fot. Artur Kulikowski
Czasami warto wpaść do kościoła, by uzmysłowić sobie, że za 14 lat czeka nas najważniejszy jubileusz w historii chrześcijaństwa.

Dziś trudno przewidzieć, jak w ultrakatolickiej Polsce ta rocznica będzie czczona, ale na pewno możemy się spodziewać pełnego odlotu wśród moralistów i dewotów. By móc zobaczyć to na własne oczy, trzeba spełnić dwa warunki: dożyć i liczyć na to, że do tego czasu bojówki i sekty parakatolickie nie zrobią z nami (niewierzącymi, agnostykami, innowiercami) porządku.

Drewniany zbawca

W Warszawie pojawił się Krzyż Wdzięczności. To blisko półtonowe monstrum złożone z dwóch dębowych kawałków oheblowanego drewna z przybitym do niego drewnianym Jezusem. Wszystko lakierowane na połysk. Do tej pory krzyż odwiedził każdą europejską stolicę. W ciągu najbliższych 14 lat zawita do wszystkich stolic na świecie. Gdy tak się stanie, w 2033 r. trafi do Watykanu na plac św. Piotra. Wedle idei zrodzonej we Lwowie, jego peregrynacja po naszej planecie ma stanowić „przygotowanie do jubileuszu dwutysięcznej rocznicy ukrzyżowania Jezusa i zjednoczyć w jedną rodzinę narody świata”. Choć dokładnie nie wiadomo kiedy Joszua zakończył żywot, przyjęto, że stało się to w 33 roku n.e. Tego się więc trzymajmy.

Krzyż Wdzięczności jest niezwykły, wręcz cudowny. Misja jego pielgrzymki miała początek w Dniu Zmartwychwstania w 2003 r. na Ukrainie. Według przekazów rozpowszechnianych przez katolickie media, wówczas to Syn Boży miał osobiście objawić się zwykłemu mieszkańcowi Lwowa i powiedzieć: „Bierzcie mój Krzyż i zanieście Go do wszystkich stolic świata, jako znak wdzięczności Bogu Wszechmogącemu za nasze zbawienie”. Grupka zapaleńców, którzy uwierzyli w tę historię, zrobiła krzyż, wyrzeźbiła Jezusa i ruszyła z owym monstrum w pielgrzymkę po świecie. Błogosławieństwo od św. Jana Pawła II oraz poświęcenie przez papieża Benedykta XVI otworzyło krzyżowi drzwi bazylik, katedr i kościołów. To wystarczyło, by stał się „relikwią” i atrakcją dla wiernych – zwłaszcza tych w Polsce. Bo to oni właśnie pokrywają większość kosztów związanych z transportem krzyża po świecie. Nie od dziś przecież wiadomo, że Jezus „był Polakiem”.

Armia Boga?

Po Polsce Krzyż już peregrynował, choć omijał stolicę. Teraz trafił do niej na dłużej. Na kilka godzin zawitał do archikatedry św. Jana Chrzciciela na Starym Mieście, a później został przeniesiony do pobliskiego kościoła św. Anny. Podczas pobytu w archikatedrze pół kościoła stało na jego straży. Pilnowali go najlepsi z najlepszych: Żołnierze Chrystusa, Rycerze Zakonu Jana Pawła II, Armia Boga, Mężczyźni Jana Pawła II, Wojownicy Maryi, Rycerze Chrystusa Króla, przedstawiciele Męskiego i Żeńskiego Różańca oraz grupa rekonstrukcyjna w strojach szlachty. Po specjalnej mszy św. przez 10 minut można było dotknąć krzyża, a nawet pocałować stopy, czoło i przybite do desek dębowe ręce Jezusa. W ten sposób zgromadzeni mogli organoleptycznie zapoznać się z „relikwią” i zyskać pewność, „czego się trzymać w tych trudnych dla Ojczyzny czasach” – jak im mówiono w kościele. Zresztą w archikatedrze „Armia Boga” dawała jasne sygnały, że zły czas dla katolickiej Polski właśnie nadszedł, a to wymaga wyjątkowych i zdecydowanych działań. Samozwańcze grupki „ochroniarzy” przejęły władzę nad kościołem i wydarzeniem. Księża byli tam jedynie dodatkiem. Rycerze Zakonu Jana Pawła II i Żołnierze Chrystusa wydawali rozkazy, dyrygowali wiernymi, decydowali, kto wejdzie do środka świątyni, a kto nie.

– Tędy, łajzo, nie przejdziesz, bo nie masz do tego prawa. Ja tu pilnuję ładu – usłyszałem w drzwiach archikatedry od samozwańczej, żeńskiej służby porządkowej „procesji Krzyża Wdzięczności”. Jeszcze ciekawiej było na ulicach.

Spacer z balastem

Choć z archikatedry do kościoła św. Anny jest dokładnie 350 metrów, „procesja” nie poszła najprostszą drogą, lecz postanowiła przebić się przez Rynek, Wąski Dunaj, Podwale i plac Zamkowy. Spacer z półtonowym, gigantycznym krzyżem, spoczywającym na barkach mężczyzn, miał być namiastką drogi krzyżowej, a przede wszystkim spektaklem, poruszającym sumienia weekendowych spacerowiczów, rozbieganych dzieci, pędzących rowerzystów i użytkowników hulajnóg. Miał wywoływać trwogę, respekt, mobilizować. Kukiełkowy teatrzyk dziecięcy musiał przerwać zabawę, uliczni grajkowie zakończyć występy, mnie zaś stojącemu na poboczu i czekającemu na pochód kazano zgasić papierosa i zejść z drogi, gdyż – jak się dowiedziałem – „takim prostackim zachowaniem obrażam Pana Boga i zakłócam wydarzenie religijne” (usłyszałem to z ust „ochroniarek”). Gdy zwróciłem uwagę, że nie jest to żadna procesja, a nielegalny przemarsz (nie został zgłoszony w Wykazie Zgromadzeń Publicznych m.st. Warszawy), a tak w ogóle to stoję w miejscu publicznym, dowiedziałem się, że „Bóg mnie ukarze za takie słowa, a w pokucie mam na klęczkach iść do Częstochowy”. Zamiast na Jasną Górę poszedłem tylko do św. Anny, gdzie po godzinie w końcu dotarł również i krzyż z całą jego cyrkową trupą. Drewniany zbawca spoczął obok ołtarza i znów można go było adorować i całować.

Na zakończenie usłyszałem od przedstawiciela „Armii Boga” przestrogę: „uważaj, mamy cię na oku”. Rok 2033 już za 14 lat. Trzeba tylko dożyć.