Strona główna Felietony Mario, Jarosława syn

Mario, Jarosława syn

341
fot. PAP
Z obecnym ministrem Mariuszem Kamińskim regularnie chadzaliśmy na początku lat 90. na pochody 1 Maja w Warszawie.

To znaczy ja szedłem w pochodzie albo obok, kiedy relacjonowałem dla mediów jego przebieg, a pan Mariusz wytrwale na pochód czekał. Zwykle przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego i zwykle nie sam.

Odkąd ścieżki naszych żywotów zbiegły się, pan minister jawił mi się jako lider. Przewodził grupom, ruchom, organizacjom. Zawsze wybijał się z przewodzonego stada, choć wzrost ma napoleoński, czyli prawie taki jak ja. Ale zawsze w czasie publicznej akcji bił z jego oblicza żar stuprocentowego zaangażowania. Zawsze był wtedy ze swym stadem, zawsze na pierwszej linii walki, dzieląc się ze swymi żołnierzami ostatnim jajem i papierosem.

Papierosy pali pan Mariusz od zawsze. Są one słabością tego herosa aktualnej narodowo-katolickiej prawicy. Wspólni znajomi twierdzą, że pan minister, od zawsze zwany pieszczotliwie „Mario”, mógłby wieść ascetyczny, nawet pustelniczy żywot. Nie musi delektować się wyszukanymi potrawami, obcować z kobietami, obwieszać się wypasionymi zegarkami i inną biżuterią męską. Przeżyłby bez telewizora. Ale bez zajarania dnia nawet.

Pierwszy waleczny

No i bez walki trudno mu. Już jako 16-latek zbezcześcił pomnik ku czci Armii Czerwonej. Za to trafił na rok do zakładu poprawczego. Nie poddał się resocjalizacji. Dwa lata później aresztowano go za rozróby w czasie prosolidarnościowych demonstracji, potem wyrzucono z liceum. Był wtedy członkiem Federacji Młodzieży Walczącej. Z „komuną”.

Jednak tamta „komuna” nie była tak strasznie totalitarna, jak to dzisiaj jego koledzy piszą. Pomimo wyroku i aresztów przyszły minister został przyjęty na prestiżowy Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Tam od razu zaangażował się w nielegalne Niezależne Zrzeszenie Studentów. Warto przypomnieć, że w ówczesnym NZS działało wielu późniejszych liderów politycznych i gwiazd medialnych. Grzegorz Schetyna, Marcin Meller, Piotr Skwieciński, Piotr Ciompa, Katarzyna Maria Piekarska. Zwykle byli dziećmi ówczesnych prominentnych inteligentów. Pan Mario Kamiński, chłopak z Sochaczewa, odbiegał od „warszawskich paniczyków”. Odziany w zieloną, amerykańską kurtkę wojskową i paczkę papierosów, imponował im nieustającą wolą walki. Nic dziwnego, że studia mu się nieco przedłużyły. Ale skończył je, pieczętując obroną pracy magisterskiej „Terroryzm w powstaniu styczniowym”. Potem już tylko atakował.

To on i jego drużyna jajomiotów wyczekiwali na warszawskim Krakowskim Przedmieściu na uczestników każdego pochodu 1 Maja. Kiedy pochód przechodził wzdłuż bramy uniwersyteckiej, dzielny pan Mariusz inicjował akcję. Przy wrzaskach „Precz z komuną”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, niezłomni młodzieńcy obrzucali emerytów z byłej PZPR kurzymi jajami. W legendach opowiadanych potem miały to być śmierdzące zbuki. Ale wyhodowanie zbuków wymaga czasu i cierpliwości. Tej ostatniej zwłaszcza brakowało wtedy panu Mariuszowi i jego Lidze Republikańskiej.

Dostawaliśmy tymi jajami regularnie, co przyniosło panu Mario mołojecką sławę. W pierwszej połowie lat 90. on i jego Liga Republikańska byli pupilkami postsolidarnościowych mediów. Byli tam patriotyczną młodzieżą, która goni tych okropnych komuchów.

Gwiazdy polskiego, niezależnego dziennikarstwa, broniące dziś Konstytucji, wtedy usprawiedliwiały stosowaną przez nich przemoc i łamanie prawa. Bo przecież była to przemoc jedynie wobec „komuchów”. Pan Temistokles Brodowski, ówczesny rzecznik prasowy Ligi Republikańskiej, dzisiaj rzecznik prasowy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, eksponował ich patriotyczne poświęcenie. Przecież w czasie majówki mogliby pojechać sobie na żaglówki, żalił się. Ale oni zamiast miłej rekreacji woleli tymi jajami walić w komunę.

Swe zdolności „jajeczne” aktywiści Ligi Republikańskiej wykorzystywali też w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej. Luźne grupy demonstrantów zmieniały się w sprawne, czasem bezwzględne bojówki. Napadano na wiece kandydującego Aleksandra Kwaśniewskiego. Nie oszczędzano jego małżonki. Kwaśniewski wygrał mimo to, co wywołało zapewne nieśmiertelną nienawiść do niego u aktywistów Ligi.

Potem Liga i podobne jej organizacje radykalizowały swe środki. W 1997 r. ich krakowscy aktywiści napadli na zebranie Ruchu „NIE”. Najpierw obrzucili zebranych jajami, następnie odpalili świece dymne, potem uciekli, blokując drzwi. Chcieli zrobić nam komorę gazową. W tym samym czasie podobni im obrzucili pochód pierwszomajowy kamieniami, raniąc dotkliwie nestora polskiego ruchu socjalistycznego, profesora Krzysztofa Dunin-Wąsowicza. Sprawców w obu przypadkach nie złapano. W Krakowie zniknęły z komisariatu dowody przestępstwa. W Warszawie sprzyjająca prawicowym radykałom policja też nie śpieszyła się z działaniami.

Magister Mario i pan Mariusz

Osobiście poznałem pana Kamińskiego wiosną 1997 r. Byliśmy przesłuchiwani w telewizyjnym talk-show ultraprawicowej gaździny Zofii Bigosowej. Zapamiętałem ją jako wyjątkowo zakłamaną i egocentryczną osobę. Choć przed programem ustaliliśmy jego formę, to zawartej umowy nie dotrzymała. Co więcej, wszystko co ode mnie poufnie usłyszała, od razu wykorzystała przeciwko mnie na antenie. Inaczej zachowywała się wobec pana Mario. Była jego medialnym adwokatem. Udowadniała, że kierowane przeciwko niemu i jego Lidze zarzuty o stosowanie przemocy są bezzasadne i krzywdzące. A pan magister Mario z miną spowiadanego wzorowego ministranta potwierdzał rozgrzeszające go kłamstwa Bigosowej.

Potem jako posłowie pracowaliśmy w sejmowej Komisji Kultury i Środków Masowego Przekazu. Wtedy zauważyłem, że żyją w jego ciele dwie postacie. Sympatycznego, miękkiego chłopca Mario i nieobliczalnego, zapiekłego, złego czarnoksiężnika pana Mariusza.

Podczas sejmowej delegacji w Brukseli pan poseł i przyszły minister zrobił to, co zwykle parlamentarzyści podczas zagranicznych delegacji czynią. Upił się. Czerwonym winem zresztą. I wtedy wyszedł z niego ten sympatyczny Mario. Wraz z innym posłem SLD zaopiekowaliśmy się nim, doprowadziliśmy bezpiecznie do hotelu.

Następnego dnia znowu był panem Mariuszem. Zimnym, oschłym. Kiedyś inny sztandarowo antykomunistyczny parlamentarzysta wyznał mi, że politycy prawicy mieli wielki kompleks wobec koleżeństwa z SLD i PSL. Uważali, że „stare komuchy” mają niezwykle mocne głowy do alkoholu, zwłaszcza gorzały. A prawica upijała się już po pierwszej flaszce. Plotkowano nawet o cudownych pigułkach Oleksego, które miał dostawać z tajnych laboratoriów KGB. To frustrowało polskich prawicowców, wzbudzało fundamentalną nienawiść do „komuny”.

Pan poseł Mariusz antykomunizm wchłonął jeszcze w Sochaczewie. Ale z biegiem lat ów antykomunizm przefermentował mu się w bezwzględną walkę ze wszystkimi aktualnymi wrogami, przeciwnikami nawet.

W 2006 r. Sejm głosami wszystkich prawicowych partii powołał Centralne Biuro Antykorupcyjne. Wiedząc, że ówczesny premier Jarosław Kaczyński na szefa powoła znanego im wszystkim Mariusza Kamińskiego. Prawica zaakceptowała go, bo widziała w nim bat na właśnie odsuniętą od władzy lewicę.

Lata minęły. Lewica rozpierzchła się. Nie było już w kogo walić. Wtedy pan Mariusz stał się „batmanem” pana prezesa Kaczyńskiego. Do walenia w „POstkomunę”. Wtedy środowisko Platformy Obywatelskiej poczuło to, przed czym już w 2006 r. przestrzegaliśmy. Bezwzględność pana Mariusza. Obecnego ministra wszystkich policji.

PS. Pan Mario Kamiński jeszcze niedawno deklarował się jako ateista. Był jedynym zdeklarowanym ateistą w ścisłym kierownictwie PiS. Podobno po ułaskawieniu go przez prezydenta Dudę doznał też „łaski wiary”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułZamęt
Następny artykułNür fur hetero
Piotr Gadzinowski
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).