Polska współczesna nie jest krajem wolności artystycznej. Cenzura instytucjonalna została zlikwidowana w 1990 r., ale cenzura rzeczywista istnieje i ma się świetnie.

Śmiem twierdzić, że pod względem poziomu wolności artystycznej Polska pod rządami PiS jest gorsza od PRL, i mam tu na myśli nie tylko lata 80. po stanie wojennym. Dowody? Bardzo proszę.

W 1976 r. Andrzej Wajda wyreżyserował – tak naprawdę – zjadliwie antykomunistyczny film „Człowiek z marmuru”. Film ten obejrzało w państwowych kinach 2,5 miliona ludzi. Represje, które dotknęły film, polegały na tym, że nie dostał on głównej nagrody na festiwalu w Gdyni, bo celowo dobrano skład jury tak, aby zasiadali w nim Petelski i Poręba, czyli komunistyczni politrucy. Co interesujące, Poręba w „wolnej Polsce” został pieszczochem telewizji Rydzyka i działaczem politycznym w koalicji pod przywództwem Kaczyńskiego. Co jeszcze bardziej interesujące, jury na festiwalu w Gdyni przyznało Złote Lwy filmowi Zanussiego „Barwy ochronne”, również mocno antykomunistycznemu (za to mniej popularnemu, a to z powodu cechy twórczości tego reżysera, której zawdzięcza pseudonim „Zanudzdzi”). Natomiast Wajda, tytułem „represji”, dostał od państwa pieniądze na zrealizowany w 1981 r. film „Człowiek z żelaza”, czyli hagiografię Lecha Wałęsy. Tak to wyglądały represje wobec artystów za czasów PRL.

Pieszczochy władzy

Oczywiście uogólniam, ale nie da się ukryć, że żaden z ikonicznych twórców okresu PRL, który miał poglądy zdecydowanie antykomunistyczne, nigdy nie został realnie ukarany ani nie cierpiał głodu. Interwencje cenzorskie były zaś osłabiane inteligencją twórców albo miały charakter symboliczny. Kiedy w Kabarecie Olgi Lipińskiej pan Jan Kobuszewski opowiedział dość frywolny dowcip o pierogach („Kto zamawiał ruskie? Nikt, same przyszli…”), Kabaret został zdjęty z telewizyjnej anteny na parę miesięcy wskutek interwencji towarzyszy z ambasady radzieckiej, ale nikomu nie przyszło do głowy, aby „winną” tej jawnej prowokacji Olgę Lipińską zdejmować jednocześnie ze stanowiska dyrektorki Teatru Komedia, które to stanowisko Lipińska pełniła aż do… 1990 r. Podobnie, ciężko ponoć prześladowany w okresie PRL absolwent Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, towarzysz Jan Pietrzak, chociaż jego działalność satyryczna była niekiedy mylnie uważana za antykomunistyczną, nie zaznawał głodu ani szczególnych represji, pobierając wszak przez całe lata 70. a to dyrektorską pensję w TVP, a to uposażenie sekretarza redakcji państwowego tygodnika „Szpilki”, następnie zaś otrzymując paszport i wojażując za dewizy do USA. Jeśli to były represje, to ja też o takie poproszę.

A jak jest dzisiaj? Przede wszystkim obowiązuje polityczna poprawność, zakazująca jednoznacznie negatywnych wypowiedzi o klerze katolickim. Rzekomo antykościelny film „Kler” Smarzowskiego jest tak naprawdę panegirykiem o dobrym księdzu Kukule, reprezentancie rzekomej większości polskich księży, który przeciwstawia się podłości arcydiabła Mordowicza (skojarzenie z Głódziem było w sposób oczywisty zamierzone). Film przed rozpoczęciem dystrybucji pokazano w ramach cenzury grupie księży katolickich, którzy niczym dawne KC zaaprobowali dzieło jako nieobrażające uczuć religijnych. Przyznam, że się nie dziwię, bo uważam, że dzieło to powinno być wyświetlane w salkach parafialnych jako materiał reklamujący mitycznych „dobrych księży”. Film Smarzowskiego uważam za zakłamany. Kler co do zasady jest obleśny, a dobry ksiądz Kukuła zdarza się jak seks Pawłowiczce.

Ostatnio doszło do dwóch szeroko dyskutowanych ingerencji cenzorskich: w „Trujce” (jak zasłużenie określa się obecnie truchło pozostałe po dawnym Programie Trzecim Polskiego Radia) oraz przy pomocy pani z sanepidu.

Zamiast kultury

Pierwszy z tych przypadków polegał na zdjęciu z anteny piosenki Kazika Staszewskiego „Twój ból jest lepszy niż mój”. Utwór ten stanowi artystyczną krytykę Kaczyńskiego, który uważa się za Boga i pogardza współobywatelami, czego przykładem jest jego bezczelna wizyta na zamkniętym dla „hołoty” (czyli suwerena) cmentarzu, na dodatek w towarzystwie ochroniarzy i z podwiezieniem tłustego dupska słońca narodu limuzyną bodaj pod sam odwiedzany grób.

Wyznam, że wobec Kazika Staszewskiego doznaję uczuć ambiwalentnych. Z jednej strony jestem fanem jego utworów („Dwanaście groszy”, „Celina”, „Brooklyńska rada Żydów”), z drugiej strony nie rozumiem nienawiści Kazika do lewicy, której on sam – pewnie wbrew swojej woli – jest uosobieniem. Staszewski wielokrotnie wyrażał niechęć np. do Aleksandra Kwaśniewskiego, którego nazywał „kelnerem trzeciej kategorii”, ale równocześnie jego twórczość jest jednym wielkim lewicowym manifestem. Tłumaczę sobie tę Kazikową dwoistość doświadczeniem PRL, która może artystów traktowała lepiej niż Polska mająca twarz Brudzińskiego, łupież Kaczyńskiego i inteligencję Dudy, Suskiego czy Sasina, za to najlepszym ustrojem na świecie również nie była. W sumie trochę rozumiem, ale tylko trochę.

Spróbujmy popatrzeć na sprawę Kazika z perspektywy konstytucyjnej. Media publiczne mają realizować obowiązek państwa wynikający z art. 6 („Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury, będącej źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju”) i art. 54 („Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”) Konstytucji. Ich funkcją jest zatem zapewnienie równego dostępu do kultury i informacji. Oczywiście, obecne TVP i PR są zaprzeczeniem tych wartości konstytucyjnych, gdyż zamiast kultury, oferują rzygi w rodzaju pląsów Zenka, a zamiast informacji, propagandowe obrzydliwości Holeckiej, Rachonia, Ziemca, Kani czy Gargas, a w gratisie również film Latkowskiego, stanowiący najnowszy oręż w iście goebbelsowskiej nagonce propagandowej. Nie zmienia to jednak faktu, że same wartości konstytucyjne nadal obowiązują, a tylko PiS programowo je lekceważy.

Gdyby Polska była państwem demokratycznym, którym nie jest, nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby w publicznym radiu zdejmować z anteny piosenkę krytykującą przywódcę partii. Co więcej, nawet w okresie PRL zdarzały się utwory mniej albo bardziej jawnie krytykujące system, a nie powodowały one represji wobec wykonawcy. Wspomnijmy w tym miejscu „Nocny patrol” Maanamu z 1983 r. czy „Dekret o stanie wojennym” wykonany przez Piwnicę pod Baranami. Nikt nie zdejmował Kory z radiowej anteny, a Piwnicy pod Baranami władze nie wymówiły lokalu.

Woń żenady

Druga z ingerencji to nałożenie kar pieniężnych po 10 tys. zł na artystów, którzy 6 maja przemaszerowali ulicami Warszawy z transparentem o treści „Żyć nie, umierać” (nawiązanie do utworu performatywnego Tadeusza Kantora z 1967 r.). Transparent miał podtekst i kontekst polityczny: nadawcą był suweren, a adresatem pisowski Sejm, zajmujący się wtedy zagonieniem ludzi na wybory, aby lud wybrał na prezydenta największego i najbardziej żenującego nieudacznika w historii wyborów prezydenckich w Polsce. Otóż artyści zostali ukarani na podstawie przepisów o epidemii, a karę nałożyła sanepidziara warszawska nazwiskiem – nomen omen – Mędelewska, przez „ę”. I tu kilka uwag. Po pierwsze, ograniczenia zarówno wolności sztuki, jak i zgromadzeń, mogą być wprowadzane wyłącznie ustawą, tymczasem pani pisana przez „ę” zastosowała przepis rozporządzenia. Po drugie, z przepisu tego wynika, że zakaz obejmuje „zgromadzenia”, a także „imprezy, spotkania i zebrania”. Otóż performance artystyczny jest realizacją wolności sztuki, sanepidziaro, a nie żadną „imprezą”. Po trzecie, jeżeli nawet by potraktować zdarzenie jako „spotkanie” czy „zebranie”, to przepis zastrzega, że zakaz „nie stosuje się do spotkań i zebrań związanych z wykonywaniem czynności zawodowych”. Wyjaśniam wykazującej deficyty wiedzy funkcjonariuszce pisowskiego reżimu, że artysta to jest zawód. Rozumiem, że umysł zakonserwowany w PRL-owskim idiotyzmie propagandowym, umiejętnie restaurowanym teraz przez bezzębnego karła, może mieć problem z ogarnięciem tego, iż praca może polegać nie tylko na pierdzeniu w stołek w sanepidzie i wydawaniu kretyńskich decyzji, ale również na uprawianiu sztuki. Ale dla uproszczenia wyjaśnię to w sposób, który funkcjonariuszka sanepidu, odporna na lekturę Konstytucji, powinna zrozumieć: Zenek Martyniuk też pracuje. Comprendo?

Polska pod rządami PiS jest memogenna. Stała się pokracznym potworkiem, rozsiewającym woń żenady. To bardzo przykre. Proszę mi zwrócić normalną Polskę. I do Państwa Czytelników tu też się zwracam: proszę iść na wybory i odsunąć od władzy tę Du*ę. Tym razem Ruskie same nie przyszli.

Facebook Comments