Główne wydanie „Wiadomości” TVP zapędziło się w kozi róg. Robione przez pseudofachowców i wspomagane pseudoautorytetami jest po prostu beznadziejnie słabe merytorycznie.

Wystarczył tydzień szczegółowej obserwacji, by utwierdzić się w przekonaniu o słuszności powyższych wniosków. Analiza jest bolesna dla nadawcy, a oferta ciężkostrawna dla widzów. Grozi zaparciem u jednych lub rozwolnieniem u drugich. Tego się nie da przełknąć. Od samego patrzenia zbiera się na wymioty.

Abecadło wiadomości

Niepisaną zasadą każdego telewizyjnego serwisu informacyjnego jest, aby za wszelką cenę unikać sond ulicznych i wypowiedzi przypadkowych ludzi. Nic nie wnoszą do treści, a wprowadzają zamieszanie. Każda użyta w materiale tzw. setka (drobna forma telewizyjna, najczęściej wypowiedź – przyp. red.) ma być zwięzła. Najlepiej ostra. Oczywiście musi być powiedziana przez kogoś ważnego, koniecznie pod nazwiskiem. Powinna też być jak najbardziej aktualna. W końcu przekazujemy newsy dnia, a nie robimy tygodnik czy miesięcznik. Ponadto obowiązkiem dziennikarza jest przedstawienie opinii wszystkich stron, których omawiana sprawa dotyczy – materiał ma być jak najbardziej obiektywny. To widz powinien wyrobić sobie pogląd w sprawie, którą się zajmujemy.
Najważniejsze newsy podajemy zawsze na początku serwisu, aby przyciągnąć uwagę odbiorcy. Na końcu programu informacyjnego możemy dorzucić „michałka”, czyli materiał opisujący zdarzenie śmieszne, dziwne lub zaskakujące. Tak dla rozluźnienia. Później prowadzący mówi wszystkim „do widzenia” i zaprasza na prognozę pogody i sport. Koniec. Kropka. To proste i sprawdzone zasady, stosowane we wszystkich programach informacyjnych w całym demokratycznym świecie. Wszędzie, tylko nie w „Wiadomościach” TVP. Tu wszystko jest dokładnie na odwrót.

Obrzydliwa obserwacja

Od 25 listopada do 1 grudnia z dużym obrzydzeniem przełączałem telewizor o godzinie 19.30 na TVP1. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to liczba „nołbodów” czy „nołnejmów” (różnie się ich określa w różnych TV), czyli osób nieznanych, niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. W ciągu siedmiu dni do kamery wypowiedziało się aż 75 nieznanych nikomu przechodniów na ulicy. Nie wiadomo, kto i dlaczego przedstawiał swoje racje w tak ważnych sprawach, jak krwawe demonstracje w Paryżu, „Program 500+” czy podsumowywał trzy lata rządów PiS.
Ktoś powie „to dobrze”, przecież wypowiadają się zwykli ludzie, do których kierowany jest ten program. Wszystko prawda, tylko każdy, kto choć raz robił uliczną sondę wie, że to najbardziej prostacki sposób manipulacji przekazem, gdyż zawsze emitowane później wypowiedzi dobierane są pod założoną tezę. Ponadto głos ludu wykorzystuje się, gdy nie ma niczego innego, a materiał trzeba wypełnić „słowem”. W Polsce brakuje autorytetów? Nie. Są ich całe tabuny, ale „Wiadomości” korzystają tylko z lojalnych wobec władzy, zaufanych aparatczyków. Tych jest garstka. Oj, krótka ta kołdra prawicowych publicystów.

Autorytety

Przez siedem dni w „Wiadomościach” cztery razy wypowiadał się Michał Karnowski (podpisany jako dziennikarz „wPolityce”, innym razem jako autor „Do Rzeczy” lub po prostu jako publicysta). Cztery razy pojawiał się Artur Wróblewski z Uczelni Łazarskiego oraz dwukrotnie Adrian Stankowski z „Gazety Polskiej Codziennie”. Ponadto jako komentatorzy spraw wszelakich głos zabierali znani – zapewne najbliższej rodzinie i znajomym – dziennikarze radia „Wnet”, „Gościa Niedzielnego”, katolickiego tygodnika „Idziemy”, prawicowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich czy naukowcy z katolickiego Uniwersytetu Stefana Wyszyńskiego. Dziennikarze „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Polityki”, „Newsweeka”, „Przeglądu” czy „FiM” dla nadawcy opłacanego z abonamentu nie istnieją. Nadawcy, który ustawowo ma obowiązek realizować „misję nadawcy publicznego”.
A jak jest z obiektywnością „Wiadomości”? I tu nie wiadomo, czy lepiej się śmiać, czy płakać. 1 grudnia w ich głównym wydaniu nie pojawił się ani jeden przedstawiciel szeroko rozumianej opozycji. Ani jeden! Za to głosów miłościwie nam panujących było aż nadto, bo 11. Z wystąpieniami przedstawicieli opozycji to w ogóle ciekawa sprawa. „Totalna opozycja” dopuszczana jest do głosu tylko w kontekście afer, brudnych interesów i nieuprawnionej krytyki rządzących. Bardzo często przypominane są tylko archiwalne wypowiedzi polityków PO czy Nowoczesnej (15 w ciągu tygodnia) lub cytowane są ich wpisy w mediach społecznościowych. Nie dziwi więc zachowanie władz telewizji publicznej, która od sierpnia tego roku nie publikuje zestawienia czasu wystąpień przedstawicieli władz państwowych i partii politycznych. TVP jest do tego zobowiązana ustawą o KRRiTV. Już w sierpniu z danych opublikowanych przez TVP wynikało, że politycy PiS byli na antenie telewizyjnej Jedynki przez blisko półtorej godziny. Dla przykładu; wredni opozycjoniści z PSL wypowiadali się całe 47 sekund, a komuchy z SLD gadali o tym, jaki PiS jest zły aż 12 sekund. Jak wygląda to zestawienie w okresie od września do grudnia w telewizji, na którą idą nasze podatki? Nie wiadomo. TVP milczy w tej sprawie.

Informacje

Niespotykany na skalę światową jest także sposób dobierania najważniejszych informacji – „jedynek”. Gdy 14 listopada wszyscy zajmowali się aferą w Komisji Nadzoru Finansowego, „Wiadomości” podały ją dopiero jako czwartą w kolejności. W sposób całkowicie dyskwalifikujący z tego zawodu skomentował to szef programu Jarosław Olechowski, pisząc na Twitterze, że „widownia Wiadomości rośnie wraz z jego trwaniem”. To odkrycie na miarę nagrody Pulitzera – najbardziej prestiżowej nagrody w naszej branży.
Wróćmy do analizowanego tygodnia, pozostając przy owych „jedynkach”. W ciągu siedmiu dni „Wiadomości” rozpoczynały się od tematów po prostu rzucających na kolana. Raz była to informacja, że nasz skoczek narciarski Żyła stanął na podium Pucharu Świata. Innym razem, że Roksana Węgiel wygrała Eurowizję Junior – imprezę totalnie marginalną w świecie show-biznesu. Z innych pozycji najważniejszego programu informacyjnego TVP mogliśmy się dowiedzieć, że Bieszczady są piękne, Polska szykuje się do Bożego Narodzenia, a w zimie ludzie marzną. Niesłychanie odkrywcze tematy. Ludzie na pewno tak byli zaciekawieni tym co usłyszeli i zobaczyli, że bez wątpienia szaleli przed telewizorami.

Najlepsi!

Wszystko to przebił wspomniany już J. Olechowski, który 5 grudnia oznajmił triumfalnie wszem i wobec, że „Wiadomości” to najważniejszy i najchętniej oglądany program informacyjny w Polsce, gdyż w ciągu roku ich oglądalność wzrosła o ponad 90 tysięcy osób. W tym samym czasie „Fakty” TVN straciły prawie 100 tysięcy widzów.
Szef „Wiadomości” zapomniał tylko dodać, że „Fakty” oglądają dziś trzy miliony ludzi, a wymyślany przez niego program pseudoinformacyjny ogląda nieco ponad dwa miliony Polaków. Większość robi to zapewne z przyzwyczajenia lub tak jak ja: w celach badawczych, porównawczych albo po prostu dla jaj. Przy setce wódki i nóżkach w galarecie.

Tylko dla koneserów

Mam nieodparte wrażenie, że kierownik tej „informacyjnej kawiarni” jest jak kucharz z „Muppet Show”, który przygotowując potrawy gada coś w dziwnym języku. Ludzie – choć go nie rozumieją – oglądają co tam pitrasi, choćby po to, by zobaczyć co wysmaży za moment, by się pośmiać; nawet przez łzy. Patrzymy w ekran telewizora doskonale wiedząc, że to co jest nam serwowane nie ma kompletnie nic wspólnego z rzeczywistością. Jednak liczymy, że może ktoś przemyci słowo prawdy; nawet przez przypadek. Przecież tak samo było za komuny, gdy miliony ludzi oglądały nie wiedzieć czemu propagandowy „Dziennik Telewizyjny”. Wówczas też były same kłamstwa – z tą różnicą , że pięknie podane. Dziś to zwykła papka, która zaledwie imituje klasykę gatunku.
Sztandarowy program informacyjny TVP to po prostu przygotowany przez dyletantów i amatorów ohydny groch z kapustą, serwowany na odpustowym jarmarku przy prowincjonalnym kościele, a podawany odbiorcom w niedomytych słoikach po pyzach. Trzeba mieć bardzo „odwrotny” gust, by mówić, że to elegancko podane danie, które na dodatek komuś smakuje.

Facebook Comments