Chcą rządzić Polską i, niestety, może im się to udać. Tymczasem w dalszym ciągu traktowani są jak jednorazowy wybryk wyborczy, który tylko przypadkiem dostał się do Sejmu. Niesłusznie. Konfederacja, bo o niej mowa, to ugrupowanie, które doskonale wie, czego chce i nawet po trupach swoich sympatyków prze do celu, jakim jest władza.

Rządzący największymi mediami w Polsce albo doskonale zdają sobie sprawę, jak wielki potencjał tkwi w przekazie konfederatów, albo mają ich za kompletnych idiotów. Stawiam na to drugie, bo tylko tak można wytłumaczyć, dlaczego telewizje nie pokazują nawet krótkich migawek z konwencji prawyborczych Brauna, Bosaka, Korwin-Mikkego i ich skrajnie prawicowych kolegów, lub – pokazując je – traktują kampanię prezydencką Konfederacji jako ciekawostkę z pogranicza science fiction. Media głównego nurtu wolą do wyrzygania skupiać się na śmiesznym Dudzie, nudnej Kidawie-Błońskiej, irytującym Biedroniu czy zagubionym Kosiniaku-Kamyszu. Na krótką metę ma to sens. Na dłuższą – jest gigantycznym błędem.

To, co mają do zaoferowania konfederaci trafia na podatny grunt, a ich przekaz jest jak kula narodowo-radykalnego błota, która z dnia na dzień skutecznie oblepia coraz większą liczbę wkurzonych na wszystko Polaków. Przewagą konfederatów nad innymi pretendentami do najważniejszego urzędu w kraju jest także liczba kandydatów na kandydata na prezydenta. To dziewięć osób, całkowicie od siebie różnych i niekiedy głoszących poglądy sprzeczne. Ale kto będzie o tym pamiętał w maju, przy urnie wyborczej, kiedy będziemy wybierać głowę państwa? Wówczas ten różnorodny dziś chór konfederatów zleje się w jeden silny głos totalnego kontestatora obecnego porządku. To może wybebeszyć, nie od pociągnięcia skalpela, a raczej machnięcia tępą siekierą, dotychczasowy układ sił politycznych w naszym kraju, a już na pewno zmieni jego chorą i skostniałą od lat strukturę. Skąd takie wnioski? Wystarczyło wybrać się na spotkanie prawyborcze Konfederacji w Krakowie.

Cierpliwi

Przed jednym z hoteli tuż obok Centrum Kongresowego stoi grupka młodych ludzi ubranych w ciemne garnitury i pospiesznie gasi łapczywie palone papierosy. Skąd u nich taka nerwowość? Wszystko wyjaśnia się za moment. Najważniejsze, że krakowskie spotkanie konfederatów zorganizowano w reprezentacyjnym przecież miejscu, a nie jak przed wyborami parlamentarnymi w obskurnej ciasnej klitce na ostatnim piętrze zdewastowanej kamienicy obok placu Inwalidów. Wchodząc na pierwsze piętro eleganckiego hotelu rozumiem, dlaczego ludzie są spoceni i podnieceni. Do rozpoczęcia prawyborów pozostało pół godziny, a w ogromnym holu widzę nieprzebrany tłum, który tak jak ja wpłacił 30 zł darowizny i teraz chce zagłosować w prawyborach na swojego kandydata. By tak się stało, każdy elektor musi tylko potwierdzić swoje przybycie, otrzymać specjalną niebieską opaskę na rękę, uprawniającą do głosowania, i różową kartę wyborczą.

Łatwo powiedzieć! Wokół mnie ponad tysiąc osób, które – co w tej sytuacji jest niesamowite – karnie czekają w dwóch zaledwie kolejkach do rejestracji. Wejść do dużej sali konferencyjnej, gdzie odbędzie się spotkanie, strzegą ochroniarze. Wpuszczają tylko osoby z opaskami na nadgarstku. W niekończącym się ogonku staję więc i ja. Jest cały przekrój, ale tej… lepszej części naszego społeczeństwa. Dominują ludzie wykształceni, młodzi, dobrze ubrani. Są matki i ojcowie z malutkimi dziećmi na rękach, całe rodziny, drobni biznesmeni, studenci. Jest mnóstwo młodych, ładnych dwudziestokilkulatek i bardzo duża grupa dumnych z siebie emerytów. Nie widać, jak na spotkaniach PiS, maniaków w odzieży patriotycznej, lekko nienormalnych i zagubionych jednostek w krzyżami w dłoniach czy obrazkami świętych oraz wszelkiej maści obwiesi szukających darmowego żarcia. Bałagan jest gigantyczny, ale nikomu to nie przeszkadza. Ludzie w kolejce rozmawiają przede wszystkim o tym, że PiS jest do dupy, bo ich oszukał nakładając coraz to nowe podatki, że Duda to wielka popierdółka, a nie prezydent, oraz że czas prezesa Kaczyńskiego wraz z premierem Morawieckim się już skończył. Generalnie słyszę, że sympatycy Konfederacji mają dość obecnej władzy i (gdy wygrają) wywiozą wszystkich na taczkach na śmietnik historii. Ubrane jest to w ostre, acz logiczne sformułowania i zdania niejednokrotnie złożone.

Zdeterminowani

Równo o godzinie 11 rozpoczynają się przemówienia kandydatów na kandydata na prezydenta z ramienia Konfederacji. Nikt nie zawraca sobie głowy, że kilkaset osób (w tym ja) nie zdążyło się jeszcze zarejestrować i wejść na salę. Co ciekawe, oczekujący nikogo z organizatorów nie popędzają, nie robią awantur, nie rzucają przekleństwami. Elektorzy zachowują się jak nie-Polacy, stoją karnie i czekają na swoją kolej.

Tymczasem od kilkunastu minut zza ściany słychać przemawiającego Grzegorza Brauna, później Krzysztofa Tołwińskiego. Wystąpienia przerywane są gromkimi brawami. Co mówią?
– To nieważne. I tak zagłosuję na naszego kandydata, bo na PiS i Dudzie się zawiodłem, a jestem konserwatystą z krwi i kości – opowiada stojący przede mną łysy mężczyzna w średnim wieku, który na prawybory przyprowadził swoją prześliczną „prawicową” córkę, a ta w prosty sposób tłumaczy kolejkowiczom prosty jak budowa cepa schemat przygotowań Konfederacji do wyborów prezydenckich.
– Płacimy 30 zł za prawo do głosowania. Oprócz tego przy rejestracji podajemy swoje imię, nazwisko, PESEL, numer telefonu i adres mailowy. Stąd są później pieniądze na kolejne spotkania wyborcze. Przy okazji konfederaci budują bazę potencjalnych członków swojej partii. Wszyscy się na to godzimy, bo nie chcemy już żyć w państwie PiS, ani w państwie Platformy czy Lewicy. Oni już rządzili. Konfederacja to świeżość w naszej polityce. A, że kandydaci tak się zachowują i rozpoczęli bez nas? No cóż, taki mają styl – rzekła spokojnie filigranowa blondynka, której nie podejrzewałbym o skrajnie prawicowe odchylenie.

Konkretni

Gdy już wreszcie dostaję się do sali obrad, nie mogę wyjść z podziwu, jak metodycznie i sprawnie indoktrynują wyborców poszczególni kandydaci. Na ścianie nie ma krzyża, nie pada ani jedno słowo o Bogu, wierze, Kościele katolickim, innych religiach czy uchodźcach. Tylko raz Janusz Korwin-Mikke stwierdza, że LGBT jest złem, a zmiany klimatu to bzdura. Krzysztof Bosak mówi dużo o tym, jak głos partii jest ohydnie marginalizowany w Sejmie przez marszałek Elżbietę Witek. Konrad Berkowicz przeklina nasz sojusz z USA. Artur Dziambor punktuje absurdy prawa podatkowego dla małych i średnich przedsiębiorców, a Jacek Wilk krytykuje system wyborczy. Wszystkie wypowiedzi są przemyślane i kierowane do konkretnych zawodów i grup społecznych.

Choć wszystko od strony organizacyjnej wygląda nieporadnie i amatorsko, w niczym nie przypomina nadętych wieców wyborczych Prawa i Sprawiedliwości czy sztywnych czytanek z promptera Platformy Obywatelskiej. Niestety, jest naturalnie i swojsko. Elektorat to lubi i daje się wciągnąć w tę grę, która ma niewiele wspólnego z prawdziwymi celami politycznymi i wartościami, którym narodowcy są wierni.
Mówią dokładnie to, co ludzie zawiedzeni rządami PiS chcą usłyszeć. Największe zdziwienie jest zakończenie. Po tradycyjnych „selfiaczkach” i uściskach dłoni zdecydowana większość elektorów idzie po prostu do domu, nie czekając na wyniki krakowskich prawyborów. Na wyniki nie czekają także sami zainteresowani. Po prostu kandydaci na prezydenta Polski wsiadają do swoich samochodów i jadą na kolejne prawybory, tym razem do Katowic.

Prawdziwa polska prawica, która rośnie w siłę, wie już na kogo zagłosuje w wyborach prezydenckich. Zagłosuje na „swojego”.

Facebook Comments