Państwo Lucyna i Jan Zbożeniowie zapewnili dom i godne życie 14 sierotom i dzieciom z trudnych domów. Kiedy po ciężkiej chorobie pan Jan zmarł, miejscowy ksiądz nie zgodził się pochować go w rodzinnym grobowcu, bo stwierdził, że żył on „bez Chrystusa”.

Rodzinę Zbożeniów z Dziekanowic w gminie Dobczyce (woj. małopolskie) znają i szanują wszyscy w okolicy.
– Niektórzy wprost mówią, że nie daliby rady żyć tak jak my. Sąsiadka kiedyś zawsze powtarzała, że taki mąż jak mój to skarb, bo jaki facet wziąłby sobie na głowę 14 dzieci… – mówi przez łzy pani Lucyna Zbożeń, wdowa po zmarłym Janie.

Z miłości do dzieci

Pani Lucyna i pan Jan wzięli ślub we wrześniu 1975 r. Przez dziewięć lat starali się o dziecko. W końcu, po długim leczeniu, udało się. Urodził im się syn, a później córka.

– Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że będę miała 16 dzieci, nigdy bym nie uwierzyła – śmieje się kobieta. – Mam siostrę, która nie do końca radziła sobie w życiu. Mimo że nie potrafiła zająć się nawet sobą, miała siedmioro dzieci. Wszystkie po kolei zabierała opieka społeczna. Nie mogliśmy z mężem na to patrzeć. Kiedy zmarł szwagier, siostra całkiem się pogubiła. Pamiętam, jak pojechaliśmy do domu dziecka po Mateuszka. Jak mąż zobaczył te wszystkie dzieci, stanął na schodach i zaczął płakać. Wiedziałam, że to nie będzie nasze ostatnie dziecko – wspomina, uśmiechając się przez łzy.

Tak państwo Zbożeniowie stworzyli niezawodową rodzinę zastępczą dla całej siódemki siostrzeńców (niezawodowa oznacza, że państwo Zbożeniowie za opiekę nad dziećmi nie pobierali wynagrodzenia – przyp. red.). Na przestrzeni lat do rodziny trafiło kolejnych pięcioro, niespokrewnionych z nimi, dzieci. Jedne były z rodziną Zbożeniów kilka miesięcy, dopóki biologiczni rodzice nie odzyskiwali praw do opieki nad nimi, inne w ich domu dorosły i poszły na swoje. Pięcioro mieszka w Dziekanowicach do dziś.
– Był taki okres, że mieliśmy pod opieką 11 dzieci – wspomina pani Lucyna. – Na wszystko pracował mój mąż. Był tapicerem. Przez sześć lat jeździł do pracy do Niemiec, żeby przystosować dom dla takiej gromadki i zarobić na utrzymanie. Nawet tam dał się poznać z najlepszej strony. On nie potrafił nikomu odmówić pomocy. W pracy nazywali go żartobliwie „mama”, bo zawsze o wszystkich się troszczył – opowiada wdowa i wybucha płaczem. – On dla dzieci zrobiłby wszystko – dodaje.

Trudno więc szukać bardziej miłosiernej i godnej podziwu postawy. Ksiądz Dariusz Firszt, proboszcz parafii pw. Macierzyństwa Najświętszej Marii Panny w Dziekanowicach, do której należeli państwo Zbożeniowie, nie podziela jednak tej opinii. Kiedy pan Jan po ciężkiej chorobie zmarł, ksiądz odmówił mu pochówku, twierdząc, że pan Jan po prostu na pochówek nie zasłużył.

Ewangelia wg ks. Dariusza

– Gdy zadzwoniłam w sprawie pogrzebu do proboszcza, powiedział, że jego zgody na pogrzeb ze wszystkimi uroczystościami nie będzie, bo mąż – jak stwierdził – „żył bez Chrystusa i do kościoła nie chodził”. Nie interesowały go tłumaczenia, że mąż miał cukrzycę, niewydolność nerek i był po operacji serca. Ostatnio bardzo podupadł na zdrowiu. Karetka regularnie, co dwa–trzy miesiące, zabierała go do szpitala. On nie dawał już rady nawet chodzić – opowiada 62-letnia pani Lucyna.

W tej rodzinnej tragedii ks. Firszt nie znalazł w sobie cienia zrozumienia ani współczucia.
– To był dla mnie cios. Ksiądz potraktował nas jak najgorszych. Nie zgodził się na wprowadzenie ciała męża do kościoła, a jeśli już, to bez kazania i bez organisty. Sugerował, że albo będzie taki pogrzeb, albo żaden. Bardzo mnie to zabolało – relacjonuje wdowa.
Księdza do zmiany decyzji próbowała przekonać rada parafialna, jednak proboszcz Firszt pozostał nieugięty. Pogrążona w żałobie rodzina postanowiła nie czekać na łaskę księdza i pochowała pana Jana 20 km dalej, na cmentarzu w sąsiedniej parafii Raciechowice.
– Mamy w Dziekanowicach rodzinny grobowiec, spoczywają tu moi rodzice. Myślałam, że będę i ja z mężem. Nie rozumiem, co złego zrobiliśmy? Wszystkie dzieci były tu ochrzczone, wszystkie przystąpiły do komunii. Kiedy mąż był zdrowy, chodził do kościoła regularnie
– płacze kobieta.

Sprawa pochówku pana Jana zbulwersowała mieszkańców wsi.
– To nie pierwsze takie zachowanie księdza. Jemu się wydaje, że jest Bogiem i będzie oceniał, kto jaki ma mieć pogrzeb – denerwuje się jedna z mieszkanek Dziekanowic.
– Ksiądz jest na parafii raptem cztery lata i rządzi się jak szara gęś. Niedawno zmarła starsza kobieta, miała alzheimera i do kościoła już nie chodziła. Jak zmarła, to pogrzeb z łaski zrobił, bez komunii dla uczestników. Problemy z chrzcinami i ślubami ciągle robi. Ludzie boją się odezwać, bo na złość sakramentów nie udziela. Zasłania się prawem kanonicznym – opowiada kobieta.

O wyjaśnienia próbowaliśmy zapytać ks. Firszta, niestety jego telefon milczy. O stanowisko w tej sprawie poprosiliśmy więc Archidiecezję Krakowską, której podlega proboszcz Firszt. Nasze pytania: „Jak kuria wyjaśni takie zachowanie duszpasterza Firszta?”, „Jakie konsekwencje poniesie ksiądz?” i „W jakiej sytuacji ksiądz może odmówić pochówku i czy opisany przypadek kwalifikuje się do tego?” zostały jednak bez odpowiedzi.

Kanoniczny szwedzki stół

Z wyjaśnieniami spieszy jednak katolicki portal Opoka.pl, gdzie doktor prawa kanonicznego ks. Benedykt Glinkowski tłumaczy:
„Kodeks prawa kanonicznego określa wypadki, w jakich wierny zostaje pozbawiony prawa do pogrzebu kościelnego. Pogrzebu kościelnego powinni być pozbawieni: notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy (por. KPK, kan. 751), osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze chrześcijańskiej, inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego zgorszenia wiernych (por. KPK, kan. 1184 § 1)” – wylicza ksiądz i dodaje:
„Czasami jednak zdarzają się sytuacje, że ochrzczony notorycznie nie korzysta z sakramentów Kościoła (spowiedź św., Eucharystia…). Notoryczne niepraktykowanie nie jest jednak dowodem na apostazję. Duszpasterz powinien przy nadarzającej się okazji upewnić się, że człowiek ten nie chce mieć nic wspólnego z wiarą i Kościołem, np. w czasie odwiedzin kolędowych. Co więcej, powinien fakt ten odnotować w kartotece parafialnej albo, jeszcze lepiej, sporządzić dokument pisany, stwierdzający stan faktyczny z podpisem zainteresowanej osoby. Bez takiego upewnienia się duszpasterz nie ma prawa odmawiać pogrzebu, argumentując, że osoba ta nie praktykowała” – wyjaśnia ks. Glinkowski.

Wygląda więc na to, że ks. Firszt urządził sobie z parafii prywatny folwark, a prawo kanoniczne traktuje jak szwedzki stół, z którego bierze tylko to, co mu pasuje. A jego przełożeni stosują swoją starą sprawdzoną metodę – milczenie. Oczywiście „w imię Boże”.
A ludzie, którzy swoim życiem dawali dowody miłości bliźnich i poświęcenia dla nich? No, bądźmy poważni: myślicie, że w polskim Kościele ktoś jeszcze wierzy w Ewangelię? Jeśli tak, to jest naiwny. Władza i pieniądze – to prawdziwa religia kleru. Pycha jest w niej główną cnotą. Ci, którzy ją posiądą nabierają boskości; przynajmniej we własnych, zakłamanych oczach.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPokazówka Hosera
Następny artykułKoloratka ponad prawem
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).