Obchody urzędowo-samorządowe święta 11 listopada mają przewidywalny charakter: dzieci poprzebierane za ułanów i wąsatego Marszałka, rodzice fałszujący o tym, co „z ziemi włoskiej do Polski” i politycy celebrujący święto upamiętniające niby rok 1918, acz zadekretowane w 1937 r. – po to, by dopiec narodowej prawicy.

Ironią losu to narodowa prawica zawłaszczyła dziś uliczne obchody 11 listopada. Tu również jest przewidywalnie – antysemici, homofobiczni nienawistnicy, tropiciele „antypolskości” i „banderowców” występują w dwóch podstawowych wcieleniach: jako kibole i skini oraz tzw. zwykli ludzie. Tych ostatnich jest jakby więcej.

Co roku obiektywy kamer śledzą „marsze niepodległości” w dwóch miastach: Warszawie i Wrocławiu. Warszawa, wiadomo – stolica. Marsz stołeczny jeszcze w ubiegłym roku cieszył się patronatem prezydenta A. Dudy. Wprawdzie patronatu już nie ma, ale odorek oficjalnej pieczątki pozostał. To wciąż ogromna, wielotysięczna impreza, pokazywana w czołowych mediach świata. Morze czerwonych rac jest równie fotogeniczne jak tegoroczne logo imprezy: różaniec z krzyżem w formie kastetu.

Impreza warszawska organizowana jest profesjonalnie, z dużym wyczuciem potrzeb mediów. We Wrocławiu z kolei marsz niepodległości (duże litery byłyby tu nieprzyzwoitością) to coroczna jawnie antysemicka i neonaziolska zadyma uliczna. Stolica Dolnego Śląska jest od dekad stolicą polskiego radykalizmu. Ale we Wrocławiu zmieniła się władza, czego efekty widać. Naśladownictwo w innych miastach wskazane.

Wrocław Sutryka

Jednym z pierwszych posunięć Jacka Sutryka, nowego prezydenta Wrocławia, było powołanie pełnomocnika ds. tolerancji i przeciwdziałania ksenofobii. Został nim młody prawnik, radny (a także szef lokalnego SLD) Bartłomiej Ciążyński. Teraz pojawienie się haseł antysemickich lub nawołujących do nienawiści na tle narodowym lub rasowym oznacza rozwiązanie i delegalizację zgromadzenia zaledwie po dwóch ostrzeżeniach. Ci, którzy nie rozejdą się na wezwanie policji zostają zatrzymani.

Mistrzowskim zagraniem władz miasta było skierowanie miłośników eksksiędza Międlara prosto pod okna… PiS. Miasto zarejestrowało z wyprzedzeniem oficjalne obchody – Radosną Paradę Niepodległości i pierwszy Bieg Niepodległości, więc skrajnej prawicy pozostała droga przez śródmieście i kilka mostów na plac Solidarności – pod wielki gmach związku, w którym biura poselskie wynajmują posłowie i senatorowie PiS. Nie trzeba dodawać, że dolnośląska policja zrobiła wszystko co możliwe, by do tego nie doszło. Takiej mobilizacji sił i sprzętu nie widziano we Wrocławiu od lat. Tymczasem…

Z marszy prawicy ulatuje para

Międlarowy marsz zgromadził ok. 600 osób – w ubiegłym roku co najmniej 5 000. Skąd ta różnica? Powód pierwszy: podziały wśród radykałów. Z ust byłego księdza usłyszeliśmy nazwisko zdrajcy: „to człowiek, który prowadzi pod Wrocławiem Dom Ukrainy Niepodległej”. Któż to taki? Ano, Piotr Rybak, skazany na więzienie podpalacz kukły Żyda. Ale, jak wiadomo, na prawicy führer może być tylko jeden.
Powód drugi – zamęczenie narodową tromtadracją władzy. W szkołach średnich w większych miastach skończył się młodzieżowy kult „żołnierzy wyklętych”. Błąka się jeszcze gdzieś po prowincji, ale to jego ostatnie podrygi.
Powód trzeci: zmiana składu uczestników – rasowi kibole i skini wcale nie czują się komfortowo w otoczeniu „pikników”, czyli przeciętnych ludzi z dziećmi.

Wykrzyczeć z dzieckiem nienawiść

Oglądając z bliska wrocławską zadymę, można dojść do niewesołych wniosków. Agresja kiboli to rzecz znana. Ale co powiedzieć o człowieku w średnim wieku z synkiem „na barana” ładującym się pod wodną armatkę? Co o matce pchającej w pochodzie wózek z dzieckiem po ulicy gęsto zasnutej policyjnym gazem? O mężczyźnie koło czterdziestki, z żoną i ośmioletnią córką, wyzywającym policjantów od „cwelów” i żydowskich sługusów? Co wreszcie o facecie o inteligenckim wyglądzie w towarzystwie szykownej dziewczyny, dostającym publicznie szału na wieść, że Bieg Niepodległości wygrał we Wrocławiu Ukrainiec: – To Żyd i pedał! Pedał, kurwa, pedał!
Efekty „dobrej zmiany” i osobistego przykładu ludzi pokroju Krystyny Pawłowicz są tu widoczne jak na dłoni – jakaś część Polaków poczuła się ośmielona do wykrzykiwania publicznie swojej nienawiści. Przepływ inspiracji wydaje się jednak dwustronny. Dość powiedzieć, że lata przed rządowo-kościelną nagonką na LGBT to na skinowsko-kibolskich marszach dominowało hasło „zakaz pedałowania”. Kto kogo tu więc inspiruje?

RPO diagnozuje

Opracowany przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich raport „Znaczenie społeczne i reakcje na Marsz Polski Niepodległej we Wrocławiu 11 listopada 2018 r.” to dokument unikatowy. Kreśli bardzo nieoczywisty obraz uczestnika wrocławskiego marszu.
Zaledwie 15 proc. jego uczestników to kibole Śląska Wrocław, niekoniecznie przy tym mieszkańcy Wrocławia. Grupa ta stanowi jednak trzon organizacyjny imprezy. Znaczna część jej uczestników to osoby z małych, satelickich miejscowości i tych nieco dalszych. Raport wymienia m.in. Dzierżoniów. To nie powinno dziwić – dolnośląskie miasteczka, w których upadł przemysł (np. dzierżoniowska Diora) są w drugim już pokoleniu zapleczem ruchów skinowskich. Nie podważa to głównej tezy raportu: uczestnicy marszu przyjeżdżają na jeden dzień podbić europejską metropolię, którą uważają za gniazdo tolerancji i wielokulturowości, czyli – we własnych oczach – zepsucia.
Jak mówi w wywiadzie jeden z kiboli: „Wszędzie wielu obcokrajowców, studenci z Hiszpanii, Portugalii, Ukraińcy wszędzie. Jedni mieszkańcy nie sprzeciwiają̨ się, aby było ich więcej, a inni mówią wystarczy. Ale obie grupy podkreślają̨, że nie chcą, aby tamci zmieniali nasze prawo, zwyczaje”.

Innymi słowy, marsz to w rozumieniu jego uczestników próba powiedzenia: to my jesteśmy tu u siebie. I nie jest im do tego potrzebny ksiądz Międlar – „wszyscy wiedzą, że to kretyn” – dodaje badany kibic.
Z badaniem RPO można w paru miejscach dyskutować. Czy faktycznie marsz ma swe źródła w „wielkiej zmianie demograficznej”, czyli przybyciu Ukraińców (stanowiących dziś ok. 20 proc. ludności Wrocławia)? Nastroje antyukraińskie na marszach niepodległości faktycznie pojawiły się dopiero kilka lat temu – ale czy nie jest to efekt realizacji zleceń Moskwy, sponsorującej radykalne organizacje w całej Europie i oddziaływań oficjalnej polskiej „polityki historycznej” równie jak rosyjska obsesyjnie skupionej na „banderowcach”?
Do badań RPO dołożyłem więc własne – w skali mikro. Jeden z facebookowych „znajomych”, agent ubezpieczeniowy, wrocławianin, chwali się regularnymi wyjazdami na warszawski Marsz Niepodległości. Po cholerę jechać szmat drogi, gdy się ma zadymę na miejscu? Szybko okazało się, że z Wrocławia do Warszawy jeździ na marsze cała brygada. Dlaczego? Odpowiedź na wcześniejsze pytanie pokrywa się niemal idealnie z badaniami RPO: istnieje spora grupa ludzi, nieźle sytuowanych, powyżej trzydziestki, o prawicowych (ale niefaszystowskich) poglądach, dla których oficjalne obchody są jednocześnie zbyt „fajne” (czyli mało poważne) i nudne (czyli zbyt oficjalne właśnie) – coroczny wyjazd to rodzaj męskiej przygody i rytuału potwierdzającego „konserwatywną tożsamość”.

Wniosek z tegorocznego marszu we Wrocławiu jest w istocie optymistyczny. W międlarowym pochodzie nienawiści wzięła udział podobna liczba osób, co dwa dni wcześniej w Marszu Pamięci, upamiętniającym antyżydowski pogrom Kristallnacht w niemieckim wówczas Breslau. Gdyby inne polskie miasta, z Warszawą na czele, poszły śladem Wrocławia, za kilka lat problem maszerującej skrajnej prawicy wróciłby do stadionowej niszy.

Facebook Comments