Kasia, kwiaciarka spod szóstki, poprosiła mnie, żebym zawiózł do kościoła kwiaty.
– Taka tradycja – tłumaczy, lecz teraz z nogą w gipsie nie daje rady. Niechętnie, lecz z wizją osobistego podziękowania w jej wykonaniu – zgodziłem się.
Wypakowany forsycjami podjechałem pod zakrystię. Kościelny Czesio wręczył mi kwitek i wskazał budynek za bożnicą. Dzwonek odegrał diskopolową wersję Ave Maria i w drzwiach ukazał się proboszcz o. Oktan, a raczej jego cień. Podkrążone oczy, ziemista cera i mdły oddech kipera politury sugerowały, że było pite.
– Czego? – zagadał przyjaźnie.
Wyjaśniłem. Oktan z aprobatą pokiwał głową i drżącą ręką wskazał korytarz na prawo. Zrozumiałem, że taszczenie roślinności kłóci się z majestatem sługi bożego. Po wyładowaniu towaru Oktan pojawił się znowu, w lepszej kondycji i ze świeżą wonią wysokooktanowego płynu, wydobywającą się z jego czerwonej gardzieli.
– Ludzie to hieny – zagadał. – Bez wstydu. Tylko żeby zaoszczędzić. Jedynie Kasia jeszcze zachowuje się jak trzeba.
Przy wyjeździe Czesio skasował mnie na dwie stówy za przedłużenie postoju bez powiadomienia. Oponowałem, lecz w końcu zapłaciłem, bo jego pomagierzy, leniwie oparci o sztachety, dawali do zrozumienia, że są znudzeni i chętni do zabawy. Gdy odjeżdżałem, usłyszałem jak zdegustowany peroruje im ze swadą: „Ludzie to hieny. Bez wstydu. Tylko aby zaoszczędzić!”.
Ciekawe motto ma ta instytucja.

Facebook Comments