Gdy Polska otrząśnie się po długim weekendzie, będzie na ostatniej prostej przed wyborami. Tymczasem najważniejsze tematy tej kampanii zostały w ostatnich miesiącach zgubione.

To oczywiście nie przypadek. Prawu i Sprawiedliwości bardzo zależało na tym, aby nie spierać się o sprawy niewygodne dla tej partii. I zdołało narzucić oponentom takie tematy, w których czuje się mocne. Widać, ma dobrych speców od marketingu politycznego; ale też w ostatnim czasie do formy wrócił Jarosław Kaczyński: z powłóczącego nogami i gubiącego wątki dziadka znów przeobraził się w drapieżnego przywódcę. Na nic nadzieje, że PiS bez swego lidera popadnie w niemoc i marazm! Prezes sprawnie prowadzi swe hufce do boju, zaskakuje rywali, zastawia na nich pułapki, myli tropy.
Długie, leniwe nicnierobienie, które trafia się Polakom na przełomie kwietnia i maja, sprzyja sięganiu po książki od dawna odkładane bądź czytane w zamierzchłej przeszłości. Zachęcam, aby przy wyborze lektur na najbliższe dni mieć z tyłu głowy te najważniejsze opuszczone przez debatę publiczną kwestie. Nie pozwólmy o nich zapomnieć!

Herkules Poirot

Naprawdę potrzebujemy genialnego detektywa z powieści i opowiadań Agaty Christie, aby ustalić, jak doszło do tego, że skradziony został cały główny powód organizacji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Niby wszystko jest oczywiste: będziemy głosować nad składem legislatury odpowiadającej za jakieś dwie trzecie (niektórzy mówią, że nawet 80 procent) uchwalanego i obowiązującego nas wszystkich prawa. Ich decyzje będą miały bezpośredni wpływ na nasze życie. Powinniśmy więc dyskutować o tym, które ugrupowania opowiadają się za bardziej, a które za mniej zintegrowaną Unią. Zwłaszcza że nad Europą krąży widmo populizmu. Chcemy, aby Kaczyński i podobni mu eurosceptycy – jak włoski Salvini, węgierski Orbán, austriacki Strache, Francuzka Le Pen, hiszpańska partia Vox, Alternatywa dla Niemiec, Szwedzcy Demokraci czy Prawdziwi Finowie – mieli do powiedzenia więcej czy mniej?
PiS, które przez trzy i pół roku ostro parło do polexitu, po wyborach samorządowych nagle zmieniło twarz i zaczęło lansować się hasłem „Polska sercem Europy”. Dostało bowiem żółtą kartkę od wyborców, także swoich, wystraszonych nieustannymi kłótniami z Komisją Europejską, przegrywanymi procesami w Trybunale Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, przegraną 1:27 oraz wnioskiem Ziobry do posłusznego Nowogrodzkiej Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy europejskie traktaty są zgodne z ustawą zasadniczą. Topór wojenny schowało za plecami, a skrzywioną minę Morawieckiego zastąpiło wymuszonym uśmiechem.
Zabieg – wydawałoby się – beznadziejny, a jednak się powiódł. Zamiast dyskusji o marginalizacji Polski i ryzyku wyprowadzenia Rzeczypospolitej z UE, rozmawialiśmy o „500 plus” na pierwsze dziecko, 888,25 złotych dla każdego emeryta i innych prezentach Prezesa. A później o zagrożeniu świętej polskiej rodziny ze strony homoseksualistów. W końcu zaczął się strajk szkolny i temat przyszłości Polski w zjednoczonej Europie w ogóle znikł z pola widzenia.
A przecież to tego właśnie dotyczą nadchodzące wybory. Od ich wyniku będzie zależeć nie tylko to, czy w latach 2021–2027 dostaniemy więcej albo mniej euro z unijnej kasy, ale czy będziemy uczestniczyć w dalszym kształtowaniu tego projektu, siedzieć w oślej ławce, czy też w ogóle będziemy wypychani z tego wspólnego przedsięwzięcia.

Carl Schmitt

O ile po kryminały Christie, jakkolwiek będące absolutną klasyką gatunku, można sięgnąć w czasie długiego weekendu dla odprężenia, to bardziej wyrafinowanemu czytelnikowi, pragnącemu lepiej zrozumieć to, co się w Polsce dzieje, rekomendowałbym którąś z rozpraw niemieckiego prawnika Carla Schmitta sprzed dobrych 90 lat. Nic to, że życiorys ma splamiony współpracą z nazistami. Ważne, że myśl polityczna Jarosława Kaczyńskiego orbituje wokół koncepcji tego autora. Weźmy może jego „Naukę o konstytucji”. To tam doszukamy się źródła rozumienia Konstytucji jako „jedności politycznej i porządku społecznego określonego państwa”. „Państwo nie ma konstytucji, zgodnie z którą tworzy się i urzeczywistnia wola polityczna” – dowodzi guru Prezesa – „ono jest konstytucją, a więc bytem, istniejącym stanem, statusem jedności i porządku”.
Ponieważ posłowie PiS właśnie wnieśli projekt ósmej nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, będzie to lektura bardzo na miejscu. W przedłożeniu znajduje się m.in. ewidentnie niekonstytucyjny zapis o wyborze prezesa SN przez głowę państwa nawet jeśli Zgromadzenie Ogólne sędziów tego sądu nie wyłoni kandydatów. Koniec z imposybilizmem prawnym! Nie będą jakieś wcześniej uchwalone przepisy, choćby zatwierdzone w ogólnonarodowym referendum, wiązać rąk światłej władzy!
Trochę zatarły się w pamięci prawne ekscesy obecnej większości: skracanie jasno zapisanych w ustawie zasadniczej kadencji, niepublikowanie niewygodnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego, przyjmowanie pod osłoną nocy ślubowań nowych członków TK wybranych na zajęte już miejsca itp. Porażka, dzięki interwencji luksemburskiego TSUE, w przejęciu Sądu Najwyższego jakby nas uspokoiła, wzbudziła ufność, że są instytucje zdolne do postawienia tamy temu szaleństwu. W czasie długiej intelektualnej nieobecności Kaczyńskiego namiastką takich akcji były jedynie postępowania dyscyplinarne wszczynane przeciw zbyt niezawisłym sędziom za ich orzeczenia. Prezes jednak nigdy nie zapomina. Teraz, gdy wrócił, z mocą tarana będzie parł aż do ostatecznego zwycięstwa.
Ta sprawa też ma oczywisty kontekst wyborczy. Głosując za cztery tygodnie, będziemy opowiadać się albo za państwem prawa, za zachodnioeuropejską kulturą prawną – albo za pomysłami rodem z Carla Schmitta. Pamiętajmy o tym.

„Odprawa posłów greckich”

Na koniec weźmy w rękę dzieło klasyczne. Renesansowy dramat Jana z Czarnolasu przefiltrujmy przez współczesność. Demagogia i egoizm Parysa – przeciwstawność nakierowanej na dobro wspólne polityki Trojan – przyjęłyby postać populizmu, objawiającego się ostatnio w postaci kolejnych zestawów z „piątką” w nazwie. Kaczyński z Morawieckim chcą, żeby o tych szczodrych programach jak najgłośniej mówić. Żebyśmy właśnie na tej podstawie podejmowali decyzje wyborcze w maju i jesienią. To ma zapewnić im sukces teraz i na długie lata.
Krytyczni ekonomiści już zamilkli, a konkurencyjni politycy nie śmią wspomnieć o braku odpowiedzialności tych obietnic. Koszty pisowskich zapowiedzi idą w dziesiątki miliardów rocznie. No i co? „Jakoś to będzie”. Wiara w to, że koniunktura światowa jest wieczna i że nasza gospodarka będzie zawsze rosnąć w tempie pięcio-, a przynajmniej czteroprocentowym, wydaje się zaraźliwa. Kiedyś głównym problemem Polski był nadmierny udział tzw. wydatków sztywnych w budżecie – czyli takich, które wynikają z ustaw i których nie da się zmniejszyć, gdy państwowa kasa pustoszeje. Dziś radośnie pompujemy właśnie takie pozycje.
Gdzieś już był taki przykład… Aha – to Grecja właśnie; tytuł tragedii Kochanowskiego nabiera nowego podtekstu. Władze i mieszkańcy Hellady przez kilka dekad chętnie czerpali garściami z osłony, jaką polityce budżetowej ich państwa udzielała Unia Europejska i strefa euro. Żyli ponad stan, popuszczając pasa. Jak to się skończyło, wiadomo. Zastanawiające, jak bardzo nie potrafimy wyciągać wniosków nawet z bardzo bliskiej historii, której byliśmy naocznymi świadkami.
Skoro nie są do tego zdolni politycy, przynajmniej my – obywatele – nie powinniśmy rozstawać się z myślą, że czymś innym jest łatwa obietnica, a czym innym postawa odpowiedzialna, która wyraża się w dążeniu do zapewnienia trwałości różnych miłych transferów. Dokonując wyborów, patrzmy uważnie, kto daje gwarancję zbudowania rozsądnego państwa opiekuńczego, które ma szansę przetrwać lata.

Facebook Comments