Chlebem powszednim polskiego katolika jest przymusowe wysłuchiwanie bezczelnej agitacji politycznej, która leje się z ambon przez okrągły rok, a nasila w czasie kampanii wyborczych. Kazania zmieniają się wówczas w jawne nawoływanie do głosowania na jedynie słusznych kandydatów, którzy dadzą czarnym okupantom jeszcze więcej kasy, przywilejów i bezkarności.

Nawet obowiązująca od 1991 r. prawie 48-godzinna cisza wyborcza nie jest egzekwowana w kościołach ani przez władze świeckie, ani przez Episkopat, bo została ustanowiona właśnie po to, żeby dać kleszym agitatorom monopol na urabianie wyborców w ostatniej chwili, kiedy wszystkim innym już nie wolno. Dla zwiększenia skuteczności nacisku, wybory są zawsze wyznaczane na niedzielę, kiedy uczestnictwo w mszach jest najliczniejsze, bo stanowi obowiązek wiernych. A po kościółku, z właściwymi instrukcjami w głowie lub na karteczce, wyborcy idą prosto do urn. Jak pokazuje historia, z różnym skutkiem, ale niewątpliwie bez zaangażowania kleru prokościelne czy wręcz przykościelne partie i kandydaci mieliby zdecydowanie mniejsze poparcie.

Wskazuje na to porównanie regionalnego zróżnicowania frekwencji na niedzielnych mszach i poparcia dla PiS. W wyborach do Sejmu 2019 i w pierwszej turze prezydenckich 2020 kandydaci prezesa Kaczyńskiego największe poparcie mieli na Podkarpaciu i w Małopolsce, gdzie według danych z 2018 r. w diecezji tarnowskiej aż 71,3 proc. uczestniczy w niedzielnej mszy, w rzeszowskiej – 64,3 proc., a w przemyskiej – 60,4 proc. Z kolei niższe poparcie dla kaczystów w województwach zachodnich jest skorelowane z wyraźnie mniejszym odsetkiem tzw. dominicantes, który w diecezji szczecińsko-kamieńskiej wynosi zaledwie 24,1 proc., w koszalińsko-kołobrzeskiej – 25,0 proc., a zielonogórsko-gorzowskiej – 27,3 proc.

Mniejsze zaangażowanie w praktyki religijne stanowi też wyjaśnienie wyraźnie niższego poparcia dla PiS w dużych miastach, których mieszkańcy są bardziej anonimowi, a dzięki temu nie ulegają tak łatwo religijnej presji otoczenia i idą na wybory nieskażeni kleszym jadem. W diecezji łódzkiej w niedzielnej mszy uczestniczy zaledwie 24,5 proc. wiernych, w sosnowieckiej 26,2 proc., w warszawskiej 27,6 proc. wiernych, we wrocławskiej 31,4 proc., w warszawsko-praskiej 31,7 proc.

Polacy wiedzą swoje, ale mimo to dają się zwodzić i wodzić za nos. 93 proc. uważa, że Kościół angażuje się w politykę i większości się to nie podoba, ale przymykają oczy i nie posuwają się do jawnego potępienia czy choćby głośnej krytyki. Przede wszystkim ze strachu, bo w małych miasteczkach i na wsi ksiądz wciąż ma władzę i ją bezwzględnie wykorzystuje. W wielu parafiach nawet pogrzeb jest okazją do agitki na temat, który rząd ma aktualnie na tapecie. Pół biedy, jeśli to zasiłki pogrzebowe, polityka senioralna, 13. emerytura czy epidemia koronawirusa, gorzej, jeśli aborcja, in vitro, tabletka dzień po.

W powiązaniu z przestępczą działalnością pedofilską, bezdusznością i niebywałą pazernością kleru przekłada się to na zaufanie do Kościoła, które – według IBRiS – od 2017 r. spadło o 18,5 pkt proc., do poziomu zaledwie 39,5 proc. Lokuje to Kościół na siódmym miejscu w rankingu instytucji – po Unii Europejskiej, która cieszy się zaufaniem 68 proc. Polaków, wojsku (67,7 proc.), NATO (66,4 proc.), policji (65,7 proc.), prywatnych mediach (50,2 proc.), a nawet sądach (41,1 proc.). Gorzej od Kościoła wypadły media publiczne (34,4 proc. zaufania), Trybunał Konstytucyjny (32,5 proc.) i rząd (30,5 proc.).

Zaufanie do Kościoła jest zróżnicowane w zależności od sympatii politycznych. Największe wśród wyborców PiS – 63 proc. To dokładnie tyle, ilu zwolenników PO nie ufa watykańskiej placówce. Wśród wyborców lewicy ten odsetek jest znacznie większy – 84 proc., a w grupie kukizowców mniejszy – 51 proc. Ciekawą społecznością są – reprezentujący różne sympatie polityczne – wierzący-niepraktykujący, bo aż 73 proc. z nich nie ufa Kościołowi. Z kolei według kryterium zamożności, czarny okupant może liczyć przede wszystkim na Polaków, których miesięczne dochody nie przekraczają tysiąca złotych.

Oficjalnie Kościół wypiera się zaangażowania w politykę, jak żaba błota. Jednak dopiero po powszechnym oburzeniu, wywołanym jasnogórskim kazaniem wicepremier Emilewicz, Episkopat Polski, ustami swojego rzecznika prasowego, oświadczył: „Świątynie i pomieszczenia kościelne nie są miejscami, w których można agitować politycznie, rozdawać ulotki lub rozwieszać plakaty czy banery wyborcze (…) nie ma zgody na to, by kampania wyborcza była wprowadzana do kościołów lub odbywała się podczas wydarzeń religijnych”. Najbardziej obłudne jest twierdzenie, że „nikomu nie służyłoby zamienianie ambony kościelnej w mównicę polityczną”, bo gołym okiem widać, że dobrze służy obu stronom. Dzięki partyjno-kościelnej symbiozie, PiS urósł w siłę, a Kościół żyje dostatniej.

Wybory prezydenckie 2020 były dla Kościoła katolickiego dokładnie tym, czym dla PiS: być albo nie być. Toteż ambonowa agitacja szła pełną parą, jak Polska długa i szeroka. Wszystkich przebił proboszcz Rozmysłowski z parafii pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny i św. Mikołaja w Czermnie. Nie przebierał w słowach. Roztoczył przed swoimi owieczkami wizję Polski pod łaskawym panowaniem prezydenta Dudy i drugą, gdyby, co nie daj Boże, wygrał „prezydent wielkiej aglomeracji miejskiej” (wszystkie sformułowania pochodzą z ogłoszenia parafialnego). Dudowa Polska to mlekiem i miodem płynący, rozwijający się cywilizacyjnie, ekonomicznie i kulturowo kraj Boga, Kościoła, tolerancji, cywilizacji życia, chrześcijańskiej rodziny, pomocy starym i chorym, odpowiedzialności, dumy z ojczyzny, jej tradycji i historii.

Druga wizja wręcz poraża. To kraj z piekła rodem, w którym odrzuca się Boga, promuje się ateizm, agnostycyzm i ubóstwianie człowieka, niszczy chrześcijaństwo, sieje nienawiść wobec papieża, biskupów, kapłanów i osób wierzących, dokonuje aborcji, eutanazji, eksperymentów na ludzkim genomie, promuje związki jednopłciowe i różnopłciowe, powodując niestabilną sytuację uczuciowo-psychiczną i duchową dzieci, popiera adopcje dzieci przez pary homoseksualne, propaguje możliwość wielokrotnej zmiany płci, a wreszcie tworzy się uniwersalny neokomunistyczny model polityczno-gospodarczy.

Dla większej pewności, proboszcz Rozmysłowski postawił jeszcze kropkę nad i i poinstruował wiernych, że „katolik poprzez akt wyborczy, wybierający zło, sam stawia się poza Kościołem, to nie tylko grzech ciężki, lecz praktyczne wyłączenie się ze wspólnoty Ludu Bożego”. I już jawnie zaapelował: „Jest jeszcze czas na nawrócenie po pierwszej turze wyborów”.

Czermno to wieś w gminie Fałków, w powiecie koneckim, w woj. świętokrzyskim. W pierwszej turze wyborów prezydenckich Andrzej Duda dostał 599 głosów z 779 oddanych (76,9 proc.). W drugiej turze 720 z 852 (84,5 proc.). I właśnie tacy proboszczowie jak Rozmysłowski zapewnili pisowskiemu kandydatowi reelekcję, sobie posłuch i kasę, a Polsce kolejnych pięć lat zaściankowych fobii.

Facebook Comments
Poprzedni artykułJedna bomba atomowa
Następny artykułProwincjałki (22)
prof. Joanna Senyszyn
Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).