Za siedmioma gazoportami, za siedmioma lotniskami, za przekopaną mierzeją i dwiema wieżami była sobie boża kraina.

Ludzie żyli w niej w wielkiej radości, zdrowiu, zgodzie, miłości i dobrobycie. Bieg spraw wyznaczało przywiązanie do praw bożych i poddanie się woli Pana, któremu zawierzyli swe myśli, czyny i całe życie. Nie było w nich nienawiści, a tylko czysta miłość. Na ziemi tej nie było przestępczości, występków i grzechu. Przedstawiciele ludu władali nim sprawiedliwie, dbając o szczęście każdego z członków społeczności.

Za sprawą mądrych ojców swoich, przyjęli rewolucyjną wręcz religię. Wierzyli, że ich wielka rodaczka z miasta świętego niepokalanie poczęła potomka, obcując z duchem. Wierzyli, że ten potomek potrafił zjednać sobie sympatię każdego towarzystwa – zamieniał wodę w coś mocniejszego, rozmnażał zagrychę i jak trzeba było, nawet martwego potrafił postawić na nogi. Namawiał też kumpli, by jedli Jego ciało i pili Jego krew. Kiedy ciała już zabrakło – raz w roku malowali sobie jaja, jedząc kiełbasę z wieprza. Jego kapłani oddawali mu honory, kopulując z dziećmi i ze sobą wzajemnie. Najwytrwalsi z nich mieli szansę stać się świętymi, by inni mogli się modlić do nich jak do Niego.

Bogobojny i życzliwy innym naród żył w miłości i dobrobycie ponad tysiąc lat. Tak było, ale… ogólnie. „Ogólnie”, bo raz na jakiś czas dobry Pan doświadczał swych ziomków większymi i mniejszymi nieszczęściami. A to wojnę jakąś na nich zesłał, a to niepodległości pozbawił, a to zarazą doświadczył, albo na czele państwa postawił komunistów. Przez 10 stuleci bogobojni obywatele zachodzili w głowę, co się dzieje i nijak nie znajdowali odpowiedzi na swoje pytanie. Modły do Pana zanosili przecież za sprawą Jego mamy, swojej rodaczki. Obsadzili ich na tronie całej krainy, a nawet wszechświata. Wszystko było niby w porządku, ale tak „ogólnie”, bo w detalach mogłoby być znacznie lepiej. Przez wieki jakoś specjalnie im to nie przeszkadzało, ale im częściej wierni naukom Pana opuszczali swe domostwa, jadąc w stronę zachodzącego Słońca, na ziemie ludów, które w boskość ich Pana niespecjalnie wierzyły – przywozili relacje, że poganom żyje się tam lepiej.

„Może matka się zestarzała i niezbyt fortunnie przekazuje Synowi ich prośby?” – zastanawiali się. Nastał wiek XXI, a gdy minęła połowa jego drugiej dekady, sytuacja robiła się coraz bardziej niezręczna. „Ogólnie” było dobrze – bogacili się kapłani, bogacili rządzący krainą, wszystkim nakazano czcić Pana. Naród dokarmiano snami o jego potędze, drobnymi sumami pieniędzy (które sami obywatele zarobili). Sojusz „tronu i ołtarza” przypieczętowano, uznając premiera i ministra zdrowia za „ewangelistów”. Boskość nadano nawet piersiom matki prezydenta. Stawiano cokoły, na które trafiali najbliżsi ojca tego dobrobytu – Prezesa Tysiąclecia. Było dobrze, ale…

No, matka Pana wyraźnie „nie trybiła”. Ledwo poproszono o słońce – zapanowała susza. Poproszono o deszcz – skończyło się podtopieniami. Zamarzono o oczkach wodnych – chmura się oberwała, zamieniając bogobojną krainę w krainę miliona jezior. Zamarzył ewangelista zdrowia o pieniądzach dla rodziny – epidemia dotknęła plemię, wybijając ponad tysiąc wiernych. (Dobrze, że brat ewangelisty handlował respiratorami, a nie np. cewnikami bądź specyfikami na kiłę). Zamarzył o pieniądzach premier – państwo osiągnęło rekordowe zadłużenie. Zapragnął prezydent reelekcji – na ulice wyszło gejostwo. Na domiar złego wiernym coś przestało się podobać, że kapłani zanurzają swe konsekrowane członki w ciała chłopców i dziewczynek.

Spotkali się najwięksi mędrcy narodu wybranego i po żarliwej modlitwie jęli radzić, co zrobić, by ze słowami swej modlitwy dotrzeć bezpośrednio do Pana. Uradzono, że trzeba do nieba wysłać specjalnego posłańca. Założono 600 spółek, w których władzach znalazło zatrudnienie 10 tys. wiernych Pana i Prezesa. Wymyślono wehikuł na skalę możliwości narodu wybranego i przystąpiono do jego budowy. Posłaniec polecieć miał do nieba balonem.

Najpierw z witek brzozy samotnej i wierzby płaczącej upleciono wielki kosz. Potem z tekstyliów przekazanych przez narodową sieć lumpeksów, LUMPOL S.A., zaczęto szyć sam balon. Naród zdecydował też o napisach, mających zdobić kosz. Wygrały propozycje: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, „Chwała Bohaterom!”, „Raz sierpem, raz młotem” i „Ręce Precz od Naszych Macic!”. Wybór posłańca trzymano w tajemnicy do ostatniej chwili. Plotka głosiła, że jest nim niedowiarek i cynik, czyli – morda zdradziecka i oportunista gorszego sortu.

Starannie wybrano dzień startu – bez mgły i szatańskiej tęczy. Balon napełniono dumą narodową i…

***

Kosz miałem duży, wygodny i solidnie zaopatrzony. Była kołdra z chińskiego sztucznego puchu, stolik ze szwedzkiego sklepu i ruski samowar. Do jedzenia dostałem narodowe przysmaki mojej krainy: tureckiego kebaba, włoską pizzę, ukraiński barszcz, rybę po grecku, litewskie kołduny, sałatę pekińską, chińskie sajgonki i japońskie sushi. Miałem też od cholery wody z lodowca, a także zapas maseczek bez atestu i niesprawny respirator – dar rodziny ministra zdrowia.

Kraina pożegnała mnie fetą: górale grali poloneza Ogińskiego, łowiczanki śpiewały „Bogurodzicę”, a ukraińscy imigranci „Rotę”; narodowcy walili piwo, księża po krzakach obracali ministrantów, premier opowiadał, jak w 1920 r. wyzwalał Warszawę, a prezydent rapował. Dostałem też do ucałowania pieczony boczek nadziewany kornikami z puszczy białowieskiej.

Zacząłem od wypicia litra wody, bo podczas nabożeństwa, jakie dzień wcześniej odprawiał za mnie pewien biskup, film mi się urwał. Woda miała dziwny, bo czerwony kolor i mocno wytrawny smak. Im byłem wyżej, tym mocniejsza się robiła, ale też więcej widziałem i rozumiałem. Już tysiąc metrów nad Ziemią spotkałem 200 nowoczesnych helikopterów. Po kolejnych łykach wody (2000 m) zobaczyłem setki tysięcy, (może milion?) samochodów elektrycznych rosnących w lasach niczym grzyby. Na wysokości 3500 m (trzecia butelka) widziałem ze 100 myśliwców w barwach mojej krainy. Sięgając po czwartą butelkę (7000 m) widziałem ruski samolot, rozpylający nad nami koronawirusa. Czyste jak kryształ wody morza oblewającego brzegi mojej ojczyzny skrywały z 50 wielkich łodzi podwodnych, a na jego powierzchni dumnie kołysały się nasze okręty: 19 wielkich niszczycieli i 4 lotniskowce.

Przy tej czwartej butelce uwierzyłem w cud przemienienia i znalazłem odpowiedź na pytanie o drogę do szczęścia: wyłączyć troski i znaleźć się daleko, daleko stąd. Potem zasnąłem, a kiedy się obudziłem zrozumiałem, że spełniła się wizja mistyka – „nie było już nic”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułProwincjałki (18)
Następny artykułFakty (19)
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).