fot. Artur Kulikowski
W telewizji obchody miesięcznic smoleńskich wyglądają imponująco. Są uroczyste msze, marsz pamięci, przemowy i składanie kwiatków przed pomnikami. 10 listopada postanowiłem sprawdzić, jak miesięcznica wygląda
tak naprawdę, od środka.

Wszystko przypomina pobyt w zakładzie psychiatrycznym, kreślonym ręką reżysera Miloša Formana, z którego co prawda każdy pacjent zawsze może wyjść, ale zostaje, bo tylko wśród swoich czuje się bezpiecznie. Postanowiłem na chwilę zostać Jackiem Nicholsonem z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. Z wyznawcami spiskowych teorii rozwoju świata spędziłem cały dzień. Tylko i aż.

Wszystko rozpoczęło się o 8 rano w kościele seminaryjnym pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Do świątyni może wejść każdy. No to wchodzi. Nikt nikogo nie sprawdza, choć w pierwszych ławach, tuż przed ołtarzem, zasiadają premier, wicepremierzy, najważniejsi ministrowie, Jarosław Kaczyński i Bóg wie kto jeszcze. Brakuje tylko prezydenta, choć ma najbliżej. W kościele przesadnego tłumu nie ma, ale duża część zgromadzonych została tu zwieziona specjalnymi autokarami.
Prezes PiS przyjeżdża tuż przed 8. Kaczyński lekko utyka, ale dzielnie się przedziera nawą główną. Chwilę później zjawia się Mateusz Morawiecki. Obaj panowie musieli zwrócić uwagę na niecodzienne postacie, które mijali idąc w stronę prezbiterium. Ci ludzie normalnie nie wyglądają. Młody mężczyzna – z zaciętą ze złości twarzą – cały czas macha przed głową ogromnym portretem Lecha i Marii Kaczyńskich. Inny, starszy pan w zdezelowany statyw do kamery wbił wysoki biało-czerwony krzyż z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Dużych krzyży trzymanych w dłoniach wiernych jest kilkanaście. Starsza kobieta ma transparent w kształcie naszego kraju z napisem „Tu jest Polska”. Wszędzie w kościele powiewają (mniejsze lub większe) flagi narodowe.

W kruchcie ustawia się kilku bezdomnych z kolorowymi reklamówkami z dyskontów. Przed wejściem do Przybytku Wiary siwy, starszy człowiek trzyma tabliczkę z napisem „Mord Smoleński 2010”, inny, ubrany w brunatny mundur i czarny beret z wbitym „mieczykiem Chrobrego”, dzierży kartkę z napisem „Act 404 Wara”. Ten ostatni uczestnik mszy wygląda na człowieka z naprawdę poważnymi zaburzeniami natury psychicznej. Po kościele chodzi jednak swobodnie.

Msza za wybranych

Choć w katastrofie smoleńskiej zginęło 96 osób, msza odprawiana jest w intencji zaledwie 23. Tylko ich dusze poleca „dobremu Bogu” sprawujący liturgię. Na modlitwę za tych, którzy „polegli pod Smoleńskiem” zasłużyli według księdza jedynie: para prezydencka oraz między innymi: Przemysław Gosiewski, Zbigniew Wassermann, Aleksandra Natalli-Świat i Anna Walentynowicz. Prawdopodobnie Jerzy Szmajdziński, Izabela Jaruga-Nowacka czy Piotr Nurowski lecieli innym samolotem, lub nie są godni memento.

Czytanie z Listu św. Pawła do Tesaloniczan odbyło się ustami szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michała Dworczyka, który rzekł: „Bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pańskie rozszerzało się i rozsławiało, podobnie jak to jest pośród was, abyśmy byli wybawieni od ludzi przewrotnych i złych, albowiem nie wszyscy mają wiarę. Oto Słowo Boże” – rzekł na zakończenie. „Bogu niech będą dzięki” – odpowiedzieli chórem zebrani, z Kaczyńskim, Morawieckim i Błaszczakiem na czele.

Później z mównicy głos zabierają także inni przedstawiciele PiS. W modlitwie powszechnej były minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński prosi o modlitwę, „aby ludzie zachowali chrześcijańską postawę, a krzyż traktowali z najwyższym szacunkiem”. Europosłanka Jadwiga Wiśniewska wołała o modlitwę za duszę śp. pamięci Jadwigi Kaczyńskiej „kobiety o wielkim sercu i szlachetnej duszy, matki, która wychowała swoich synów w umiłowaniu dobra i ojczyzny”.

Biegiem marsz

Po mszy następuje niezorganizowane przemieszczenie się na plac Piłsudskiego, gdzie rządzący mają złożyć kwiaty pod odpowiednimi pomnikami. Tylko prezes Kaczyński i premier Morawiecki jadą tam samochodami. Reszta rusza z buta.

Szedłem obok marszałka Terleckiego, wymieniając uwagi z marszałkiem seniorem Macierewiczem. Tuż obok kroczył wicepremier Gliński. Przede mną truchtał minister nadzoru właścicielskiego Sasin. Wszyscy jesteśmy w niedoczasie. Przecież Jarosław Kaczyński już czeka przed monumentem brata. Sytuacja wyglądała absurdalnie. Najważniejsi ludzie w Polsce właściwie biegną na kolejną część uroczystości, przebijając się przez gęstniejący na Krakowskim Przedmieściu tłum spacerowiczów.

Złożenie kwiatków trwa dosłownie pięć minut. Identyczna sytuacja ma miejsce przed „schodkami smoleńskimi”. Jarosławowi Kaczyńskiemu tak się spieszyło, że po poprawieniu szarfy wieńca, robiąc znak krzyża tylko „machnął szybkiego ręcznego wygibasa”, odwrócił się na pięcie i wsiadł do samochodu. Po chwili i pozostali oficjele odjeżdżają swoimi rządowymi limuzynami w siną dal. Odgrodzony od społeczeństwa i tak pusty plac staje się jeszcze bardziej pusty. Wszyscy szykują się zapewne na wieczorną część uroczystości. Przed schodkami pozostają tylko „wyznawcy religii smoleńskiej”, którzy rozpoczynają modlitwy o „ukaranie współwinnych zbrodni”, czyli Tuska i Putina.

Szybciej, bo pada

Druga msza, w archikatedrze Jana Chrzciciela, zdecydowanie różni się od tej pierwszej. Przede wszystkim do kościoła wpuszczani są wierni, którzy przeszli specjalną kontrolę przeprowadzaną przez funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Tak więc „pijanych, dziwnych i podejrzanych ludzi” już wewnątrz nie ma. Zniknęły krzyże czy flagi. Jest wzniośle, patriotycznie i nudno, zapewne z tego powodu, że msza pokazywana jest na żywo w telewizji. Kolejni prelegenci – włącznie z odprawiającymi mszę świętą – „srają katolickim marmurem”. Znów daje znać o sobie polska prowizorka, olewka i tumiwisizm.

W trakcie formowania się Marszu Pamięci, bez najmniejszego trudu znajduję się tuż za plecami najważniejszego człowieka w Polsce. Widać, że zgromadzeni przyszli tu nie z przyjemności, a z obowiązku. Na dodatek zaczął padać deszcz. Nawet tempo marszu świadczy o tym, że ludzie chcą, by to wszystko jak najszybciej się skończyło. Idę tuż za Kaczyńskim, ramię w ramię z marszałkiem Terleckim. Kaczyński tupta czekającymi na operację, chorymi nóżkami, czasami podśpiewując piosenki religijne, ale widać, że nie bardzo wszystko ogarnia. Momentami jest podtrzymywany pod łokieć przez swoich ochroniarzy. Tymczasem marszałek Terlecki robił sobie co chwila selfie. Gada i bawi się telefonem nawet podczas przemówienia swojego szefa przed Pałacem Prezydenckim. Nie słucha tego, co ma do powiedzenia Kaczyński. Podobnie jest z Joachimem Brudzińskim, który przed pomnikiem marszałka Piłsudskiego musi sobie i żonie „strzelić pamiątkową fotkę” i wystawia dłoń robiąc z palców znak Victorii.

Czuję się tak, jakbym grał w jakimś absurdalnym filmie. Gdybym nie widział tego na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył, że to wszystko prawda. Jest teoria, która zakłada, że każdy z nas jest trochę niezrównoważony. Normalne jest to, co uznaje większość. Gdybyśmy wszyscy byli szaleńcami, to zdrowe jednostki zostałby uznane za obłąkane. Gdzie więc leży granica pomiędzy normalnością a szaleństwem? Randle McMurphy, grany przez Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem”, przekonał się, że owa linia odgradzająca jeden świat od drugiego jest bardzo cienka. Po 115. miesięcznicy smoleńskiej mam podobne wrażenie.

Facebook Comments