„Uwaga – ze względu na reorganizację zasad programu Mieszkanie Plus lista i zasady inwestycji może być nieaktualna. Pracujemy nad jej poprawieniem. Prosimy o cierpliwość i wyrozumiałość”.

Taka treść widnieje na oficjalnej internetowej stronie Mieszkanieplus.org.pl. I w zasadzie na tym tekst o sztandarowym projekcie obozu „dobrej zmiany” można by zakończyć. „Mieszkania plus” nie było, nie ma i nie będzie. Jest za to, jak w powyższym cytacie, masa błędów.

Nie było

W czerwcu 2016 r. premier Szydło objawia program „Mieszkanie plus”. Mieszkanie miało być państwowe – na wynajem, ale z możliwością wykupienia go po iluś tam latach użytkowania. Założono też, że cena budowy takich mieszkań, dzięki wniesionym przez państwo gruntom, nie będzie wyższa niż 3,5 tys. zł za mkw., natomiast za czynsz będziemy płacili 10–20 zł z metra.
Nie było to nic nowego, bo kilka lat wcześniej na to, że państwo może budować mieszkania i wynajmować je o 20–30 proc. taniej niż wycenia to rynek, wpadł już Tusk. Doprowadził do tego, że w Banku Gospodarki Krajowej powstała spółka i nawet wybudowała trochę mieszkań (m.in. w Gdyni i w Piasecznie). Ale czynsz płacony za te lokale był około 10 proc. wyższy niż za podobny metraż w danej okolicy. Tusk w walce o tańsze mieszkania na wynajem poległ. PiS przez resztę 2016 r. rozpisywało program, aby w styczniu 2017 r. Beata Szydło mogła w Katowicach wyjęczeć: „Wreszcie polskie rodziny będą mogły mieć pewność, że stać je będzie na posiadanie własnego, taniego mieszkania i że każda polska rodzina będzie miała szansę, żeby stać się właścicielem takiego mieszkania. Żeby młodzi ludzie mogli bezpiecznie planować przyszłość”.
Napisano odpowiednie ustawy i powołano spółkę. Nosiła nazwę BGK Nieruchomości. Tanie mieszkania mieli robić ludzie, którym za Tuska się to nie udało.
– Program „Mieszkanie plus” zwraca Polakom wolność i normalne życie – mógł mówić parę miesięcy później prezes Kaczyński w Białej Podlaskiej, wbijając łopatę w ziemię.
Media były pełne informacji o tym, jak naród ekscytuje się projektem i ile to już samorządów złożyło akces do programu, a miasteczka składały je masowo. Im jakieś było mniejsze, tym bardziej. Widać burmistrzowie nie zauważyli, że to nie mają być mieszkania komunalne, ale takie, za które lokator będzie musiał płacić. I to mniej więcej tyle samo co za wynajmowanie w tych miejscowościach lokali na wolnym rynku.
Cztery kilometry od Jarocina wybudowano pierwsze bloki. Zupełnie w polu, i to takim, z którego podczas deszczu woda lubiła spływać do położonych na najniższych kondygnacjach apartamentów. Takich 35- i 55-metrowych apartamentów. Aby się na nie załapać, należało zarabiać rodzinnie nie mniej niż 3 tys. zł. Czynsz wraz z opłatami za 55 mkw. w szczerym polu wynosił 1,3 tys. zł miesięcznie. Za mniejszą kwotę można było wynająć większe mieszkanie w centrum Jarocina; i to z ogródkiem. Budową jarocińską zajmował się nie BGK czy któryś z ministrów, ale miejscowy TBS – twór wymyślony w latach 90., po to żeby budować tanio i prospołecznie. Twór, o którym prokuratorzy wiedzą, że jest siedliskiem przekrętów na styku prywatno-publicznym, ale z racji pokręconego prawa nie mają tego jak ugryźć. Jarociński samorząd i TBS budowę bloków planowały od lat. Miały plany, wykonawców i grunt. Dlatego rządowy program dał im tylko na to kasę. Rząd wszedł na gotowe.

Nie ma

Lokatorzy „Mieszkania plus” z Jarocina i tak mieli wiele szczęścia. Mogli, tak jak ci, którzy załapali się na „Mieszkanie plus” z Białej Podlaskiej, wejść do lokalu, w którym oprócz ścian nie było nic, a przecież – wedle obietnic – apartament miał być w pełni wyposażony. Stąd na Podlasiu osoby, które musiały własnym sumptem kupować wanny, kuchenki, sprzęt AGD i nawet kłaść podłogi, tudzież organizować drzwi i futryny, były złe, bo nikt im za to nie chciał zwrócić ani złotówki, a czynsz płacić muszą. Wynosi on 13,75 zł za mkw. i jeszcze 2,50 zł za administrowanie budynkiem. Więc jak ktoś ma hawirę 50-metrową, to co miesiąc wydaje za najem 812 zł plus media. Warszawiakowi wynajmującemu kawalerkę w Śródmieściu może wydawać się, że to niedużo, ale w centrum Białej Podlaskiej bez problemu wynajmie się taki lokal za 700–800 zł.
Ani w Jarocinie, ani na Podlasiu nikt nie zaproponował lokatorom dochodzenia do własności mieszkań. Mają umowy na 15 lat, a jak nie będą płacić czynszu, to dzięki specjalnej ustawie nie będą chronieni prawem, tylko wylecą na zbity pysk.
Gdy „Mieszkanie plus” startowało, Mateusz Morawiecki był wicepremierem. Nie przeszkadzało mu to jednak opowiadać, że ma na 2017 r. odłożone na ten program 5 mld zł. Oprócz tego rząd miał ustawę o Krajowym Zasobie Nieruchomości, dzięki której tanie lokale na wynajem mogły stać na ziemi za darmo.
Zapowiedzi budowania tam, gdzie głód mieszkaniowy jest największy i gdzie ludzi naprawdę na wynajem stać, pozostają zapowiedziami. Tak jest na Klinach w Krakowie i tak jest pod Warszawą w okolicach wsi Jeziorki – miejscu, z którego do centrum stolicy da się dojechać tylko pociągiem. Co i tak będzie jedynym sposobem podróżowania do miasta, gdyż plany osiedla zakładają, że ma być ekologicznie, czyli po jednym miejscu parkingowym na… dwa mieszkania.
Budowy ślimaczą się, ponieważ nie ma głupich, by startować w przetargach przy cenach wymyślonych przez urzędników. Deweloperów nie interesuje budowanie za 3,5 tys. zł za mkw. Wiedzą, że koszty budowy to nie tylko koszt projektu, materiałów, robocizny i transportu. Dojdą olbrzymie koszty uzyskiwania zgód, pozwoleń, odbiorów i dociągania infrastruktury. Czyli finansowania czegoś, co w obietnicach rządu miało być zagwarantowane przez państwo.

Nie będzie

O tym, że tanie mieszkania to rządowy kit, samorządowcy mogli się przekonać już kilka miesięcy po zgłoszeniu akcesu do programu. Dostawali wtedy takie odmowy jak Jarosław. Pisano im, że „Mieszkania plus” u nich nie będzie, bo czynsze w okolicy są za niskie. To pokazuje, w co wyewoluował projekt dla mas – w komercję. Tak samo jak wcześniej projekt Tuska.
Dla każdego umiejącego liczyć to wszystko jest bez sensu. Ceny robocizny i materiałów budowlanych w całym kraju są mniej więcej takie same. Jedynie cena gruntu powoduje, że nowe mieszkania w Warszawie są trzy razy droższe niż w Zbąszyniu. Jeśli zatem działki byłyby za darmo, to koszt takiego samego bloku w Krakowie i w Wieluniu powinien być taki sam lub bardzo podobny. Dalej, skoro w programie jest mowa o setkach tysięcy mieszkań, to przy takim hurcie i długoterminowości umów wszyscy poschodziliby z cen; od piaskarzy i cementowni, przez huty, po budowlańców i deweloperów. W tym przypadku tak się nie dzieje. Dlaczego? Bo nikt nie spróbował rozmawiać na ten temat z największymi na rynku. Drobni urzędnicy załatwiają więc coś z jeszcze drobniejszymi deweloperami, którzy chcą się na tym maksymalnie obłowić.
Dziesiątki osób w BGK Nieruchomości też wolało markować robotę niż coś robić. Niezła kasa i tak do nich płynęła, tak samo jak do biur pełnomocników ds. programu „Mieszkanie plus” przy każdym wojewodzie. Na dodatek okazało się, że w budżecie nie ma obiecanych na budowanie miliardów. W październiku ubiegłego roku pojawił się kuriozalny komunikat, że Bank Gospodarstwa Krajowego sprzedał 100 proc. akcji spółki zależnej BGK Nieruchomości. Nabywcą jest Polski Fundusz Rozwoju (PFR). Strony nie ujawniły wartości transakcji. I jedni, i drudzy należą w 100 proc. do państwa. O co zatem chodzi?
Pod koniec listopada ukazały się wyniki audytu programu „Mieszkanie plus”, stanowiące de facto epitafium dla taniego budowania w Polsce. Ale okazuje się, że samorządowcy zapisani do programu jeszcze weń wierzą. Z wyjątkiem tych umiejących czytać. Prezydent Stargardu oficjalnie wypisał się z programu. Gdy zobaczył audyt i przejrzał pocztę od PFR, skonstatował, że lokatorzy mieliby płacić ponad 17 zł czynszu za mkw. Skrobnął zatem do PFR Nieruchomości pismo, że nie sądzi „by rynek stargardzki wchłonął mieszkania o takich czynszach. Na Mieszkania Plus za taką cenę zapotrzebowania by nie było”. Potem zrobił to, co powinni zrobić wszyscy – zapomniał o rządowym
programie „Mieszkanie plus”.

Facebook Comments