Ze strachem przyjąłem informację, że mamy w Polsce epidemię. Szanse na ocalenie są nikłe. Choroba metodycznie trawi nas od środka.

Metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski znowu postraszył. I choć postraszył solidnie, media zbytnio nie zwróciły na to uwagi. Co świadczy o tym, że płynące z czarnych gardeł słowa przechodzą w Polsce kompletnie bezrefleksyjnie. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka.

Po pierwsze, słowa „czarnych” wypełnione są frazesami. Po drugie, budowa zdań, wychodzących z ich paszczy, jest wielokrotnie złożona i po prostu niezrozumiała. Po trzecie, w wypowiedziach używają co chwila słów tyleż „wielkich”, co pustych: Bóg, Zbawiciel, Syn Boży, Wyzwoliciel, Odkupiciel, Duch Święty, Pan, Pan Nieba i Ziemi, Pan Wszechświata, Biblia, Pismo Święte, Ewangelia, Słowo Święte, Dzieło Stworzenia, Nauka Chrystusowa, Sąd, Dobroć, Powinność, Wiara, Wierność Nauczaniu, Odkupienie, Maryja, Dziewictwo, Zawsze Dziewica, Niepokalane Poczęcie, Cud, Świętość, Miłość, Serce, Posłuszeństwo, Nadzieja, Sąd Ostateczny, Wyzwolenie, Zbawienie, Niezłomność, Przebaczenie, Poddanie, Oddanie się, Wola, Zawierzenie itd., itp. Gdyby zabrać im prawo posługiwania się tymi słowami, zapewne nie potrafiliby się komunikować z ludźmi, z pieniędzy których żyją.

Całe to ich gadanie objawia się kompletnie niezrozumiałą papką, w sens której mało komu chce się wgłębiać. Mnie także, choć opracowałem metodę mierzenia się z nią. Najpierw usuwam ze spisanego tekstu całe wyżej wskazane pustosłowie. Potem wyrzucam inne „przerywniki” – odwołania na kształt dygresji – cytaty z Biblii, a w przypadku polskiego kleru nawiązania do słów JP2 („Wielkiego”, „Świętego” „Błogosławionego”, „Zesłanego przez Ducha Świętego”, bla, bla, bla). Potem, kiedy mam już „wyczyszczony tekst”, staram się zrozumieć istotę przekazanych odbiorcom podłości i przełożyć to na język ogólnie zrozumiały. W efekcie otrzymuję coś, w co ludzie nie chcą uwierzyć, że faktycznie zostało powiedziane, bo wydawało im się, że słyszeli co innego, choć w zasadzie sami nie wiedzą co. Jeśli jednak ktoś w końcu daje wiarę temu, co z wyczyszczonej papki zostało, zwykle jego refleksja sprowadza się do westchnienia: „przecież po czarnych nie można się było spodziewać niczego innego”.

Poniżej fragment informacji stworzony z wypowiedzi pana Jędraszewskiego, która przeszła bez większego rozgłosu, a która zawiera – w moim odczuciu – groźbę. Wykreślam z niej to co zbędne:
„Sięgając dzisiaj naszą pamięcią historyczną do wielkiego wydarzenia sprzed siedmiu wieków, a równocześnie, ożywieni chrześcijańską nadzieją, wybiegając myślą w nieznaną nam przyszłość, wierzymy niezłomnie: nasz polski naród będzie trwał, a wraz z nim będzie trwał Chrystusowy Kościół, do którego przynależność od chwili Chrztu jest naszą chlubą i radością – mówił metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski w katedrze wawelskiej podczas mszy św., którą sprawował z okazji 700-lecia koronacji Władysława Łokietka. Eucharystię koncelebrowali kard. Stanisław Dziwisz, bp Jan Zając i bp Jan Szkodoń. Uroczystość poprzedziło bicie dzwonu Zygmunt”.

Gdzie tu groźba? Dla mnie to oczywiste: „cokolwiek by się działo – nie odpuścimy wam” – straszy Jędraszewski. W moim odczuciu owo „trwanie”, czyli (słownikowo) „przedłużające się dotychczasowe istnienie” to zapowiedź utrzymania obecnego stanu relacji na linii Kościół – państwo, bez jakichkolwiek ustępstw. Samo określenie trwania Kościoła przy narodzie nasuwa wymowne porównanie.

Przyjmijmy (bardzo umownie), że mówiąc o „narodzie”, myślał pan Jędraszewski o społeczeństwie. Jeśli traktować społeczeństwo jako coś żywego – organizm, czyli (za Wikipedią) „istotę żywą charakteryzującą się procesami życiowymi, której części składowe tworzą funkcjonalną całość (indywiduum) zdolną do samodzielnego życia” to, czym jest coś, co nie stanowi części organizmu, a „trwa” przy nim, traktując go jako swojego żywiciela? Oczywiście pasożytem! „Pasożyt wewnętrzny (endopasożyt) – organizm cudzożywny, który żyje wewnątrz innego organizmu i dla którego organizm ten (żywiciel) jest źródłem pożywienia” – definiuje to samo źródło.
Wygląda więc na to, że Marek Jędraszewski szczerze powiedział – tak przynajmniej to odebrałem – że on i jego koledzy po fachu bardzo świadomie chcą pozostać pasożytami karmiącymi się polską tkanką. (Będą przy niej „trwać”).

Taki tkwiący w organizmie pasożyt może poczynić w nim nieodwracalne szkody. Przez bardzo długi czas możemy nie czuć jego obecności. Tak jak nie czujemy zapachu zabójczego czadu. Tak jak nie czujemy objawów początkowej cukrzycy. W pewnym momencie jednak może nawet dojść do zmutowania zaatakowanych przez pasożyta komórek, a wówczas na skuteczną kurację może być za późno. Powstaje rak – „grupa chorób, w których komórki organizmu dzielą się w sposób niekontrolowany, a nowo powstałe komórki nowotworowe nie różnicują się w typowe komórki tkanki. Utrata kontroli nad podziałami jest związana z mutacjami genów kodujących białka uczestniczące w cyklu komórkowym. Mutacje te powodują, że komórka wcale lub niewłaściwie reaguje na sygnały z organizmu. Powstanie nowotworu złośliwego wymaga kilku mutacji, stąd długi (ale najczęściej bezobjawowy) okres rozwoju choroby. U osób z rodzinną skłonnością do nowotworów część tych mutacji jest dziedziczona” – uczy encyklopedia internetowa.

Tak więc, po przełożeniu niezrozumiałych z pozoru – nadętych, obłudnych słów – metropolity krakowskiego dochodzimy do czystej w formie konkluzji: jesteśmy krajem ludzi chorych na raka. Jako społeczeństwo nie czujemy go albo czujemy, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje z naszym społecznym organizmem. A rak ten zaatakował dosłownie wszystkie nasze organy: władze ustawodawcze, sądownictwo, władze wykonawcze. W całym organizmie nie ma nawet kawałka tkanki, której by nie zmutował. Rakotwórcze pasożytki zalęgły się wszędzie: w przedszkolach, szkołach, w wojsku, policji, w administracji państwowej, w mediach; nawet w szpitalach. Toczą nasze organizmy i miast opamiętać się, i choćby z litości, jeśli nie z instynktu przetrwania, odpuścić – kształcą nowe pasożytki i nieustannie pracują nad kolejnymi mutacjami patologii, niepomne na to, że jak strawią żywiciela, to same też padną trupem.
Myślicie, że kiedyś nastąpi poprawa? Chyba niekoniecznie: „Nie ma tego złego, co by nie wyszło na jeszcze gorsze”*. Ale prawda, nawet najgorsza, jest lepsza niż życie w nieświadomości. Dlatego raz na jakiś czas warto wsłuchiwać się w różne głosy. Nawet głosy pasożytów.


*Aleksandr Sołżenicyn, „Oddział chorych na raka”

Facebook Comments
Poprzedni artykułTeraz, kur*a, my!
Następny artykułBeskidzka Fabryka Snów
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).