Nadszedł czas. Ubrałem się w kombinezon, zdezynfekowałem ręce, założyłem maskę na twarz i lateksowe rękawiczki, w których dzierżyłem foliowy woreczek z pieniędzmi. Po chwili zapukałem łokciem do drzwi sąsiada Władeczka. Zakrywka wizjera poruszyła się, szurając delikatnie.
– Czego sąsiad sobie życzy?
– Dzisiaj przecież karty u Romka – wyjaśniłem.
Zza drzwi zaczęły dochodzić odgłosy prychania, syki jakieś, szelest materiału i nieprzyjemny odgłos gniecionej gumy. Usłyszałem charakterystyczny odgłos zasuwy i szczęk otwierających się zamków. Drzwi rozwarły się i pojawił się w nich sąsiad w brezentowym kombinezonie, masce gazowej na twarzy i gumowych, wysokich do ud, wędkarskich butach, w rękawicach do kastrowania chomików.
Po chwili pukaliśmy łokciami w drzwi pana Romka.
Wizjer, sztaby, syki, gnieciona guma, otwarcie drzwi. Postać w apokaliptycznym przebraniu.
– My na karty – oznajmiliśmy.
Postać kiwnęła głową, weszliśmy do środka. Za chwilę pojawiły się karty. W pół godziny przegraliśmy wszystko i się pożegnaliśmy.
Na klatce, z mieszkania obok wychynęła uśmiechnięta twarz Romka zza plastikowej szybki specjalistycznego kombinezonu.
– No! Jesteście w końcu!
– Widzisz Władeczku, te drzwi wszystkie takie podobne. Ta kwarantanna nas zrujnuje – rzuciłem odwracając się do sąsiada w masce gazowej.
– Jaki Władeczku? – zapytała maska.
Dobrze, że to tylko karty. Muszę bardziej uważać.
Jutro mam wizytę u proktologa na szóstym piętrze.

Facebook Comments