Wygodnie i przyjemnie jest uznać, że kaczysta Andrzej Sebastian Duda zawdzięcza prezydencką reelekcję taniejącej musztardzie oraz 500 i innym plusom, które jako symbol pisowskich rządów przykryły łamanie prawa, niszczenie demokracji, dewastację państwa, finansowe przekręty, koronawirusowe złodziejstwo, partyjniactwo, kolesiostwo, nepotyzm…

Jednak takie podejście, choć mile łechce rozbuchane, wyniosłe ego opozycji, sprawia, że kolejne wybory, jeśli w ogóle będą, nie przyniosą zmiany pożądanej przez antyPiS.

Dlatego, choć to już musztarda po obiedzie, warto zastanowić się, jakie są rzeczywiste przyczyny klęski Rafała Trzaskowskiego. Przecież jest skrojony dokładnie pod oczekiwania i wyobrażenia wyborców o prezydencie Rzeczypospolitej: jeszcze młody, a już z doświadczeniem i sukcesami. Do tego przystojny, miły, uśmiechnięty, wykształcony, znający języki, z rodziną jak ze świętego obrazka: czarująca żona Małgorzata, dwójka dobrze ułożonych dzieci – Aleksandra (16 lat) i Stanisław (11 lat), a dla przyjaciół zwierząt – słodki buldożek francuski Bąbel (dwa lata).

Nic dodać, nic ująć. Modelowy chłop na schwał. Początkowo wydawało się, że głównie do tańca, ale po paru wypowiedziach było już jasne, że i do różańca. Po ogłoszeniu przez PO nowego, wspaniałego kandydata, ruszyło istne pospolite ruszenie. W kilka dni zebrano 1,6 mln podpisów poparcia. Była to prawdziwa manifestacja siły i sprawności. Kaczyści zwariowali. Trzaskowski na wznoszącej fali płynął ku wygranej, którą zapowiadały sondaże, a jednak przegrał. Do prezydenckiego fotela jako pierwszy dobiegł wiecznie ośmieszający się i uczący, ale niczego nienauczony, rubaszny, rumiany, z trudem dukający po angielsku „długopis” prezesa.

Pora skończyć z bajaniem, że kandydat PO odniósł sukces i nie mydlić oczu. Owszem, dostał ponad 10 mln głosów, ale 40 proc., a może nawet połowa z nich była oddana na „mniejsze zło”. Pod tym względem Duda wypadł zdecydowanie lepiej. Dla 80 proc. swoich wyborców, których było 10,4 mln, stanowił pierwszy wybór już 28 czerwca. Tylko pozornie uzasadnione jest także złudzenie, że kandydat PO wygrał w 10 z 16 województw i radosne trąbienie, że Polska jest podzielona już nawet nie na pół, a na postępowy zachód plus woj. warmińsko-mazurskie i mazowieckie oraz obejmujący zaledwie jedną trzecią powierzchni kraju wschodnio-południowy zaścianek, w którym od zawsze jest świętokrzyskie, a od niedawna także nie wiadomo po co ani dlaczego – łódzkie.

W Polsce powiatowej jest mniej postępowo. Trzaskowski wygrał w 144 powiatach (38 proc.), Duda w 236 (62 proc.). Proporcja zmienia się na jeszcze gorszą (31:69), jeśli odjąć miasta na prawach powiatu, których jest 66, bo mieszkańcy 46 postawili na kandydata PO. A już prawdziwa klęska nastąpiła w gminach. Andrzej Duda wygrał w 1872 (76 proc.), Rafał Trzaskowski w 601 (24 proc.), z czego prawie połowę stanowiły tzw. gminy miejskie. W czterech gminach był idealny remis. W dodatku w większości gmin pisowski kandydat deklasował rywala. Poparcie dla niego wynosiło nawet ponad 90 proc. (maks. 95,24 proc. w gminie Godziszów, pow. janowski, na Lubelszczyźnie), podczas gdy maksymalne poparcie dla Trzaskowskiego to 78 proc., ale w warszawskiej dzielnicy Wilanów, która jest gminą miejską.

Wniosek jest jeden: elektorat w miastach, zwłaszcza dużych, postawił na Trzaskowskiego, bo to swój człowiek – prezydent Warszawy, popierany przez prezydentów Gdańska, Gdyni, Sopotu, Poznania, Wrocławia, Białegostoku, Łodzi, Szczecina, Rzeszowa, Gniezna… i przez bardzo wielu samorządowców wszystkich szczebli. Prezydent Poznania powiedział jednoznacznie: „Prosimy naszych mieszkańców o to, żeby głosowali na Rafała Trzaskowskiego, który rozumie samorząd i gwarantuje samorządom dalsze funkcjonowanie w obecnej formule. Jeśli chcą dalej wybierać wójta, burmistrza albo prezydenta, to powinni tak głosować. W przeciwnym razie będzie następowało dalsze ograniczanie kompetencji samorządów”.

Natomiast na wsi i w małych miasteczkach zdecydowanym faworytem był prezydent Duda – i to już w pierwszej turze, choć chłopi mieli jeszcze do wyboru swojego, ludowego Kosiniaka-Kamysza. Niewątpliwie dużą rolę odegrało poparcie udzielone przez ministra rolnictwa, który do 1,3 mln ubezpieczonych w KRUS rozesłał taką laurkę: „Prezydent Duda, kontynuując myśl polityczną i społeczną śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w swoich działaniach szczególną troską otacza wieś i rolnictwo”. Na urzędującego prezydenta pracował nie tylko minister Ardanowski, ale cały rząd. Premier Morawiecki odwiedził 80 miast i dosłownie rozdawał pieniądze, czym przebił nawet rządzącego pisowską propagandą prezesa Kurskiego. Można się wręcz zastanawiać, czy nie było to nielegalne finansowanie kampanii.

Do działań rządu i publicznych mediów zgłosiło główne zastrzeżenia OBWE. Według jej obserwatorów, wybory zostały przeprowadzone właściwie, ale „publiczny nadawca stał się narzędziem kampanii dla obecnego prezydenta, a niektóre relacje miały wyraźny ksenofobiczny i antysemicki charakter (…) Przekazy uczestników kampanii zawierały elementy nacjonalistyczne i homofobiczne, wywołując poczucie zagrożenia wśród wyborców”. Negatywnie zostało ocenione rządowe zaangażowanie, które „zacierało granice między państwem i partią”. Zwłaszcza zaś aktywność premiera Morawieckiego, który „w ramach pełnienia swojej oficjalnej funkcji składał obietnice rozdzielenia funduszy publicznych”, a tym samym stworzył nieuzasadnioną przewagę dla prezydenta ubiegającego się o reelekcję, „co jest sprzeczne z pkt 5.4 Dokumentu Kopenhaskiego OBWE z 1990 roku”.

Aktywnie zaangażowany w kampanię prezydencką był Kościół katolicki, który w Polsce jest państwem w państwie i przy każdej okazji piecze swoją pieczeń. Wszak nawet cisza wyborcza jest po to, żeby miał monopol na agitację w wyborczą niedzielę. Stanowisko kleru w sprawie poparcia Dudy jest podobne do prezentowanego w sprawie przestępstw pedofilskich księży. Oficjalnie przeciw, faktycznie za. To zapłata za miliardy z budżetu państwa, zwolnienia podatkowe, nadania ziemi, najwyższy w historii Fundusz Kościelny, uprzywilejowanie w Tarczy 4.0. Trzaskowski, choć momentami podlizywał się biskupom (aborcja, LGBT), poparcia nie dostał, co było z góry do przewidzenia.

Można się zastanawiać, ile i jakie jeszcze inne błędy popełniono w kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego i czy faktycznie odebrały mu ponad 400 tys. głosów, których zabrakło do wygranej. Czy gdyby wziął udział w debacie w Końskich zdołałby przekonać do siebie choćby 10 proc. z 4 mln oglądających pustą mównicę przygotowaną dla kandydata PO i informowanych, że stchórzył? Czy gdyby nie umizgiwał się do wyborców Konfederacji, odwróciłoby się od niego kilkadziesiąt tysięcy zniesmaczonych wyborców z pierwszej tury? Czy gdyby spotkał się z Biedroniem, nie straciłby 60 tys. lewicowych głosów?

Jedno jest pewne. Najbardziej zaszkodził Trzaskowskiemu szyld PO i utożsamianie się z elitami, bo jest ich wielokrotnie mniej niż zwyczajnych obywateli, którzy w 95 proc. pochodzą z chłopstwa i bardziej boją się powrotu do władzy platformersów niż kontynuacji rządów kaczystów. Już niedługo przekonają się o konsekwencjach swojej wyborczej decyzji. A opozycja razem z nimi, ale znacznie dotkliwiej.

Reelekcja Dudy to katastrofa, która instytucjonalnie wzmacnia obóz władzy, a mentalnie obóz wstecznictwa, dla którego 12 lipca 2020 r. na trzy lata zapaliło się zielone światło. Oby nie na dłużej.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPedofile w lawendzie
Następny artykułProwincjałki (23)
prof. Joanna Senyszyn
Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).