Kościół to zakład pracy nie tylko dla księdza. Za wysprzątaną świątynią, odprasowanymi sutannami i oprawą muzyczną kryją się: kościelni, gosposie i organiści. Widzą i wiedzą rzeczy, o których wiernym się nawet nie śniło.

„Pełnią ważną rolę, bo, choć niewidoczni, uświetniają i przygotowują świątynię do liturgii (…) Wystarczą chęci i odrobina czasu, by ułożyć kwiaty na ołtarzu, by posprzątać kościół, by zaśpiewać psalm, by zagrać na organach, by służyć do mszy św. przy ołtarzu, by prowadzić księgi parafialne, by ugotować obiad dla księdza, a wszystko z miłości do Boga i w Jego imieniu” – tak o cywilnych pracownikach Kościoła pisał katolicki tygodnik „Niedziela”.

Wbrew temu, co chcieliby wykreować przedstawiciele tej instytucji, praca dla Kościoła nie należy ani do łatwych, ani dobrze płatnych. – A Bóg nie ma tu za wiele do gadania – dodaje pan Sławek, organista z 21-letnim stażem pracy.

Gosposia równa się kochanka?

Kogo z nas stać na gosposię i kto może wrócić z pracy do czystego domu, gdzie na stole czeka gorący obiad? Na takie wygody mogą liczyć bogacze albo księża. Dzięki samym księżom, stanowisko gosposi na plebanii obrosło w legendy i zwykle kojarzy się z kochanką księdza. Czy są jeszcze kobiety, które faktycznie na plebaniach przebywają tylko po to, by gotować?

– Są, głównie emerytki. Nikt nie plotkuje i nie trzeba ich zatrudniać. Takie gospodynie jak ja to rzadkość. Szczególnie w małych wsiach księży nie stać na gospodynie, ale to nie jest dla nich większy problem. Zawsze znajdzie się jakaś samotna, starsza pani, która za miejsce na pielgrzymce albo samą „przyjaźń” z księdzem będzie go karmić – mówi 68-letnia Elżbieta, do obowiązków której od 10 lat należy pranie, prasowanie i sprzątanie w kościele i na plebanii. Pani Ela nie mieszka „u księdza”. Do pracy dojeżdża kilka kilometrów rowerem. Ma swoją rodzinę, dzieci i wnuki. Jak mówi, księży się nie boi.

– To oni mają bać się mnie – śmieje się, ale swoich danych ani nazwy parafii nie chce podać do wiadomości publicznej. – Zarabiam 450–500 zł miesięcznie. To nie jest dużo, ale z emeryturą jest już jakiś grosz… Nie chcę tego stracić. Jak gotowałam, miałam więcej. Na swojej parafii już trzech księży przeżyłam. Różnie bywało. Mój pierwszy ksiądz był dla mnie dobry, chociaż ludzie na wsi go nie lubili. Ciągle pieniądze zbierał, samochody zmieniał i ludzi źle traktował. Często narzekał na parafian. A to za mało dają, a to „znowu ktoś coś chce”, ale moje obiady zawsze chwalił i na czas płacił. Wszystko zmieniło się, gdy pojawiła się kochanka. Ktoś kiedyś przyszedł do księdza, to poszłam po niego na górę, na pokoje. Zapukałam i z rozpędu otworzyłam drzwi. Zobaczyłam ich razem. Przeprosiłam i wyszłam. Czułam się okropnie, ale ksiądz sprawę przemilczał. Myślałam, że wszystko rozejdzie się po kościach, ale zaczęło się wybrzydzanie: a to za tłusto, a to za skromnie, a to za duże porcje. Ksiądz potrafił wziąć kęs i naburmuszony odejść od stołu. Potem już wszystko robiłam źle. Miałam odejść, ale ksiądz uderzył dziecko na religii, sprawę rozdmuchali lokalni dziennikarze i go przenieśli. Kochanka odeszła razem z nim. Słyszałam, że teraz ona jest gospodynią, to znaczy „administratorką” parafii i zajmuje się jego interesem – zaśmiewa się Elżbieta.

Emerytki za pracę na plebanii często dostają tylko tzw. wikt i opierunek plus premie pieniężne na święta czy specjalne okazje. Te, które dostają pieniądze do ręki często budzą zazdrość innych, „cywilnych” pracowników kościoła.

„Anielski orszak niech twą duszę przyjmie”

– Nawet ksiądz nie zalicza dziennie tylu mszy, co organista. Gdy w parafii jest proboszcz i kilku wikariuszy, to oni dzielą się mszami, a organista gra cały czas, pięć–sześć razy dziennie. Śmiejemy się z żoną, że ja sam mógłbym msze odprawiać, wszystkie kazania już znam na pamięć – mówi „FiM” 73-letni pan Sławek, absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach na kierunku organy i muzyka kościelna.

Zawód organisty zmusza do wielu wyrzeczeń. Dzień pracy zazwyczaj zaczyna się około piątej rano.

– Nie ma tak, że idę rano i wracam o 15. Do pracy muszę chodzić kilka razy dziennie. Rano i wieczorem. Wszelkie kościelne święta mam zajęte. Prawie zawsze, z wyjątkiem choroby czy urlopu, muszę być dyspozycyjny. Jeśli na przykład zaplanowałem sobie wyjazd, a w ostatniej chwili „wyskoczy” pogrzeb, swoje osobiste plany muszę odstawić w kąt. Oj, ile razy już tak było – wzdycha. – Wszyscy myślą, że organista to na pieniądzach śpi. Pani zobaczy, to moja wypłata, dzisiaj dostałem – mówi i kiwa głową na znak, żebym przeliczyła pieniądze w białej kopercie. W środku jest 380 zł.

– To za same msze – wyjaśnia. – Prawdziwe pieniądze są za pogrzeby, śluby. Zarobek zależy oczywiście od widzimisię księdza. Za pogrzeb jest zazwyczaj 1200–1500 zł. Ja biorę z tego 200–300 zł, coś tam ma kościelny, a resztę ksiądz. Dobrze zarobić można na opłatku. Nawet 5–8 tys. zł, ale księża nie zawsze dadzą zarobić. Tuż przed Bożym Narodzeniem poszedłem na nową parafię. Ksiądz bał się, że zostanie na święta bez organisty i obiecywał złote góry. Mówił, że będę po domach nosił opłatek i cała kasa dla mnie. Nakupiłem opłatków i ruszyłem na wieś. Jak się okazało, kilka dni wcześniej ktoś z rady parafialnej już tam był – mówi smutno mężczyzna. – W miastach organiści to mają życie. Kolega wyjechał do Warszawy. Same pogrzeby obrabia. Czasami ma kilka dziennie. Dniówka tysiąc złotych. Można żyć – rozmarza się. – Oczywiście wszystko na czarno, bo jak w kościele inaczej – śmieje się.

W 2012 r. Polska usłyszała o organiście z Lutoryża (woj. podkarpackie), który umówił się ze swoim proboszczem na pracę, ale nie podpisał z nim żadnej umowy. Rozliczenie następowało przez wręczanie koperty z gotówką. Ksiądz za jego pracę nie odprowadzał składek ani nie płacił podatków. Sprawy zaczęły się komplikować, gdy nieformalny pracownik poprosił o zaświadczenie o zatrudnieniu i zabiegał o zgłoszenie do ubezpieczenia. Był to początek konfliktu z proboszczem. Po jakimś czasie pracownik został publicznie pomówiony przez księdza i zwolniony. Sprawa miała ciąg dalszy w prokuraturze i sądzie, gdzie księdza skazano. Duchowny tłumaczył, że organista sam miał sobie opłacać składki, a później twierdził, że jego pracownik grał wolontaryjnie. Ponieważ po nagłośnieniu tego przypadku instytucje kontrolne zaczęły sprawdzać stan zatrudnienia w niektórych parafiach regionu, sposób „na wolontariusza” upowszechnił się.

Kościelne BHP

W pracy przy kościele nagminnie nie przestrzega się też zasad BHP. Najczęściej dotyczy to kościelnych, którzy pracują w trudnych warunkach: w niedoświetlonych, zimnych i nieprzystosowanych do tego celu pomieszczeniach, bezpowrotnie tracąc zdrowie, a z czasem i godność.

Wiosną ubiegłego roku głośna w ogólnopolskich mediach stała się sprawa pana Jana, który pracował przez lata na czarno przy kieleckiej katedrze. Za pracę otrzymywał 10–20 zł tygodniowo, choć w żaden sposób nie zostało to udokumentowane. Pracował w zamian za utrzymanie i własny kąt, który znajdował się w toalecie. Gdy sprawa stała się głośna, proboszcz dał mężczyźnie trzy dni na wyprowadzkę. Księża tłumaczyli potem, że pan Jan „sam tak chciał” i dlatego na to przystali.

Dlaczego mężczyzna wiele lat godził się na takie traktowanie? Jak się okazuje, pracę przy kościele niełatwo dostać. Sprawdzają się w niej osoby z „nożem na gardle” lub wychowane w realiach polskich parafii, w których od zawsze pracownik traktowany był źle. Bardzo często księża poszukują pracowników wśród parafian, osób głęboko wierzących, które swoją pracę traktują nie tylko jako źródło zarobku, ale jako misję. Są w tym zresztą utwierdzane przez drugą stronę – podczas rozmów wstępnych zawsze pada pytanie o zaangażowanie religijne, stosunek do Kościoła. Księża egzaminują też z „czystości życia”. To, co najbardziej frapuje duchownych, to oczywiście tematy seksualne – z kim i w jakich relacjach mieszka kandydat na pracownika, czy tworzy sakramentalny związek, czy nie jest homoseksualistą. Kościelni szefowie są też często spowiednikami swoich pracowników, szafarzami sakramentów, dysponentami miejsc na cmentarzu. To daje im ogromną władzę.

Dochodzenie swoich praw w instytucjach publicznych, tj.: Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych czy Urzędzie Skarbowym, najczęściej mija się z celem. Mogą skontrolować parafię, ale nie rozwiążą problemów związanych ze stosunkiem pracy. Urzędnicy PIP są przyzwyczajeni do jednoznacznych procedur, nie mają ochoty wikłać się w relacje państwo – Kościół. Skrzywdzonemu pozostają sądy powszechne. Jednak w czasach małżeństwa tronu i ołtarza władza sądownicza coraz częściej staje się przedmiotem nacisku władzy, a jak wiemy, jakiekolwiek roszczenie wobec Kościoła może się skończyć oskarżeniem o „atak na Kościół”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPiąta kolumna 31/2020
Następny artykułWewnętrzna emigracja
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).