Marsz konfederatów

Chcą rządzić Polską i, niestety, może im się to udać. Tymczasem w dalszym ciągu traktowani są jak jednorazowy wybryk wyborczy, który tylko przypadkiem dostał się do Sejmu. Niesłusznie. Konfederacja, bo o niej mowa, to ugrupowanie, które doskonale wie, czego chce i nawet po trupach swoich sympatyków prze do celu, jakim jest władza.

(…) To, co mają do zaoferowania konfederaci trafia na podatny grunt, a ich przekaz jest jak kula narodowo-radykalnego błota, która z dnia na dzień skutecznie oblepia coraz większą liczbę wkurzonych na wszystko Polaków. Przewagą konfederatów nad innymi pretendentami do najważniejszego urzędu w kraju jest także liczba kandydatów na kandydata na prezydenta. To dziewięć osób, całkowicie od siebie różnych i niekiedy głoszących poglądy sprzeczne. Ale kto będzie o tym pamiętał w maju, przy urnie wyborczej, kiedy będziemy wybierać głowę państwa? Wówczas ten różnorodny dziś chór konfederatów zleje się w jeden silny głos totalnego kontestatora obecnego porządku. To może wybebeszyć, nie od pociągnięcia skalpela, a raczej machnięcia tępą siekierą, dotychczasowy układ sił politycznych w naszym kraju, a już na pewno zmieni jego chorą i skostniałą od lat strukturę. Skąd takie wnioski? Wystarczyło wybrać się na spotkanie prawyborcze Konfederacji w Krakowie.
Przed jednym z hoteli tuż obok Centrum Kongresowego stoi grupka młodych ludzi ubranych w ciemne garnitury i pospiesznie gasi łapczywie palone papierosy. Skąd u nich taka nerwowość? Wszystko wyjaśnia się za moment. Najważniejsze, że krakowskie spotkanie konfederatów zorganizowano w reprezentacyjnym przecież miejscu, a nie jak przed wyborami parlamentarnymi w obskurnej ciasnej klitce na ostatnim piętrze zdewastowanej kamienicy obok placu Inwalidów. Wchodząc na pierwsze piętro eleganckiego hotelu rozumiem, dlaczego ludzie są spoceni i podnieceni. Do rozpoczęcia prawyborów pozostało pół godziny, a w ogromnym holu widzę nieprzebrany tłum, który tak jak ja wpłacił 30 złotych darowizny i teraz chce zagłosować w prawyborach na swojego kandydata. By tak się stało, każdy elektor musi tylko potwierdzić swoje przybycie, otrzymać specjalną niebieską opaskę na rękę, uprawniającą do głosowania, i różową kartę wyborczą.
Łatwo powiedzieć! Wokół mnie ponad tysiąc osób, które – co w tej sytuacji jest niesamowite – karnie czekają w dwóch zaledwie kolejkach do rejestracji. Wejść do dużej sali konferencyjnej, gdzie odbędzie się spotkanie, strzegą ochroniarze. Wpuszczają tylko osoby z opaskami na nadgarstku. W niekończącym się ogonku staję więc i ja.
Autor Artur Kulikowski
Więcej efaktyimity.eu

Artykuł pochodzi z numeru 2/2020 tygodnika Fakty i Mity