fot. Adobe Stock
Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś zamknięty w małym mieszkaniu na ósmym piętrze, kompletnie sam. W oknach nie ma klamek. To czy dzisiaj cokolwiek zjesz, zależy od twojego kata, który oprócz tego, że cię więzi, to bije i gwałci. Wołasz o pomoc. Nikt nie reaguje. To pułapka. A teraz wyobraź sobie, że w tej pułapce jest dziecko.

„Któregoś dnia powiedział: Nawet nie wiesz, jak o tym marzyłem. O czym, proszę księdza? – zapytałam. Zaraz zobaczysz, moje słoneczko – zasunął zasłony, mocno chwycił mnie za ręce. Nie krzycz, bo wtedy będzie bolało bardziej – powtarzał. Zaczął zdzierać ze mnie ubranie. To był taki strach, że nie możesz oddychać. Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. Gdy skończył, owinęłam się w koc, położyłam przy ścianie i płakałam. Jadę. Mam mszę wieczorną w Stargardzie – rzucił. Kazał mi wziąć jakieś dziwne tabletki. Otworzył usta i sprawdził, czy na pewno je połknęłam. Krew spływała mi po nogach. Weszłam do wanny. Zaczęłam ją spłukiwać, ale było jej więcej i więcej. Miałam rozciętą wargę, na udach siniaki. Zaczęłam powtarzać: Mamusiu, gdzie jesteś? Pomóż mi. W tej chwili oddałabym wszystko, aby była przy mnie (…)”.

Tak pisze na swoim blogu Kasia (pod tym imieniem zna ją cała Polska). Imię nie jest prawdziwe. Jej nazwisko i miejsce zamieszkania są pilnie ukrywane. Jej ojciec tak bił matkę, że „krew tryskała po ścianach”. W szóstej klasie ksiądz zauważył, że płakała. Powiedział rodzicom, że lepiej jej będzie w szkole z internatem. Zgodzili się, „byli źli, że dziecko chowa butelki z wódką”. Tak 12-letnia wówczas Katarzyna wyjechała z księdzem Romanem B. do Szczecina. Na miejscu nie było jednak żadnego internatu. Było miejsce kaźni, puste mieszkanie matki księdza. To tam przez prawie dwa lata była więziona, bita i gwałcona. Jak powiedział sędzia Sądu Rejonowego w Stargardzie Mariusz Jasion, skazując go na osiem lat więzienia: „Ksiądz Roman traktował dziewczynkę jak niewolnicę, jak rzecz”.

Roman B. odsiedział cztery lata. Nie wiadomo, gdzie teraz przebywa. Towarzystwo Chrystusowe, któremu podlegał, nie udziela informacji na ten temat. We wrześniu 2018 r. sąd w Poznaniu zobowiązał stronę kościelną do wypłacania pokrzywdzonej miliona złotych zadośćuczynienia oraz dożywotniej renty. Jednak tam, na sali sądowej koszmar Kasi się nie skończył. Każda noc, ciemność, cisza wszystko to przypomina przeszłość, z którą kobieta nie może sobie poradzić.

Terapia online

„Nie jest łatwo o tym mówić. Zwłaszcza, kiedy robi się to pierwszy raz publicznie. To nie tylko wiąże się z poczuciem wstydu, bycia gorszą, nic niewartą, obdartą z godności, ale trzeba też radzić sobie z emocjami, które się pojawiają, bólem, lękiem, płaczem, pustką… Mimo wszystko, chcę o tym mówić, (…) chce, żeby świat się dowiedział, mam dosyć milczenia, tłumienia tego w sobie, znoszenia w pojedynkę (…)” – napisała 16 czerwca na facebookowym blogu „Pierwszy w Polsce wygrany proces o zadośćuczynienie od Zakonu Chrystusowców”.
Kasia nie chce rozmawiać z prasą. Mówienie o tym, co ją spotkało jest dla niej wciąż bardzo bolesne. Jak bardzo i z czym musi się mierzyć pokazuje, pisząc o swoich wspomnieniach. Internetowy pamiętnik ma być dla Kasi formą terapii, pomagać jej zrzucić ciężar złych wspomnień. Jednocześnie uzmysławia, jakie spustoszenie w psychice dziecka powoduje molestowanie. W internecie śledzi go już prawie 3 tys. osób.

„Przyjechaliśmy na plebanię w Stargardzie, jest noc, późna noc, wszyscy dookoła śpią, wychodzimy z auta, które zaparkował za plebanią i każe mi na raz, dwa, trzy zamknąć drzwi od samochodu, w tym samym czasie co on, żeby nikt nie słyszał, że przyjechały dwie osoby. Nie potrafiłam zamknąć drzwi równo z nim, więc wściekł się i mnie uderzył kilka razy w plecy mówiąc przy tym nawet tego nie potrafisz (…) Wieczorem kazał mi pójść do łazienki i powiedział, że weźmiemy razem prysznic, nie chciałam, bo wiedziałam, co mnie czeka. (…) Zaczął mnie wpychać pod prysznic z całych sił, zapierałam się. Wypadłam z tego prysznica razem z tą szybą, był taki huk (…). Leżałam naga na podłodze razem z tą szybą, byłam bardzo pokaleczona, płakałam, strasznie bolało. Błagałam go, by mi pomógł, ale i przepraszałam, żeby już tylko mi nic nie robił, mówiłam, że będę grzeczna. Podniósł mnie z podłogi, zaprowadził do pokoju i zaczął przemywać rany wodą utlenioną, najbardziej bolały te na plecach. Krzyczał na mnie, że to moja wina, bo się buntowałam, do dziś mam blizny na ciele, które każdego dnia mi o tym przypominają” – czytamy wpis z 24 czerwca.

To tylko jeden z opisanych dni na plebanii parafii św. Józefa w Stargardzie, gdzie proboszczem był wówczas ks. Jarosław Staszewski.
„Raz kiedy przyjechał i zobaczył, że po aborcji której na mnie dokonał pocięłam sobie ręce, to polał mi je spirytusem, żeby jak najbardziej bolało, i powiedział, że jeśli jeszcze raz tak zrobię, to kolejny raz on mi tak zrobi ale mocniej. Nie miałam nikogo kto by mi pomógł uśmierzyć ten ból. Czasami pewne rzeczy bolały kilka godzin a czasami kilka dni. Najdłużej bolała mnie pęknięta miednica, bardzo długo sprawiał mi ból jakikolwiek ruch ale on na to nie zważał, musiałam znosić to, co mi robił z pękniętą miednicą i ani razu nie zabrał mnie do lekarza a płakałam z bólu często (…). Czasami moją krzywdę porównuję do Auschwitz, tylko tam ludzie mogli rzucać się na druty i odbierać sobie życie. Ja nie miałam nawet klamek w oknach” – pisze 26 czerwca.

Kasia zaczęła mu przeszkadzać, kiedy uporczywie próbowała odebrać sobie życie. Wtedy odesłał ją do rodziców. Później trafiła do domu dziecka.
„Łącznie w szpitalu spędziłam za próby samobójcze 1,5 roku. Ostatni raz byłam, kiedy miałam 18 lat. Podjęłam wtedy próbę w domu rodzinnym, bo nie mogłam znieść sytuacji która miała tam miejsce, awantur, alkoholu, obwiniania, zero wsparcia. Stwierdzono u mnie PTSD – Zespół Stresu Pourazowego, Zespół depresyjny z zachowaniami psychotycznymi, osobowość kształtującą się na borderline, zaburzenia odżywiania, inne nawracające stany depresyjne, zaburzenia adaptacyjne” – napisała 22 czerwca.

Ludzie ludziom…

„Tak wiele osób mogło przerwać mój koszmar i nikt nic nie zrobił! Nikt! Może byłabym teraz szczęśliwą dziewczyną, która miałaby inne życie. (…) Nie musiałabym walczyć o każdy dzień” – pisze tego samego dnia.
Takich osób było wiele. Rodzice, egzorcysta Andrzej T., który po egzorcyzmach na Kasi dał dziecku i księdzu wspólny pokój na noc; księża z plebanii św. Józefa w Stargardzie, księża – dyrektorzy szkół, do których Roman B. zapisał Kasię. Matka księdza, która miała wiedzieć, że dziecko mieszka w jej mieszkaniu przy ul. Rugiańskiej…

„Pani pedagog ze szkoły Salezjańskiej na ul. Witkiewicza w Szczecinie, która była jego mamy koleżanką. Pani psycholog Małgorzata M., u której mieszkałam jakiś czas i od której zabierał mnie na weekendy na plebanię, siostry zakonne u których również mieszkałam, do których sam mnie zawiózł, Pani doktor, która dokonała u mnie aborcji w wieku 12 lat. Pani Korepetytorka, Aleksandra P, która była pierwszą osobą, której powiedziałam, że krzywdzi mnie ksiądz. Po tym, jak się dowiedziała, przekazała jemu te informację, a on za karę przez długi czas, się nade mną znęcał (…) Lekarze, którzy zakładali mi gips, kiedy trafiłam do szpitala ze złamana ręką po tym, jak mnie pobił, stał nade mną i kazał mówić, że spadłam ze schodów. Panią doktor nie zainteresowało, że przyprowadził mnie ksiądz. Dziennikarze, którzy nie znając sprawy, pisali kłamstwa i nazywali mnie kochanką księdza (…) Kiedy leżałam w szpitalu na ul. Św. Wojciecha w Szczecinie przez kilka dni, bo zachorowałam na zapalenie nerek, jedyną osobą, która do mnie przychodziła do szpitala w odwiedziny był on i nikt z lekarzy nigdy nie zareagował, nie zapytał, a on za każdym razem kiedy przychodził do mnie na salę, to wkładał ręce pod kołdrę i robił mi krzywdę, wiem, że Ci ludzie wiedzieli, że coś jest nie tak, bo kiedy wróciłam do tego szpitala po kilku latach znowu, ale będąc już w Domu Dziecka, to Pani oddziałowa zapytała, czy ja jestem tym dzieckiem z tej głośnej sprawy, które krzywdził ksiądz, bo ona pamięta tamten czas i on wydawał się jej dziwny (…)” – wylicza Kasia.

Ważne jest, byśmy nie byli obojętni.
„To w dużej mierze od Was, społeczeństwa zależy, ile czasu będzie trwał czyjś koszmar, czyjeś piekło, w wielu przypadkach to Wy możecie zaprzestać czyjejś tragedii… Dlatego proszę, nie odwracajcie wzroku, kiedy coś Was niepokoi, reagujcie! Uczulajcie wszystkich dookoła na krzywdę. Nie patrzcie tylko na swoje dziecko, ale miejcie empatię dla obcego dziecka, bo może za nim nie ma kto stanąć?”– apeluje do nas wszystkich Kasia.

Facebook Comments
Poprzedni artykułSzczepionka na głupotę
Następny artykułNazizm u wrót
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).