fot. Adobe Stock
Patriotyzm – zdaniem PiS – przejawia się zjadaniem parafarmaceutyków kupowanych w nielegalnych aptekach.

Polska jest mistrzem świata w aptekarstwie. Przy naszej populacji rzędu 38 mln, mamy około 15 tys. aptek. Brytyjczycy, choć jest ich 65 mln, mają takich sklepów 14 tys., zaś 82 mln Niemców obsługuje zaledwie 18 tys. punktów, gdzie można kupić antybiotyk.

500 minus na leki

Jeszcze w 2001 r. lekarstwa sprzedawało u nas niecałe 5 tys. placówek. Od tamtej pory przybywało średnio ponad 600 aptek rocznie. Bo bycie farmaceutą się opłaca. Dlatego tam, gdzie kiedyś były sklepy spożywcze, knajpy czy szewcy, dziś funkcjonują tylko dwa rodzaje firm: banki i właśnie apteki. Stać je na wysokie czynsze. Jeśli ktoś nie dowierza, niech przejdzie się po stołecznym placu Wilsona albo nowohuckim centrum.
Na początku tego stulecia chodziło się do apteki głównie po lekarstwa na receptę. Generowały ponad 75 proc. aptecznego obrotu. Dzisiaj przepisane przez lekarza medykamenty stanowią zaledwie połowę sprzedaży aptek. Reszta to leki bezreceptowe, takie jak aspiryna czy generyczna viagra i suplementy diety.
Mimo że apteki są na każdym rogu, przeciętna marża wynosi w nich 25 proc. To dużo, jak na niepsujące się szybko towary. Ponieważ oficjalne, przeciętne, miesięczne obroty apteki to ponad 200 tys. zł, jej przychód wynosi 50 tys. zł. I kwota ta będzie rosła.
Analitycy farmaceutyczni wykalkulowali, że w 2019 r. sprzedaż w aptekach będzie większa niż rok temu prawie o 5 proc. I wyniesie ponad 36 mld zł. Refundacja z NFZ jest szacowana na 9,3 mld zł, więc wychodzi, że Polacy z własnych kieszeni wydają na medykamenty tyle, ile dostają w ramach 500 plus na drugie i kolejne dziecko. Niesamowicie dużo.
Najwięcej płacą za leki mieszkańcy miast. Statystyka mówi, że jedna apteka przypada u nas na 2 500 osób. Na wsi jedna placówka farmaceutyczna obskakuje prawie dwa razy większą populację, co znaczy, że w miastach sklep z lekami można spotkać częściej niż trafikę z papierosami.

Złote jaja

Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego w zjadaniu produktów z apteki bijemy świat na głowę, to odpowiedź jest nader prosta. W przeciwieństwie do innych krajów, u nas wolno reklamować wszystkie produkty apteczne, z wyjątkiem tych na receptę. W tamtym roku branża farmaceutyczna wydała na reklamę prawie 1,2 mld zł. Wciskany w reklamie kit Polacy łykają na równi z tabletkami. To dlatego co druga złotówka za reklamę trafia do mediów od firm produkujących uzdrawiające specyfiki.
Na promocję ibupromu poszło w 2019 r. 24 mln zł. Neomag zasilił media 22 mln zł. Na wylansowanie preparatów na przeziębienie i grypę firmy wydały 270 mln złotych. Zaś na reklamę środków wspomagających puszczanie wiatrów, czyli wspierających układ trawienny, poszło około 130 mln zł.
Beneficjentami reklamowej hipochondrii Polaków są producenci oraz dystrybutorzy medykamentów, ale ponieważ cały sektor zarabia dobrze, to dzieli się zyskami z państwem. Budżet państwa zasilany miliardami się cieszy i dopóki farmaceuci płacą, to włos im z głowy nie spadnie i nikt, na przykład, nie zakaże reklamowania suplementacyjnego badziewia.

Ziobro tolerancji

Chyba że ktoś – zamiast klientów aptek – zechce oszukać państwo, jak przy eksporcie refinansowanych z budżetu leków za 2 mld zł. Wtedy robi się larum, stawia na nogi służby i prokuraturę, a nawet pisze się nową ustawę. I teraz: „Każdy, kto wbrew prawu nabywa, zbywa, przywozi, wywozi lub przechowuje produkt leczniczy, będzie podlegał karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat”. A jak będzie to przestępstwo na dużą skalę,
to kara sięgnie lat ośmiu. Gdyby zaś eksportowano z kraju lek, o który ciężko w Polsce, sprawca musi liczyć się z karą od roku do 10 lat więzienia.
Trzy lata temu PiS wygłówkował, że jak biznes apteczny tak kwitnie, to wypada, żeby kwitł tylko dla Polaków. Wymyślili zatem ustawę z hasłem „Apteka dla aptekarza”.
Jej zapisy weszły w życie w czerwcu 2017 r. Od tej pory aptekę może prowadzić tylko farmaceuta lub farmaceuci w ramach (cokolwiek to znaczy) „wybranych spółek osobowych”. Poza tym nowe apteki nie dostaną zgody na powstanie, jak będą bliżej od innej apteki niż 500 metrów. Albo gdy na terenie, na którym chce zagościć nowa apteka jest mniej niż 3 tys. przypadających na nią osób. Poza tym w ustawie były przepisy zapobiegające rozwojowi sieci aptecznych i sprzyjające – przynajmniej w zamierzeniach – indywidualnym, polskim farmaceutom.
Efekt był taki, jak ze wszystkim, czego się PiS dotknie. W tamtym roku splajtowało 450 aptek. W znakomitej większości małych, nienależących do sieci. Żeby było jeszcze śmieszniej (w kontekście opowiadania, jak to PiS robi dobrze małym społecznościom) częściej bankrutowały apteki na wsiach i w małych miasteczkach.
„Apteka dla aptekarza” okazała się niezłym batem w kwestii nielegalnego wywozu leków. Jej zapisy stanowią, że jak ktoś to robi, to nie dość, że jest usuwany z rynku, to jeszcze nie wolno mu do handlowania medykamentami wrócić. I dzięki temu dziesiątki aptek za nielegalny wywóz leków czy handel pseudoefedryną miało cofane zezwolenia.

Licencja na zatruwanie

Przymykanie oka na drobne uchybienia w aptekarstwie się jednak skończyło. W lutym NSA wydał wyrok, dzięki któremu dowiedzieliśmy się, że w aptekach nie obowiązywało prawo, a skala łapówek mogła iść w bajońskie sumy.
Prawo farmaceutyczne stanowi, że w „godzinach czynności apteki” powinien być w niej obecny farmaceuta z kompetencjami kierownika. Czyli ze stażem trzyletnim, jeśli ma specjalizację, albo pięcioletnim, jak nie ma. Sęk w tym, że takich kierowników aptek jest w Polsce około 30 tysięcy. A na dodatek lubią mieszkać w największych miastach.
Dzięki temu setki aptek korzystało z ludzi o takich kompetencjach jako słupów tylko przy zakładaniu apteki. Potem właściciele aptek zatrudniali jakiegokolwiek absolwenta farmacji i jak przychodziła inspekcja, to widziała, że farmaceuta obsługuje. Brak kierownika załatwiała stosowna koperta…
Ponieważ apteki działają u nas przez dwie zmiany, a czasem mają dyżury nocne i weekendowe, to aby obłożyć istniejące 15 tysięcy aptek, musiałoby być zatrudnionych 45 tys. osób z kwalifikacjami ustawowymi. Więc co najmniej w jednej trzeciej placówek ich nie ma. I nie było od rozpoczęcia przed kilkunastu laty aptecznego boomu. Wszyscy byli zadowoleni, aż tu w 2015 r. jeden z inspektorów farmaceutycznych w kontrolowanej aptece za naruszenie prawa uznał obecność farmaceuty ze stażem, który uniemożliwiał mu bycie kierownikiem. Właściciel apteki złożył skargę do sądu. Przegrał. Najpierw przed wojewódzkim, a ostatnio przed Naczelnym Sądem Administracyjnym.
Po tym orzeczeniu posmutnieli wszyscy. Inspektorzy, że nie zarobią za przymykanie oczu, a właściciele, bo skąd u licha mają nagle wziąć kierowników.
Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, najbardziej oberwał zupełnie kto inny – farmaceuci bez stażu. Właściciele aptek, zamiast płacić im i czekać aż dorobią się upragnionej wysługi lat, wolą teraz zatrudnić kierownika z uprawnieniami. Ktoś taki kosztuje, więc w ramach oszczędności magistrów farmacji się masowo zwalnia, a na ich miejsce przyjmuje się znacznie niżej opłacanych techników farmacji.
Przypadkowe przestrzeganie prawa w tym zakresie powoduje, że ludzie z uprawnieniami są i będą zatrudniani przez zagraniczne i polskie sieciówki, bo je na to stać. Dramat mają oczywiście właściciele aptek na prowincji. Po pierwsze, nie ma tam w kim przebierać, a po drugie i tak właściciela na drugiego kierownika nie będzie stać.
W taki oto sposób jeden inspektor farmaceutyczny rozbił w drzazgi pisowską „Aptekę dla aptekarza”. Myliłby się jednak ten, kto uwierzyłby, że państwo zrobi źle przysparzającym podatkowe miliardy farmaceutom. Wbrew stanowisku resortu zdrowia, posłowie PiS rzucili się do zmiany zasad działania aptek. Chcą, żeby kierownikiem mógł być już ktoś nawet z licencjatem farmacji. I nie przeszkadza im, że samorząd aptekarski kilka miesięcy temu policzył, że nawet 13 proc. hospitalizacji to efekt źle przyjmowanych leków. Połowę przypadków dałoby się ponoć wyeliminować, gdyby leki sprzedawał fachowiec.