Matka zabija dziecko! Każda tego typu informacja jeży włos na głowie. To przestępstwo przeciw naturze, tak niezgodne z panującym obecnie sielskim obrazem macierzyństwa. Kwalifikacje prawne tych czynów bywają różne, zawsze jednak budzą społeczne oburzenie.

„Zaraz cię zamorduję, jeśli tego nie zrobisz” – takie słowa padają na co dzień. Nie zdajemy sobie sprawy z ich wagi. W mieszkaniu przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi kilka dni temu doszło do tragedii. Podczas awantury domowej matka zaatakowała córkę nożem. Policja ustaliła, że poszło o porządki. 47-letnia kobieta piła alkohol razem ze znajomym. Gdy mężczyzna wyszedł, kazała 19-letniej córce posprzątać mieszkanie. Dziewczyna odmówiła, wtedy matka zaczęła ją okładać pięściami. Potem chwyciła nóż myśliwski i wbiła go córce w plecy.
19-latka uciekła przez okno na ulicę. Przechodzień wezwał karetkę. W szpitalu okazało się, że dziewczyna doznała poważnych obrażeń w obrębie klatki piersiowej. Jej matkę zatrzymano. Podczas przesłuchania twierdziła, że nie jest niczemu winna, bo córka ją sprowokowała swoim aroganckim zachowaniem i z niechęcią wywiązywała się z domowych obowiązków.

Zwłoki w piecu

13 grudnia ubiegłego roku Polskę obiegła makabryczna informacja. W Ciecierzynie pod Byczyną w woj. opolskim policja znalazła zwłoki jednego noworodka. Potem natrafiono na szczątki trojga innych dzieci w różnym stopniu rozkładu.
27-letnia Aleksandra J. przyznała się do zamordowania swoich dzieci tuż po tym, jak się urodziły. Kobieta twierdzi, że robiła to pod wpływem konkubenta, starszego od niej o dziewięć lat Dawida W. Oboje zostali zatrzymani. Dawid W. usłyszał zarzuty pomocnictwa w zabójstwach czterech noworodków. Wiadomo, że do dzieciobójstwa dochodziło w latach 2013–2018. Jak to zwykle bywa, sąsiedzi są zszokowani, nie spodziewali się, że coś takiego działo się pod ich bokiem.
30 listopada ubiegłego roku Aleksandra J. urodziła dziewczynkę. Dziecko włożyła do reklamówki, żeby się udusiło, a zwłoki schowała w nieużywanym piecu. Tam też policjanci znaleźli szczątki dwóch urodzonych wcześniej noworodków. Zwłoki czwartego dziecka były zakopane w ziemi na terenie posesji w Ciecierzynie. Jak zeznała ich matka, wszystkie udusiła w reklamówce.
Sprawa wyszła na jaw, bo szefowa Ośrodka Pomocy Społecznej w Byczynie nabrała podejrzeń, że Aleksandra J. urodziła dziecko. Wysłała do niej pracowników socjalnych. Kobieta twierdziła, że teraz nie ma brzucha, bo się intensywnie odchudzała. Pracownicy socjalni wezwali jednak policję.

Napiętnowane

Prof. Krystyna Marzec-Holka, autorka książki „Dzieciobójstwo: przestępstwo uprzywilejowane czy zbrodnia”, twierdzi, że większość dzieciobójczyń bardzo żałuje tego, co zrobiła. Zastanawiają się, dlaczego nie szukały pomocy. Profesor podkreśla, że duża część kobiet z tej grupy nie przygotowuje się na przyjście dziecka, nie chodzi do lekarza, nie szykuje wyprawki. Ukrywają też rosnący brzuch. Zwykle są ze swoim niechcianym przyszłym macierzyństwem same.
Ze statystyk wynika, że w polskich więzieniach wyroki za dzieciobójstwo odsiaduje około 400 kobiet. Mają za kratami trudne życie, bo więźniarki nie tolerują osób, które krzywdzą dzieci. Starają się więc ukrywać, za co siedzą.
– Opowiadają, że za kradzieże, malwersacje albo zabicie konkubenta. Potrafią latami żyć w kłamstwie. Z czasem niektórym udaje się stworzyć alternatywną rzeczywistość. Wymyślają wszystko, łącznie z życiorysem – opowiadała w jednym z wywiadów Katarzyna Bonda, która napisała reportażową książkę pt. „Polskie morderczynie”.

Dzieci w beczce po kapuście

20 sierpnia 2003 r. w Czerniejowie koło Lublina na terenie gospodarstwa należącego do rodziny K. znaleziono zwłoki pięciorga noworodków. Były ukryte w beczce po kiszonej kapuście, która stała w piwnicy. Szczątki rodzeństwa zobaczyły ośmio- i dwunastoletnia córki państwa K. Babcia kazała im wylać śmierdzącą zawartość beczki na pole. Dziewczynki przetoczyły ją na ściernisko, a gdy zaczęły opróżniać, wypadły plastikowe torby z rozkładającymi się zwłokami noworodków. Zszokowane, zalane łzami dziewczynki pobiegły do domu i opowiedziały o wszystkim ojcu. Andrzej K. wezwał policję.
Lekarz medycyny sądowej stwierdził potem, że w beczce znajdowały się zwłoki czterech chłopców i dziewczynki. Każde z nich miało odciętą i podwiązaną pępowinę. Wszystkie zostały zamordowane.
We wsi szok. Sąsiedzi opowiadali dziennikarzom, że to była „taka normalna, spokojna rodzina”. Państwo K. wychowywali czwórkę dzieci, chodzili do kościoła, prowadzili sklep. Jolanta K. uchodziła za świetną matkę, a Andrzej K. za porządnego faceta.
Tymczasem Jolanta K. zniknęła. Rozesłano za nią listy gończe. Zatrzymano Andrzeja K., który twierdził, że nic o ciążach żony, ani tym bardziej o dzieciobójstwach, nie wiedział. Badania DNA wykazały, że państwo K. byli rodzicami zamordowanych noworodków. Jolantę K. zatrzymano miesiąc po odkryciu zwłok dzieci. Przyznała się do zbrodni. Opowiedziała, że dzieci rodziła w wannie wypełnionej wodą, topiła je, zwłoki owijała gazetami i chowała do domowej zamrażarki. Mówiła, że robiła to, bo bała się męża, który nie chciał kolejnych dzieci.
W śledztwie ustalono, że do zabójstw noworodków dochodziło w latach 1992–1998, gdy rodzina K. mieszkała w Lublinie. Zwłoki noworodków Jolanta K. przechowywała w mieszkaniu na dnie zamrażarki, pod żywnością. Kiedy latem 1999 r. rodzina K. przeniosła się do Czerniejowa, Jolanta zabrała też zamrożone ciała dzieci. Wiosną 2003 r. umieściła szczątki dzieci w beczce.
Odbyły się dwa procesy: w pierwszym Jolantę K. skazano na dożywocie, w drugim na 25 lat więzienia. Jej męża sąd dwukrotnie uniewinnił od zarzutów podżegania do zbrodni, bowiem uznano, że zeznania Jolanty K. o współudziale w zbrodniach są niewiarygodne. Wyrok w sprawie zabójstw pięciorga noworodków z Czerniejowa wywołał oburzenie. Protestowały m.in. organizacje kobiece, które wskazywały na to, że Jolanta K. nie miała pojęcia o antykoncepcji i doświadczała przemocy ze strony męża.

Tragedia w Hipolitowie

Hipolitowo, mała wieś w Podlaskiem, zaledwie kilkanaście domów, wszyscy się świetnie znają. Tu mieszkała Beata Z., która odsiaduje wyrok 25 lat więzienia za zabicie pięciorga noworodków. Gdy sprawa makabrycznych morderstw wyszła na jaw, sąsiedzi opowiadali dziennikarzom, że Beata Z. „była upasiona” jakieś osiem razy na przestrzeni lat 1998–2012, a wychowywała dwójkę dzieci, urodzonych w 2002 i 2005 r.
Kobietą opiekował się Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej z pobliskich Stawisk. W domu dochodziło do przemocy, wybuchały często awantury między Beatą Z. i jej konkubentem. Pracownicy socjalni zawiadomili policję w 2012 r., gdy nabrali podejrzeń, że kobieta była w ciąży i nie wiadomo, co się stało z dzieckiem. Potem doszło do makabrycznego odkrycia. Na terenie jej posesji znaleziono szczątki czworga dzieci – dwojga na strychu domu, jednego w piwnicy i jednego w stodole. Szczątków piątego dziecka, które – jak zeznała potem Beata Z., utopiła w stawie – nie udało się odnaleźć.
Kobietę ostatecznie skazano na 25 lat pozbawienia wolności. Oskarżona najpierw przyznała się do zabójstw, potem mówiła, że po prostu zostawiała dzieci tuż po urodzeniu, nic z nimi nie robiła i tak umierały. Twierdziła, że postępowała tak, bo bała się swojego konkubenta, który stanowczo nie chciał mieć dzieci. Także sprawą Beaty Z. interesowały się organizacje pozarządowe i wskazywały na brak pomocy, edukacji seksualnej, kolosalne zaniedbania ze strony opieki społecznej i znieczulicę wśród ludzi.

Mała Madzia

24 stycznia 2012 r. 22-letnia Katarzyna Waśniewska zgłosiła na policji w Sosnowcu, że zaginęła jej półroczna córka Magda. Twierdziła, że ktoś ją zaatakował i porwał dziecko z wózka. Płakała rzewnymi łzami i błagała o pomoc.
– Niech mi oddadzą Magdunię, przecież była naszą perełką – szlochała w mediach.
Madzi szukała cała Polska. Śledztwo wykazało potem, że kobieta zabiła córkę i wymyśliła porwanie, by uniknąć kary. Medialny spektakl z Katarzyną Waśniewską trwał wiele miesięcy. Kobieta zmieniała zeznania, kluczyła. Stała się kimś w rodzaju celebrytki. Młoda, ładna, lubiła występy przed kamerami, sesje fotograficzne za pieniądze tabloidów.
Przełom w śledztwie nastąpił, gdy detektyw Krzysztof Rutkowski nagrał rozmowę z Waśniewską, w której mu opowiedziała, że dziewczynka zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, wyśliznęła jej się z rąk i uderzyła głową o próg. Wtedy w panice postanowiła upozorować porwanie. Wskazała, gdzie są zwłoki dziecka. Biegli uznali, że Madzia zmarła na skutek gwałtownego uduszenia.
Katarzyna Waśniewska została skazana za zabójstwo swojej córki na 25 lat pozbawienia wolności. Sąd orzekł, że zabójstwo było skrupulatnie zaplanowane.

Bezimienny chłopczyk

Pod koniec marca 2010 r. policjanci z Cieszyna wyłowili ze stawu ciało chłopczyka, mniej więcej dwuletniego. Dziecko wyglądało na zadbane, było ładnie ubrane. Nikt nie szukał dwulatka, nikt nie zgłosił zaginięcia. Podobizny chłopca ukazały się w mediach w całym kraju, rodziców szukano m.in. w Czechach i Austrii. W końcu bezimiennego chłopczyka pochowano na cieszyńskim cmentarzu. Pogrzeb dziecka był cichą manifestacją, przyszły tłumy ludzi.
Po dwóch latach na policję w Będzinie zadzwoniła kobieta, która powiedziała, że w jej kamienicy mieszkał kiedyś mały chłopczyk, ale pewnego dnia zniknął. W końcu zatrzymano rodziców Szymona, bo tak miało na imię dziecko.
I znowu rodzina miała dobrą opinię wśród sąsiadów. Sprzątaczka Beata Ch. oraz kierowca Jarosław R. wychowywali trójkę dzieci, mieli wyremontowane mieszkanie. Szymek był najmłodszy, mieli jeszcze dwie córki. Potem okazało się, że Beata Ch. miała pięcioro innych dzieci, z innym partnerem, które były w placówkach opiekuńczych.
Szymek urodził się jako wcześniak. Nie był taki jak jego siostry. Rodzice się nad nim znęcali. Zmarł po tym, jak ojciec go pobił – zadawał ciosy w brzuch. Wcześniej dziecko marudziło, bo było chore. Potem Jarosław R. i Beata Ch. wrzucili ciało do cieszyńskiego stawu.
Nikt z sąsiadów przez dwa lata nie zainteresował się, co się stało z chłopczykiem. Co więcej, rodzice pobierali zasiłek na dziecko już po jego zaginięciu. Jak napisała w reportażowej książce „Był sobie chłopiec” Ewa Winnicka, policjanci, którzy zatrzymali rodziców Szymona, byli przerażeni obojętnością kobiety. Powtarzała: „To był nieszczęśliwy wypadek, bardzo mi przykro, ale chciałabym wrócić już do swoich dwóch córek”. Jarosław R. dostał wyrok 15 lat więzienia, a Beata Ch. 13 lat.

Dzieciobójstwo – podróż przez historię prawa

Według artykułu 149 kodeksu karnego, dzieciobójstwo to czyn, którego dopuszcza się „matka, która zabija dziecko w okresie porodu pod wpływem jego przebiegu”. Kara przewidziana w kodeksie to „od trzech miesięcy do lat pięciu”. Sprawcą może być tylko i wyłącznie matka – ta, która rodzi dziecko. Czym innym jest zabicie dziecka przez inną osobę – wtedy w grę wchodzi artykuł 148, który mówi już o zabójstwie – kary są różne w zależności od kwalifikacji czynu. Gdy jednak sąd uzna, że kobieta zabiła dziecko nie pod wpływem szoku, lub gdy – tak jak w sprawach z Hipolitowa czy Czerniejowa – zdarzało się to wielokrotnie, zapada surowy wyrok.
Pozbawienie życia dziecka – bez względu na prawną kwalifikację tego czynu – jest nieakceptowane. Gdy jednak przyjrzymy się historii, okaże się, że dopuszczano je i uznawano np. za element kontroli liczebności społeczeństwa. Ustalając prawo, kierowano się przede wszystkim szeroko rozumianym interesem grupy, w której miało obowiązywać. Starożytni Grecy, Rzymianie, Spartanie, plemiona słowiańskie i germańskie dopuszczały dzieciobójstwo, gdy okazywało się, że rodzina nie da rady wyżywić kolejnego potomka. Eliminowano też dzieci chore. W Grecji, w tym m.in. w Sparcie, zanim nadano dziecku imię, oglądano je i oceniano szanse na przeżycie. Jeśli grupa starszych obywateli uznawała, że będzie obciążeniem dla rodziców, dziecko musiało zginąć. W Kartaginie i Fenicji kapłani składali z dzieci ofiary bogom.
Wśród germańskich Fryzów panowało prawo, które pozwalało matce bezkarnie zabić nowo narodzone dziecko, zanim przyjęto je do społeczności, czyli gdy było jeszcze bezimienne. W Japonii przez wieki powszechnie akceptowane było dzieciobójstwo noworodków zdeformowanych, które zwane były mobikami. Trwało to do końca XIX w., gdy zaczęto tam reformować system prawny i przyjmować wzorce francuskie.
W Europie sytuacja prawna dzieciobójczyń zaczęła się zmieniać w średniowieczu. Pod wpływem chrześcijaństwa dzieciobójstwo uznano za zbrodnię, ponieważ dusza ludzka istnieje już od chwili poczęcia. Cesarz Konstantyn w IV w. n.e. wprowadził karę śmierci za to przestępstwo – skazaną zakopywano żywcem lub wbijano na pal.
Z biegiem czasu kary łagodniały. Wiązało się to m.in. z rozwojem nauk medycznych i psychologii. Na początku XIX w. zaczęto zwracać uwagę na różnicę, która zachodzi przy zabójstwie dziecka przez matkę w okresie porodu a morderstwem popełnianym później. W połowie XIX w. w kodeksach karnych wielu państw została wyodrębniona kategoria dzieciobójstwa, czynu z kategorii „delictum privilegatum” (łac. tł.: przestępstwo uprzywilejowane) i zmniejszano grożące za nie kary. Przyjmowano, że dzieciobójstwo należy tak traktować ze względu na szczególny stan psychiczny kobiety rodzącej. Niektóre kodyfikacje przewidywały sztywne ramy czasowe popełnienia przestępstwa dzieciobójstwa.
Na ziemiach polskich w czasie rozbiorów obowiązywały różne regulacje prawne, np. według rosyjskiego kodeksu z 1903 r. za dzieciobójstwo groziła kara więzienia od roku do sześciu lat, a według niemieckiego kodeksu karnego z 1871 r. od trzech do piętnastu lat.
W polskim kodeksie karnym z 1932 r. rozszerzono pojęcie dzieciobójstwa jako przestępstwa typu uprzywilejowanego na każdą kobietę zabijającą swe dziecko w okresie porodu i pod wpływem jego przebiegu, niezależnie od jej stanu cywilnego i skazywano sprawczynię na karę pozbawienia wolności stosunkowo łagodną – od sześciu miesięcy do pięciu lat.
Agnieszka Księżopolska-Breś opublikowała w 2011 r. książkę pt. „Odpowiedzialność karna za dzieciobójstwo w prawie polskim”. Przeanalizowała akta tego typu spraw, które polskie sądy rozpatrywały w latach 2002–2006. Okazało się, że polska dzieciobójczyni ma dwadzieścia kilka lat, jest niezamężna, słabo wykształcona i mieszka na wsi.

Raport o polskiej antykoncepcji

Dzieciobójstwo i niechciana ciąża. To skojarzenie stereotypowo krzywdzące, ale nieuniknione. Niechciane ciąże to skutek braku edukacji seksualnej i dostępu do antykoncepcji. Od kilku lat w Polsce jesteśmy świadkami regresu w tej dziedzinie. Lekcje wychowania seksualnego prowadzą katecheci, a część ginekologów korzysta z tzw. klauzuli sumienia i uchyla się od przepisywania środków antykoncepcyjnych.
Ukazał się właśnie Contraception Atlas 2019 – coroczny raport, przygotowany przez Europejskie Forum Parlamentarne. Wynika z niego, że spośród państw należących do Unii Europejskiej w Polsce jest najgorszy dostęp do antykoncepcji. Rok temu zajmowaliśmy trzecią pozycję od końca z wynikiem 42,7 proc., teraz spadliśmy na miejsce ostatnie – 31,5 proc.
Wyprzedzają nas m.in.: Rosja, Białoruś, Węgry, Gruzja, Andora, Bośnia i Hercegowina, Grecja i Bułgaria. Najlepszy dostęp do antykoncepcji (na poziomie 90,1 proc.) jest we Francji, tuż za nią są Belgia, Wielka Brytania, Holandia oraz Portugalia.
Z Contraception Atlas 2019 wynika, że 43 proc. ciąż w Europie jest nieplanowanych, a 69 proc. Europejek używa antykoncepcji. Jak w nim stwierdzono, konieczny jest rozwój edukacji seksualnej. Pisząc o Polsce, eksperci uznali: „Problem pogłębia się w związku z brakiem odpowiedniego finansowania służby zdrowia oraz szeroko rozpowszechnionej stygmatyzacji i nieprawdziwych informacji na temat metod zapobiegania ciąży”.
Tu warto przypomnieć, że w maju 2017 r. polski parlament przyjął rządowy projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do antykoncepcji awaryjnej, tzw. pigułki „dzień po”. Są sprzedawane wyłącznie na receptę. W styczniu 2015 r. Komisja Europejska zezwoliła na dopuszczenie do sprzedaży preparatu tego typu bez recepty na terenie całej Unii Europejskiej. Lek bez konsultacji ginekologicznej można było kupić w Polsce od kwietnia 2015 r.

Facebook Comments