Staliśmy się państwem morskim bez cywilizacji morskiej.

Wjechał konno, w asyście oficerów, na skraj zamarzniętej Zatoki Puckiej. Wrzucił do morza platynową obrączkę, dar Polaków z Gdańska. „W imieniu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej ja, generał broni Józef Haller, obejmuję w posiadanie ten nasz prastary Bałtyk słowiański”. Drugą, bliźniaczą, obrączkę pozostawił sobie na palcu. Nosił ją ponoć do końca życia.

Następnego dnia generał Haller, zajmując bez walk przyznane Polsce traktatem wersalskim Pomorze Gdańskie, przybył do Władysławowa. Stamtąd na kutrze „Stella Maris” wypłynął na otwarte morze. Wtedy, w lutym 1920 r., po raz pierwszy bandera odrodzonego państwa polskiego załopotała nad Morzem Bałtyckim. Tak to po serii uroczystości i symbolicznych zaślubin z morzem państwo polskie wracało nad Bałtyk. Gdzie wcześniej bywało incydentalnie i rzadko.

Na pewno morze to poznała córka Mieszka I, zwana u nas Świętosławą, pamiętana po szwedzku jako Sigrida, a po niemiecku Gunhilda. Była żoną Swena Widłobrodego i Eryka Zwycięskiego. Matką Haralda Svenssona i Kanuta Wielkiego. Królową szwedzką, duńską, norweską i angielską. Jej życie to wspaniały materiał na scenariusz filmowy. Zwłaszcza że, poza jej małżeńskimi zdobyczami, niewiele więcej o nim wiemy.

Jej ojciec Mieszko i inni pierwsi Piastowie mogli być spokrewnieni z ówczesnymi wikingami. Na pewno korzystali z ich usług, wojując z plemionami pomorskimi o dostęp do Bałtyku. Prawnuk Mieszka, bitny Bolesław Krzywousty, opanował tereny od wyspy Rugii aż po Gdańsk. Podczas jednej z wypraw, po złupieniu podgrodzia Kołobrzegu, jego woje odśpiewali dumną pieśń. Zapisaną w „Kronice polskiej” przez Anonima zwanego Gallem, upowszechnioną potem przez Czesława Niemena:

„Naszym przodkom wystarczały
ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy,
w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało,
jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza
ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim,
skryte w oceanie!”.

Przypływy i odpływy

Jednak po śmierci Krzywoustego żaden z Piastów nie odnosił sukcesów w swej ekspansji ku Bałtykowi. Z biegiem lat polskie wpływy w regionie nadmorskim kurczyły się. W 1308 r. Krzyżacy wykorzystali uwikłanego w inne wojny Władysława Łokietka i zdradziecko zajęli Gdańsk. Śmierć w 1377 r. księcia Kaźka Słupskiego, wnuka króla Kazimierza Wielkiego, pretendującego do polskiego tronu, zniechęciła polskie elity do pomorskich podbojów. A zawarte przez Kazimierza Wielkiego sojusze z Węgrami i późniejsze unie z Litwą skierowały ekspansję bogacącego się państwa polskiego na wschód.

Po co było wojować o dostęp do morza z silną Brandenburgią, zakonem krzyżackim, skoro polska Korona dostawała od Węgier i Litwy ocean ukraińskich ziem do zagospodarowania. Sięgający aż po wybrzeża Morza Czarnego. Tego morza Polacy też nie potrafili wykorzystać.

Pierwsza Rzeczpospolita, ta szlachecka, nie prowadziła polityki morskiej. Zdarzyło się, że król Kazimierz Jagiellończyk wydał w 1454 r. akt inkorporacji, czyli przyłączenia Gdańska do państwa polskiego. Faktycznie było to wypowiedzenie wojny zakonowi krzyżackiemu. Z inicjatywy i za pieniądze miast należących do państwa zakonnego. Pragnących przenieść się do państwa polskiego, bo tam podatki były mniejsze, a swobody obywatelskie większe. To za pieniądze mieszczan Elbląga i Gdańska w 1463 r. rozbili flotę krzyżacką na Zalewie Wiślanym walczący po polskiej stronie najemnicy. Podobnie było w 1627 r. pod Oliwą, kiedy wynajęci kaprowie pokonali blokującą Gdańsk flotę szwedzką.

Bo choć Pierwsza Rzeczpospolita miała terytorialnie imperialny wymiar, to imperialnej, czyli morskiej polityki nie prowadziła. Poza epizodycznymi przypadkami nie posiadała marynarki wojennej, handlowej, ani szkół morskich. Symbolem ówczesnej polityki morskiej może być budowany za czasów króla Zygmunta Augusta galeon pod dumną nazwą „Smok”. Nigdy nieukończony.

Nie miała też ówczesna Polska kultury morskiej. Szlachta nie żeglowała, obce jej było rybołówstwo. Nie mieliśmy literatury marynistycznej, szant ani polskich Turnerów czy Ajwazowskich.

Powodem takiego braku polskiej cywilizacji morskiej była ówczesna struktura społeczna. Władająca I RP szlachta, stanowiąca dziesięć procent ludności, zajmowała się przede wszystkim produkcją zboża dla całej Europy. Kultura sarmacka gloryfikowała zbożową monokulturę, życie na wsi i obowiązek obrony ojczyzny przez brać szlacheckich żołnierzy oraczy.

Chłopi byli ekonomicznymi niewolnikami, a zajmujące się handlem i rzemiosłem mieszczaństwo było przez szlachtę pogardzane. W miastach I RP dominowali mieszczanie innych narodowości. Niemcy, Ormianie, Czesi, potem Żydzi. Wielu z nich polonizowało się. Marzyło o przejściu w stan szlachecki. Stan w XV i XVI wiekach wykształcony, otwarty na cudzoziemskie wpływy, żywy kulturalnie. Niestety, XVII-wieczna kontrreformacja doprowadziła do powszechnego ograniczenia horyzontów umysłowych szlacheckiego stanu, a w XVIII wieku do powszechnego zgłupienia szlacheckiego narodu.

Choć w 1466 r. państwo polskie zyskało dostęp do Bałtyku, to jego obywatele niewiele z dostępu do morza korzystali. Rękę na eksporcie szlacheckiego zboża położyli gdańscy mieszczanie. Skutecznie konkurujący z Elblągiem i Królewcem. Gdańszczanie mieli z tego bogactwo i liczne przywileje. Władzę sądowniczą, prawo bicia własnej monety, zarządzania żeglugą. Ale też obowiązek obrony ówczesnego wybrzeża.

Szlachta bogaciła się, bo chłopi uprawiali zboże, Żydzi i Ormanie zajmowali się handlem i rzemiosłem, cudzoziemcy sprowadzali nowinki techniczne, krzewili też kulturę, a gdańscy mieszczanie prowadzili handel zagraniczny. Interes kręcił się, dopóki polskie produkty rolne osiągały atrakcyjne ceny.

Upojone bogactwem, skłócone politycznie szlacheckie elity przegapiły ówczesną europejską globalizację. Ekspansję kolonialną, rewolucję naukowo-techniczną. Odpuściły industrializację, tworzenie własnej floty handlowej i wojennej. Stało się tak pewnie dlatego, że Polska posiadała wielką wewnętrzną kolonię – Ukrainę, otrzymaną w efekcie unii lubelskiej. Włączoną w jej granice, choć Polacy nigdy tej Ukrainy własnymi rękami nie zdobyli, tylko dostali ją od zdobywców – Litwinów. I nigdy też Polacy nie potrafili tej Ukrainy sensownie zagospodarować.

Morze, nasze morze

Nie wszyscy też pamiętają, że I Rzeczpospolita miała również zamorskie kolonie. W 1468 r. genueńska Kaffa, dzisiaj miasto Teodozja na Krymie, sama oddała się w lenno Korony Polskiej. Ale ówcześni Polacy olali to piękne miejsce i szybko zajęli je Turcy. W 1652 r. lennem Rzeczypospolitej była Kurlandia, do której też formalnie należała wyspa Tobago na Karaibach.

Czy mnożący się ostatnio licznie „dumni polscy patrioci”, rozprawiający o reparacjach wojennych, wystąpią teraz z roszczeniami do kiedyś polskiej Teodozji i polsko–karaibskiej wyspy Tobago?

Polska wróciła w 1920 r. nad Bałtyk w efekcie międzynarodowych umów w Wersalu. Stała się państwem morskim bez wcześniejszego posiadania kultury i tradycji morskich. Własnej floty, szkół morskich, portów. Kurortów i hoteli. Nawet floty rybackiej wtedy Polacy nie mieli. Bo tym zajmowali się na Pomorzu Gdańskim Kaszubi.

O tym, jak dwie wojny światowe wypchnęły Polaków na morze, przeczytacie następnym razem.

Warto sobie o tym przypomnieć. Bo zaraza koronawirusa ustąpi w ciągu najbliższych miesięcy. Skończą się areszty domowe i inne kwarantanny. Zaczną się wakacje.

I wtedy naród polski znowu masowo ruszy nad swe ukochane „polskie morze”. Tak naprawdę spolonizowane dopiero od stu lat.

Facebook Comments
Poprzedni artykułSystem
Następny artykułProwincjałki (10)
Piotr Gadzinowski
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).