fot. Artur Kulikowski
– Musicie być nienormalni, by w ostatnią ciepłą i słoneczną sobotę w tym roku przyjść na szkolenie dotyczące walki z procederem aborcji w Polsce. Tymi słowy przywitała wszystkich uczestników kursu w obronie życia poczętego koordynatorka Fundacji Pro – prawo do życia, po czym zaczęła się siedmiogodzinna indoktrynacja.

Wziąłem w niej udział. W nagrodę mam specjalne zaświadczenie.
Kraków, 26 października, 10 rano. Ulica Stefana Batorego, zaledwie 850 metrów od Rynku Głównego. Przez otwarte okna, bez firanek i zasłon, dochodzi cichy odgłos trąbki z wieży kościoła Mariackiego. Czuję się trochę jak Poldek z filmu „Podróż za jeden uśmiech”, który wraz z Dudusiem w mieszkaniu przy Rynku słuchając Grechuty, szykuje się do wyjazdu w nieznane. Koordynatorka Anna dużymi haustami pije czarną kawę. Młoda, choć staroświecko ubrana korpulentna kobieta w spódnicy rodem z PRL-owskiej podstawówki, jest podenerwowana.
Miejsce wygląda dziwnie. Podobnie jak cała kamienica. Jest stara i zdewastowana. Na klatce schodowej walają się rury kanalizacyjne, jakieś deski, cegły, puszki po piwie, „małpki” po kolorowych wódkach. Wszędzie kiepy papierosów dopalanych do samego filtra. Na pierwszym piętrze mijam drzwi do małopolskiego biura parlamentarnego PSL, obok Instytut Aurea Libertas, piętro wyżej Fundacja Współpracy Polsko-Ukraińskiej. W siedzibie Fundacji Pro – prawo do życia warunki wręcz spartańskie. Przy wejściu stojak na ubrania z drucianymi wieszakami. Dalej, w poczekalni sofa. W głównym, przestronnym pomieszczeniu rzutnik zamocowany pod sufitem, przenośna tablica do prezentacji, laptop na malutkim stoliku, dwie miniaturowe kolumienki, mnóstwo kabli. W rogu duży stół z ciastami, bananami i wodą do picia. Na środku składane plastikowe krzesełka. Ściany pomalowane na biało. Nad drzwiami oczywiście wisi krzyż. Toaleta na zewnątrz, wspólna z drugą fundacją. Papieru brak. Jest mydło i ręcznik. Czekamy w milczeniu 15 minut, przyglądając się sobie wzajemnie. Wchodzi ostatnia zdyszana osoba. W sumie jest nas 11 osób. Pięć kobiet i sześciu mężczyzn. Jestem najstarszy, nie licząc eleganckiej, lekko nawiedzonej, emerytowanej siwej nauczycielki. Prowadząca szkolenie pani Anna dopija ostatni łyk już zimnej kawy.

No to jedziemy

Kurs dla obrońców życia nie rozpoczyna się od wspólnej modlitwy w intencji nienarodzonych dzieci, choć dyskusja, a zasadzie wypowiadane przez poszczególnych uczestników zdania, raz po raz dotykają kwestii wiary i braku tejże – głównego powodu aborcji na świecie. Na spotkaniu są tylko i wyłącznie wierni Kościoła katolickiego, a w zasadzie zatwardziali obrońcy tradycji chrześcijańskiej. Obok mnie siedzą zdecydowani przeciwnicy homoseksualizmu, lewicy, laicyzmu, ateizmu, buddyzmu, islamu, wegetarianizmu i wszystkiego, co nie znajduje miejsca w ich katolickim postrzeganiu rzeczywistości. W większości to krakowscy studenci, jest też atrakcyjna opiekunka schorowanych seniorów – powracająca z saksów w Anglii panna w średnim wieku szukająca w Polsce męża, zagubiony intelektualista, czy milczący aktywista z hipsterską brodą. Wszyscy (oprócz Anny) wyglądają normalnie. Śmieją się, dowcipkują, niektórzy rzucają nawet niewinną kurwą w prywatnej rozmowie – ale, gdy zaczynają mówić publicznie o aborcji – żarty się kończą.

Słowo na sobotę

– Jesteśmy na wojnie. Jesteśmy na wojnie cywilizacji życia z cywilizacją śmierci – rozpoczęła swój spicz prowadząca.
Odniosłem dziwne wrażenie, że dokładnie te same stwierdzenia (słowo w słowo) słyszałem w ostatnich tygodniach, a nawet miesiącach z ust innych ludzi związanych z Kościołem: na spotkaniach z biskupami, klerykami, księżmi, prawicowymi politykami, publicystami czy samymi wiernymi Kościoła katolickiego. Język wojny stał się wszechobecny w ich kontaktach interpersonalnych i to nie tylko w odniesieniu do aborcji. Katolicy mówią tak, gdy nie podoba im się edukacja, nauka, sztuka, literatura, teatr, kino, styl życia, polityka, internet, telewizja czy nawet jedzenie. Tymczasem Anna mówi tylko o aborcji, a w zasadzie recytuje wyuczony na pamięć tekst.
– Wiemy, że trwa wojna, a na wojnie są ofiary. Tych ofiar są 42 miliony rocznie na świecie, a w Polsce to 1100 osób. Na tej wojnie polem walki są ludzkie umysły. Nasz przeciwnik jest bardzo potężny. Ma pieniądze, media i uzależnionych polityków. Jest wszędzie, jednak należy sobie zdać sprawę, że ich jest mniejszość. Oni mają zasoby, ale ich jest mało. Szacujemy, że w społeczeństwie jest około 10 proc. ludzi, którzy rozróżniają dobro od zła i są w stanie powiedzieć, że aborcja to jest zabójstwo. My chcemy dotrzeć właśnie do nich i zbudować cywilizację życia. Nihilistów jest zaledwie 0,1 proc. społeczeństwa. To my mówimy prawdę, nie oni. Ile trzeba wysiłku, by nakłamać, żeby stworzyć propagandę, w którą ludzie uwierzą, że aborcja to jest prawo kobiety? Jak bardzo oni się muszą wysilić, żeby to uwiarygodniać? To jest ogromny wysiłek! Natomiast prawda potrafi bardzo celnie trafić do człowieka. Ona nie potrzebuje specjalnych zabiegów, żeby zostać przyjęta. Ona się broni sama. Przemysł aborcyjny zrobi wszystko, żebyśmy tej prawdy nie pokazali. Naszym zadaniem jest ją eksponować i mobilizować ludzi do zaangażowania się w obronę życia. Słowa nie oddadzą tego, czym jest aborcja, tylko obraz, który możemy pokazać ludziom na ulicy, masowo. Taki jest nasz cel. Chcemy, żeby ludzie zablokowali wszelkie próby dostępności aborcji oraz aby zabijanie ludzi było w ogóle u nas w kraju dopuszczone!!! Polska może być bastionem cywilizacji życia!!! – wyjaśniła nam cel spotkania.
Po tej ostrej i zdecydowanej wypowiedzi zapadło milczenie i akceptacja usłyszanych treści. Nie usłyszeliśmy natomiast: co z płodami z wykrytymi chorobami genetycznymi, upośledzeniami, dziećmi poczętymi w wyniku gwałtu, ciążami nieletnich, kazirodztwem czy zagrożeniem życia lub zdrowia matki w trakcie ciąży. Kto pomoże finansowo w opiece na tymi dziećmi i na jakich zasadach, jak będzie wyglądać życie ich i ich rodziców, lub samotnego ojca, gdy matka umrze podczas porodu? Ani słowa o pomysłach na edukację czy antykoncepcję. Nic. Przekaz był jasny: kobieta ma rodzić, bo jest do tego stworzona, a dziecko to cud dany przez Boga.
Po teorii, niespodziewanie, przyszedł czas na praktykę.

Idziemy na pikietę

Po trzech godzinach indoktrynacji ruszamy na Rynek Główny, by z bliska przyjrzeć się, jak wygląda manifestacja w obronie
życia i dowiedzieć się jak takie zgromadzenie się organizuje. Po drodze słyszę rozmowy kursantów o Jezusie, stworzeniu świata i nihilizmie. Właśnie wtedy, gdy idziemy ulicą św. Anny, pada stwierdzenie „zygotarianie”, które podobno uknuli mściwi lewacy, a określa ono „nas” – prolajferów.
Przed kościołem św. Wojciecha tłum. Oczywiście nie obrońców życia, a przechodniów i turystów. Zygotarian jest czworo. Trzymają dwa ogromne banery przedstawiające płody – rozczłonkowane i zakrwawione w wyniku aborcji. To właśnie te szokujące i okropne zdjęcia mają przekonać przechodniów i nas, kursantów, by w ten sposób walczyć o prawo płodów do życia.
Wszystko z boku wygląda absurdalnie. Z jednej strony zwykli ludzie, którzy przyszli pospacerować w sobotnie popołudnie, z drugiej pikieta i plakaty, na których widok młodzi odwracają głowy, dzieci płaczą, a innym zbiera się na wymioty. Na miejscu nie dowiedziałem się niczego ciekawego od smutnych manifestantów, oprócz tego że za godzinę kończą tu i idą manifestować przed szpital im. Narutowicza, gdzie stoi już specjalny samochód dostawczy zygotarian z podobnym plakatem porozrywanych płodów na budzie. Tam też odbędzie się „Koronka do Miłosierdzia Bożego”.
– To nasz styl życia. My nie popuścimy. Będziemy walczyć o całkowity zakaz aborcji w Polsce – słyszę na odchodne od pani w wieku dawno poreprodukcyjnym trzymającej drzewiec baneru zygotarian w języku angielskim.

Czas na film

Po wystawnym posiłku w jednej z krakowskich restauracji wracamy do siedziby fundacji. Tu dowiadujemy się, jak zorganizować pikietę, manifestację czy wystawę obrońców życia. Tę ostatnią najprościej i najłatwiej zrobić na terenie parafii.
– Z proboszczami najszybciej idzie się dogadać, choć nie ze wszystkimi – mówi koordynatorka Anna.
Ponadto słyszymy, że wystarczy wyrazić chęć, a wszystkie potrzebne materiały i urządzenia potrzebne do organizacji pikiety czy wystawy antyaborcyjnej zostaną nam dostarczone pod wskazanym adresem w całej Polsce. Fundacja ma odpowiednie środki na organizację tego typu wydarzeń dzięki sponsorom i ludziom dobrego serca, którzy wpłacają pieniądze na jej funkcjonowanie. Fundacja Pro – prawo do życia działa w kilkudziesięciu miastach w Polsce, a w jej prace zaangażowanych jest kilkaset osób. Żadnych szczegółów. Otrzymujemy jedynie ogólne informacje. Cały czas wszyscy jesteśmy traktowani podejrzliwie, z lekkim dystansem.
Znów siadamy na niewygodnych, składanych czarnych krzesełkach, ale tym razem zamiast słów przemawia do nas film. Jest jeszcze bardziej wstrząsający, niż prezentowane na Rynku banery rozszarpanych ludzkich zygot na tle zakrwawionych amerykańskich dolarów symbolizujących gigantyczne zarobki przemysłu aborcyjnego. Z rzutnika wyświetlany jest film pokazujący, jak wygląda wyjmowanie z macicy za pomocą narzędzi chirurgicznych szczątków płodu. Później malutką pęsetą anatomiczną do nerki medycznej wkładane są jeszcze mniejsze rączki, nóżki i główka. Wszędzie leje się krew, a pod obrazem wyświetlane są dramatyczne napisy w stylu „tak wygląda człowiek w 10 tygodniu ciąży”. W tym momencie przyszli obrońcy życia poczętego zasłaniają oczy, jedna z kobiet wychodzi, nawiedzona emerytowana nauczycielka łka, zagubiony intelektualista robi się jeszcze bardziej zagubiony, blady i chudy niż był. Mnie pod gardło podchodzi rosół i schabowy z frytkami zjedzony pół godziny wcześniej podczas obiadu. Anna wygląda na zadowoloną. Film zrobił wrażenie. Ma nas w garści. Będziemy kolejnymi aktywistami – myśli zapewne!

Niby-dyskusja

Po kilku minutach kompletnej ciszy zaczyna się dyskusja, a w zasadzie bronienie tezy, że tego typu „filmy i zdjęcia” odnoszą skutek i wywołują pozytywne efekty w społeczeństwie. Na moje pytanie, czy aby nie jest to przesada, słyszę:
– Nie, bo przeciwna strona robi jeszcze gorsze rzeczy. Musimy odpowiadać dobrem na zło. Musimy pokazać, jak wygląda zabijanie człowieka – stwierdza Anna.
Pytam więc:
– A co się stanie, gdy te straszne zdjęcia i filmy przestaną robić na ludziach wrażenie, opatrzą się, spowszednieją, jaki będzie kolejny krok?
– Polaków jest 40 milionów, jest czas, by każdy katolik zapoznał się z naszą działalnością. My jesteśmy przeciwni aborcji w ogóle – odpowiada koordynatorka.
– A gdzie miejsce na kompromis? – pytam.
W odpowiedzi słyszę z ust Anny:
– Żadnego kompromisu z nimi nie będzie. Całkowity zakaz aborcji musi obowiązywać i będzie obowiązywać.
Korzystając z możliwości zadawania pytań, zadałem ostatnie, najważniejsze:
– Kto w obecnym, nowym parlamencie będzie walczył o wasze idee?
Anna odpowiedziała tak:
– Jest to sprawa rozwojowa. Dopiero co uformował się nowy rząd, więc też musimy ocenić sytuację, ale myślę, że jest nadzieja na to, że osoby, które teraz są w Sejmie przynajmniej niektóre tematy będą miały na swoich sztandarach, będą starały się to prawo ulepszyć.
– To znaczy, że nie macie takich parlamentarzystów? – drążę temat.
– Na ten moment nic mi na ten temat nie wiadomo – odparła zdenerwowana Anna.
Po siedmiu godzinach szkolenie się zakończyło. W nagrodę każdy z ewentualnych aktywistów ruchu zygotarian otrzymał specjalne zaświadczenie o jego ukończeniu. Do końca wytrzymali wszyscy kursanci, jednak tylko jedna osoba zapowiedziała aktywne uczestnictwo w działaniach prolajferów. Sześcioro słuchaczy wybiegło z siedziby fundacji natychmiast po otrzymaniu tego „dyplomu” i broszury z makabrycznymi zdjęciami, pisma pod tytułem „Jak powstrzymać pedofilię” oraz plastikowego fantomu 10-tygodniowego płodu od Bractwa Małych Stópek.
Lokal opuściłem i ja. Mijając toaletę usłyszałem, że jedna z pań właśnie zwraca obiad. Na schodach studenci umawiali się na wódkę, by zapić szok, który przeżyli. Przeciskając się po zdewastowanej klatce schodowej, w końcu wyszedłem na ulicę i po raz pierwszy w życiu doceniłem krakowskie powietrze. Wydało mi się wyjątkowo świeże.

Facebook Comments