Krzysztof Brzózka przez 13 lat walczył z alkoholizowaniem Polaków, zarządzając Państwową Agencją Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Nagle stracił posadę, bo to, co mówił o problemach w Polsce, nie przystawało do rządowej wizji narodu.

W trakcie szefowania agencji udało się panu sporo osiągnąć.
Kiedy zacząłem pracę w PARPA szybko zorientowałem się, że kadra agencji to jej największy potencjał, w który warto inwestować. Dziś – i to mogę uznać za swój sukces zarządczy – wielu pracowników PARPA robi doktoraty, występują jako prelegenci na międzynarodowych konferencjach dotyczących uzależnień. PARPA jest dziś znana i ceniona na całym świecie, współpracuje ze światową czołówką naukową. Jako jej dyrektor i jedna z dwóch osób w Europie zostałem powołany przez WHO do zespołu doradców przy sekretariacie Światowej Organizacji Zdrowia ds. uzależnień, teraz jest ich siedmiu, jest konkurencja, co według mnie świadczy o korzystnych zmianach. Osobiście zaangażowałem się w politykę dotyczącą alkoholu, w pokazywanie błędów przy redukcji szkód i wyrzucenie z kręgów Ministerstwa Zdrowia lobbystów alkoholowych. Udało się, i też uważam to za ogromny plus.

Przez okres zarządzania PARPA żył pan raczej na stopie pokojowej z kolejnymi ekipami rządzących, co więc się stało, że nagle postanowił pan zacząć głośno i wszędzie mówić o alkoholowych problemach Polaków?
Gdy Polską rządzili liberałowie, sprawa była jasna – takie koncepcje jak ograniczenie sieci sprzedaży alkoholu, wprowadzenie ceny minimalnej za 0,5 l wódki czy likwidacja „małpek” w ogóle nie podlegały dyskusji. Liberałowie twierdzili: „jest wolny rynek, jak ktoś chce się zapić, ma do tego prawo”. Gdy rządy objął PiS, który dogadywał się z Kościołem, a Kościół był zainteresowany włączeniem się do walki z alkoholizacją Polaków, opracowując nawet Narodowy Program Trzeźwości, sądziłem, że może wreszcie uda się wprowadzić jakieś istotne zmiany systemowe. Władze wiele obiecywały. Przyklaskiwały zarówno działaniom PARPA, jak i Konferencji Episkopatu Polski, pod sztandarami której powstał wspomniany program. Tymczasem wszystkie obietnice rządu okazały się czcze. Dosłownie nie zrobiono nic, kompletnie nic z tego, co obiecano. I chyba to właśnie przelało czarę goryczy.

Dlatego w kwietniu tego roku na konferencji w Sejmie głośno nazwał pan rządzących hipokrytami?
Powiedziałem, że nie potrzebuję laurek, gratulacji i podziękowań od prezydenta, prezesa, premiera i wszelkiej maści ministrów, jakie mi słali, ale potrzebuję konkretnych decyzji i działań. Dodatkowo chwilę później okazało się, że dyskutowana przeze mnie z ministrem zdrowia i dokładnie opracowana nowelizacja systemu kształcenia terapeutów uzależnień w wersji, która ujrzała światło dzienne na stronach rządowego centrum legislacji, diametralnie odbiega od naszych ustaleń, w efekcie pogarszając, a nie polepszając dotychczasowy system. Oczywiście wywołała falę oburzenia terapeutów uzależnień oraz środowiska abstynenckiego, a ja się z tym oburzeniem zgadzałem i nie zamierzałem trzymać strony Ministerstwa Zdrowia (MZ).

A potem jeszcze zaczął pan udzielać się w mediach, mówiąc o tym, że Polacy piją coraz więcej i że trzeba podjąć restrykcyjne działania, by temu zapobiegać i utrudnić ludziom dostęp do alkoholu…
I w końcu stałem się dla obecnego rządu persona non grata. To, co mówiłem, nie przystawało do roztaczanej przez władzę wizji Polski jako kraju wiecznej szczęśliwości, krainy mlekiem i miodem płynącej. Mówiłem raczej, że zamiast miodu i mleka w Polsce płyną wysokoprocentowe trunki.

I się pan doigrał. Jak uzasadniono pana odwołanie z funkcji szefa agencji?
Dostałem uzasadnienie w rodzaju: „Sklep jest nieczynny z powodu, że jest zamknięty”, czyli zwolniłem pana, ponieważ miałem do tego prawo. To oczywiście jest prawda. Prawo do tego minister ma.

Ponoć minister Szumowski „utracił do pana zaufanie”?
Po pierwsze, nie wiem czy to, że nie trzymam linii Ministerstwa Zdrowia, która jest sprzeczna z interesem społecznym i z celami agencji, jest wystarczającym powodem, by zasłużyć na „utratę zaufania”. A po drugie, minister Szumowski w mojej sprawie, o ile wiem, nie wypowiadał się. Moje odwołanie podpisał bowiem wiceminister Król.

A czy to nie minister, według statutu MZ, powinien decydować o odwołaniach urzędników państwowych?! Może się okazać, że pan w zasadzie wcale nie stracił posady?
Może. Przy tej władzy wszystko jest możliwe.

Musiał się pan jednak spodziewać podobnych konsekwencji swoich działań, kiedy rozpoczął medialną krucjatę na rzecz trzeźwości narodu…
Owszem, zakładałem, że może mnie to kosztować utratę stanowiska, jednak uznałem, że gra jest warta ryzyka. Poziom spożycia alkoholu w Polsce drastycznie rośnie.

Nadal uważa pan, że było warto?
Oczywiście, zresztą to, że nie jestem już dyrektorem agencji nie znaczy, że zaprzestanę działań na rzecz trzeźwości. Obecnie zaangażowałem się m.in. w rozwój projektu Helping Hand – aplikacji wykorzystującej sztuczną inteligencję i wspomagającej proces wychodzenia z nałogu alkoholowego. Działam także przy wdrażaniu w polskich szkołach doskonałego amerykańskiego programu profilaktycznego „Good behavior game”, który, choć wprost nie porusza problemu uzależnień, skutecznie im zapobiega.

Dlaczego postanowił pan jednak zostać przy rozwiązywaniu problemów alkoholowych?
Wychowywałem się na przedmieściach Warszawy. Z grona kolegów, z którymi dorastałem, żyję jeszcze tylko ja. Większość zabił przedwcześnie nałóg. Może na szczeblu rządowym więcej zrobić w tej kwestii nie mogę, ale – cytując klasyka – będę robić swoje gdzie indziej. Tam, gdzie się da, bo uważam, że trzeba.

Czy rzeczywiście wierzy pan, że restrykcjami czy zakazami da się ograniczyć spożycie alkoholu przez Polaków?
Da się to zrobić, działając kompleksowo. Zapobiegając uzależnieniu, ograniczając sprzedaż alkoholu, zapewniając dostęp do leczenia, edukując, proponując innowacyjne rozwiązania. Co do zakazów i ograniczeń, mimo że wiele osób twierdzi, że w kwestii używek niewiele da się poprzez nie osiągnąć, proszę chociażby spojrzeć na Szkocję. Z danych British Association for the Study of the Liver (BASL) wynika, że w latach 2017–2018 Glasgow zmniejszyło liczbę zgonów związanych z alkoholem o 21,5 proc., na co niemały wpływ miało właśnie zwiększenie cen alkoholu. Czy zdaje sobie pani sprawę, że koszty ekonomiczne picia i palenia każdego roku przekraczają cały roczny budżet Ministerstwa Zdrowia?

Tym bardziej Ministerstwu Zdrowia powinno zależeć na tym, by Polacy pili jak najmniej?
Powinno, ale najpierw musiałoby ono uznać, że jest problem, a najwidoczniej nie chce. Pijany naród prawdopodobnie bardziej opłaca się władzy. Co bowiem robi polski rząd? Minister rolnictwa chce gorzelni w każdej wsi, bo niby to poprawi sytuację rolników. Serio? Nie od dziś wiadomo, że małe wiejskie sklepy żyją głównie ze sprzedaży alkoholu. Jak rolnicy zaczną legalnie pędzić swoje nalewki, małe sklepy poupadają. Po chleb trzeba będzie jeździć 30 km, ale wódy będzie pod dostatkiem. Podobnie z programem 500 plus. Jako szef agencji zawsze byłem za tym, żeby jak najwięcej pomagać rodzinom, wspierać dzieciaki, dając im darmowy dostęp do terapii, leczenia, edukacji profilaktycznej itd., ale nigdy nie popierałem wciskania ludziom pieniędzy do ręki. Bo jak już za te 500 zł kupią sobie te telewizory, tostery czy inne dobra, a nie mając zwyczaju oszczędzania, co ewentualnie mogłoby ich zabezpieczyć na okoliczność inflacji czy wzrostu cen, w chwili kryzysu sięgną po tę najprostszą, najszybciej dostępną formę „rozrywki”, czyli alkohol.

Perspektywa dość beznadziejna.
Ale ja wciąż jestem niepoprawnym optymistą i mimo wszystko liczę, że są w tym kraju jeszcze politycy, którym zależy na trzeźwym narodzie. Dlatego mam nadzieję, że 13 października Polacy pójdą do urn i zagłosują mądrze.

Facebook Comments