Przedzierał się przez zarośnięty dżunglą Poznań, unikając ataków zorganizowanych grup.

Stowarzyszenie Wędkarzy o mało nie wzięło go na haczyk. W oddali zobaczył kolejną ekipę, oświetlającą sobie drogę racami. Był na to przygotowany. Lornetka na podczerwień ukazała mu szczególny układ symboli na flagach przez nich niesionych. Z plecaka, spośród innych, wybrał niebiesko-biały szalik Lecha i tak bezpiecznie minął kiboli.

Dwa tygodnie później maszerował już skutymi lodem przedmieściami Warszawy. Pogoda, jak to po Wielkim Dup, wariowała. Od czasu do czasu drogę przecinał mu zalękniony przedstawiciel handlowy, z pustymi oczyma biegł przed siebie, dzierżąc wypłowiałe od słońca i podgniłe od wilgoci resztki ulotek reklamujących dilda lub nowe pasmo „TVP Tortury”. Nozdrza Łowcy falowały niczym zerwane bannery wyborcze jakiegoś głupkowatego gościa, przypominającego innego gościa, z pewnego starego, polskiego serialu o jeszcze innym, czterdziestoletnim gościu. Czuł swą ofiarę coraz wyraźniej. W końcu ją zobaczył: przycupnięta przy ognisku grzała zachłannie dłonie. Łowca cicho podszedł do ofiary.

– Pan Janusz Walczak? – zapytał.

Obcy spojrzał na pytającego z przestrachem i potakująco kiwnął głową. Drżał i czekał na najgorsze. Wiedział z kim ma do czynienia. To koniec; nie było już ucieczki. Na nic lata ukrywania się.

– Inspektor podatkowy Waldemar Kuśka, Urząd Skarbowy. Jest pan nam winien należność za abonament RTV za ostatnie 26 lat. Razem to będzie…

Facebook Comments