyć cen. Oczywiście PiS ustami – co za ironia – profesora prawa Karskiego (kolejny pisowski „prawnik”…) straszy, że powywala prezesów spółek energetycznych, którzy nie posłuchają „pana prezesa”. Ale gdyby PiS rzeczywiście chciało nas ochronić przed podwyżkami, byłaby prostsza droga do tego celu: zwolnić tłumy pisowskich pociotków poupychanych w firmach energetycznych. Oszczędzone w ten sposób miliardy pomniejszyłyby rzeczywiście nasze rachunki.
Na dłuższą metę potrzebne są natomiast rozwiązania systemowe, które wprowadzano za PO–PSL, a które PiS zaprzepaściło: stopniowe przestawianie gospodarki z drogiego i niszczącego środowisko węgla na alternatywne źródła energii. Ale do tego trzeba mózgu, a nie tylko móżdżku, pozwalającego na łapanie w locie świętych wafelków.
I wreszcie: ustawa powinna być uchwalona rok temu, kiedy zaczynały się podwyżki. Z niewiadomych przyczyn – czyżby wziątki od firm energetycznych? – władza nie uchwaliła jej na czas. Kiedyś przyjdzie pora, żeby wyjaśnić to zaniechanie oraz to, kto i ile na tym zarobił. Jedno jest pewne: nie był to nikt z opozycji.
PiS traktuje nas jak kretynów. Ale to dobrze. Niedocenianie przeciwnika, czyli w tym wypadku ponad 70 proc. społeczeństwa, które nie głosuje na PiS, nigdy się nie opłaca. Rachunek wystawimy wam, pisowcy, już za dziesięć miesięcy.

Facebook Comments