Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź znów jest na ustach wszystkich. Po raz kolejny na światło dzienne wyszły patologiczne zachowania duchownego, który od lat cieszy się nietykalnością. Kim jest osławiony „Flaszka”?
Opozycjonista

74-letni biskup pochodzi z Bobrówki na Podlasiu. Mieszkańcy miejscowości uważani są za tzw. białoruskich katolików; najstarsi posługują się jedną z gwar języka białoruskiego. Głódź, przynajmniej w teorii, powinien odznaczać się nieco szerszymi horyzontami i być bardziej otwarty na sprawy mniejszości. Nic bardziej mylnego, arcybiskupa śmiało zaliczyć można do najtwardszego betonu narodowo-katolickiego. Nie wiadomo, jakie doświadczenia z Białorusinami miał Głódź, wiadomo natomiast, że szybko zaangażował się w działalność antykomunistyczną. W 1963 r. wraz z kolegami z LO w Sokółce założył opozycyjną organizację Białe Orły. Chłopcy marzyli o usunięciu z Polski oddziałów Armii Radzieckiej i przeprowadzili kilka akcji „dywersyjnych”. Jedną z nich było zniszczenie dekoracji pierwszomajowych: uczniacy uszkodzili czerwone sztandary należące do sokólskiego PZPR i rzucali kałamarzami z atramentem w portrety Marksa i Engelsa.
17-letni Głódź doigrał się i – jak podaje „Wprost” – za działalność antypaństwową stanął przed sądem. Trzy miesiące spędził w Centralnym Więzieniu Karno-Śledczym w Białymstoku, a następnie został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Młodemu Sławojowi udowodniono, że namalował plakat przedstawiający białego orła z sierpem pod szyją i młotem nad głową, co miało jednoznacznie antyradziecki i antykomunistyczny wydźwięk. Udało mu się uniknąć kary więzienia, nie ominęła go jednak inwigilacja SB; funkcjonariusze zwerbowali dwóch tajnych współpracowników, którzy śledzili go w ramach działań „operacyjno-śledczych”. Możliwe, że kapusiami byli kumple Sławoja ze szkolnej ławy, tak przynajmniej twierdzi dr Krzysztof Sychowicz z IPN.

Antykomunistyczna awantura doprowadziła do usunięcia go ze szkoły. Sławoj nie mógł się dostać do innej, co – być może – skłoniło go do wstąpienia do Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku. Jego kariera w Bożej winnicy rozpoczęła się w 1964 r. (maturę zdał w liceum zaocznym) i rozwinęła się bardzo pomyślnie, szybko piął się po szczeblach kariery. Jedyną przeszkodą, która pojawiła się w tym czasie, była dwuletnia służba w Ludowym Wojsku Polskim. Głódź został włączony do jednej z kompanii kleryckich i służył w 32. Budziszyńskim Pułku Zmechanizowanym w Kołobrzegu oraz Mazurskiej Brygadzie Saperów w Szczecinie-Podjuchach.

Złote dziecko

W czerwcu 1970 r. został księdzem. Święceń udzielił mu bp Henryk Gulbinowicz, a więc duchowny, którego nazwisko pojawia się w głośnym dokumencie „Tylko nie mów nikomu”. Kościelny hierarcha miał w 2005 r. złożyć w prokuraturze poręczenie za księdza pedofila Pawła K., a kilkanaście lat później sam został oskarżony o dopuszczenie się nadużyć seksualnych.

Głódź, najwidoczniej, cieszył się zaufaniem przełożonych, bo wkrótce skierowano go na studia na Wydziale Prawa Kanonicznego Instytutu Katolickiego w Paryżu. W stolicy Francji pracował kilka lat jako duszpasterz lokalnej Polonii. Następnie przeniósł się do Włoch, gdzie doktoryzował się w Papieskim Instytucie Wschodnim. W latach 80. rozpoczął pracę w Stolicy Apostolskiej, służył m.in. w Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich oraz współpracował z Radiem Watykańskim. Często odwiedzał ojczyznę, angażując się jako kapelan białostockiej Solidarności.

Żołnierz

Związki z opozycją zaowocowały przywilejami, które spłynęły na niego po 1989 r. Już w 1991 r. otrzymał sakrę biskupią, a święceń udzielili mu przedstawiciele ścisłej elity Kościoła katolickiego w Polsce: kardynał Glemp, arcybiskup metropolita wrocławski Gulbinowicz i arcybiskup metropolita krakowski Macharski. Jeszcze w tym samym roku mianowano go biskupem polowym Wojska Polskiego (starcie o ten urząd wygrał z m.in. ks. prałatem Henrykiem Jankowskim). Głódź „przesłużył” w siłach zbrojnych 15 lat (13 lat jako biskup polowy i dwa lata służby zasadniczej) i „dosłużył” się kolosalnej emerytury; według MON dostaje kilkanaście tysięcy zł miesięcznie. Tak duża kwota budzi kontrowersje. Duchowny dostaje pieniądze, które – jak przyznał MON – przysługują dopiero po odsłużeniu 35 lat służby. Problemem, jak już wspomnieliśmy, jest to, że w LWP i WP spędził zaledwie 15 lat…

Skąd takie rozbieżności? Tego nie wiemy, znamy natomiast treść komunikatu, który MON przesłało portalowi Money.pl. „Biskup generał Leszek Sławoj Głódź, zgodnie z ustawą z 10 grudnia 1993 r. o zaopatrzeniu żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin (Dz.U. 2019, poz. 289), jak każdy zwolniony z zawodowej służby wojskowej generał z pełną wysługą emerytalną powyżej 35 lat i w zależności od posiadanego stopnia może otrzymać emeryturę wojskową w przedziale od 10,760 zł do 17,725 zł brutto” – napisali przedstawiciele resortu.

„Flaszka”

Głódź, jako biskup polowy, poznał elitę towarzysko-polityczną kraju. W tym czasie zapracował na pseudonim „Flaszka”. Arcybiskup, według relacji wielu osób, nie stroni od alkoholu i sytych imprez. W 2013 r. Leszek Miller wyjawił, że to właśnie duchowny upił prezydenta Kwaśniewskiego, który raczył się z nim whisky w samolocie do Charkowa. „Nie wiem, który ile wypił, ale po Kwaśniewskim było widać, a po Głodziu nie” – powiedział były premier w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Jak zauważył Miller, Głódź z pewnością nie należy do osób wylewających za kołnierz i narzekających na „słabą głowę”. Tezy przedstawione przez polityka SLD potwierdzone zostały przez nieżyjąca już Janinę Paradowską. „Wszyscy dziennikarze, którzy tam byli, wiedzieli i opowiadali po całej Warszawie, że to biskup Głódź uczynił, ale on ma mocną głowę, a Kwaśniewski słabą, więc po biskupie widać nie było, a po prezydencie było” – napisała na swoim blogu dziennikarka.
Zarzuty dotyczące alkoholowych ekscesów „Flaszki” powróciły, gdy we „Wprost” ukazał się reportaż Magdaleny Rigamonti. Kapłan, według relacji współpracowników, miał pochłaniać olbrzymie ilości alkoholu, a następnie terroryzować podwładnych. Wiarygodność Rigamonti została wzmocniona wypowiedziami osób, które były świadkami/ofiarami patologicznych zachowań hierarchy. „U nas panuje ustrój feudalny. Jest pan i są podwładni. I wszystko byłoby dobrze, bo przecież ślubujemy arcybiskupowi posłuszeństwo. Ale jeśli ten arcybiskup nie zachowuje się jak duchowny katolicki, tylko jak okrutny władca, to musimy o tym zacząć mówić” – przyznał anonimowy ksiądz. Kolejne opisy, w których „Flaszka” występował jako połączenie możnowładcy i agresywnego degenerata, wywołują gęsią skórkę. Ofiary mobbingującego arcybiskupa, jak się okazało, zwyczajnie bały się interweniować, co tylko potęgowało jego poczucie bezkarności. „Ludzie z kurii potrafią straszyć. Wiem, że byli u przyjaciół księdza dręczonego przez abp. Głódzia. Grozili, że jeśli nie wpłyną na młodego kapelana, nie odwiodą go od składania do sądu sprawy przeciwko Głódziowi, to jego życie będzie zniszczone” – stwierdził inny świadek.
Jeden z księży był stałą ofiarą hierarchy. Głódź budził go w środku nocy i zmuszał do przygrywania na akordeonie podczas suto zakrapianych przyjęć (nawiązano do tego w „Klerze” Smarzowskiego). Innym razem arcybiskup wymusił na nim, żeby ten, w środku nocy, opuścił apartament i udał się w miasto w poszukiwaniu odpowiedniego gatunku kiełbasy, która posłużyć miała jako zagrycha pod arcybiskupią wódkę. Do obowiązków kapłana należało także rozlewanie alkoholu do kieliszków (Głódź zachęcał go słowami „Co ty, kurwa, nawet nalać nie potrafisz!?”). Także poranki młodego księdza nie zaliczały się do przyjemnych, musiał liczyć się z tym, że w każdej chwili może zostać zbudzony. Najgorsze były dni po imprezie, kiedy „Flaszka” był na kacu i – najwyraźniej – nie do końca kontaktował. „Wczorajszy” arcybiskup żądał dostarczenia „actimelka” (napój mleczny, podobno skuteczny w leczeniu kaca – przyp. red.), rzucając przy tym obleśne teksty w stylu „bądź moim actimelkiem!”. Młodzian był wulgarnie lżony przy każdej okazji, Głódź wybrał go na ofiarę i kompromitował przy przyjaciołach (także znanych politykach). Agresywny arcybiskup był na tyle „odważny”, że obrażał nawet członków rodziny Bogu ducha winnego księdza.

Bogacz

Głódź może pochłaniać morze drogiego alkoholu, bo go na to stać. Arcybiskup jest posiadaczem pokaźnego majątku, którego pozazdrościć mógłby mu niejeden milioner. Prestiż Głódzia wzrósł po 2008 r., kiedy Benedykt XVI mianował go arcybiskupem metropolitą gdańskim. Jako duchowny tak wysokiej rangi ma dostęp do wszystkich przywilejów, jakimi cieszy się kler. Do dyspozycji oddano mu rezydencję w Bobrówce. Posiadłość w jego rodzinnej wsi ma powierzchnię dwudziestu hektarów, a sama ziemia warta jest około miliona złotych. Budynki wraz z wyposażeniem, jak donosi „Newsweek”, mogą kosztować nawet dwa lub trzy razy więcej. W skład kompleksu wchodzą m.in. hodowla danieli, kościół i budynki gospodarcze. Rezydencja bardziej przypomina pałac gangstera z filmu „Człowiek z blizną” aniżeli miejsce, w którym jeden z duchowych przywódców narodu spędzić ma czas na emeryturze. Prywatny folwark jest strzeżony, a wstęp mają tylko „sąsiedzi” arcybiskupa. Na terenie znajdują się budynki oznaczone napisami: Centrum Charytatywno-Opiekuńcze Caritas Bobrówka, Caritas Archidiecezji Białostockiej Ośrodek Opiekuńczo-Rehabilitacyjny, Gabinet Kinezyterapii, Gabinet Fizjoterapii i NZOZ Stacja Opieki Caritas Archidiecezji Białostockiej.

Na co dzień Głódź zajmuje „skromniejszą” rezydencję w Gdańsku. Zabytkowy budynek, otoczony wielkim ogrodem, jest położony przy ul. Brzeskiej w dzielnicy Stare Szkoty. Siedziba odrestaurowana została już za jego kadencji, decyzja o rozpoczęciu remontu była podobno jedną z pierwszych, jakie Głódź podjął po przeprowadzce do Trójmiasta. Według relacji tygodnika „Wprost”, arcybiskup wyprowadził się z kurii i zamieszkał w tej rezydencji tylko po to, aby „ukryć swój problem z alkoholem, a biesiady i pijackie burdy odbywały się w prywatnym miejscu, a nie w kurii”. Swoją cegiełkę do komfortu biskupa dołożyły władze Gdańska, które odsprzedały działkę otaczającą posiadłość zaledwie za 4,5 tys. zł, choć jej rynkowa wartość wyceniana była na 457 tysięcy.

Media o rezydencji przypomniały w maju br., a więc krótko przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na płocie pałacu umieszczono plakat reklamujący jedną z kandydatek PiS. Głódź podobno nie wiedział o tym i nie wyraził zgody na wykorzystanie rezydencji do politycznych celów. Wkrótce potem willa stała się miejscem happeningu trójmiejskich działaczy Wiosny. Lewicowcy zarzucili na płot prześcieradło, na którym wyświetlono film „Tylko nie mów nikomu” (użyto do tego przenośnego rzutnika); była to odpowiedź na opinię arcybiskupa, który wypalił, że nie zapoznał się z dokumentem, bo „nie ogląda byle czego”.

Obrońca

Nawet jeżeli Głódź tępił nieporadnych księży, to – według relacji medialnych – wykazywał niebywałą tolerancję dla zboczeńców w sutannach. Kilka miesięcy temu „Gazeta Wyborcza” alarmowała, że arcybiskup ukrywał ks. Mirosława Bużana, który w 2009 r. miał molestować kilkunastoletnią dziewczynkę. Bużan, jakby tego było mało, miał awansować. „To nie była pedofilia” – upierał się Głódź, którego dziennikarze „Wyborczej” zapytali o powiązania ze zboczeńcem. Hierarcha bronił także ks. Krzysztofa K., oskarżonego o seks z 14-latką; Głódź załatwił mu przenosiny do kolejnej parafii. Fan „actimelków” cenił również ks. prałata Henryka Jankowskiego, którego przywrócił na stanowisko proboszcza parafii św. Brygidy. W 2010 r. kapelan Solidarności został przez niego odprawiony na drugi świat słowami: „Żegnaj, rycerzu Rzeczypospolitej”.

Niekończąca się opowieść

Kościół ma z Głódziem problem. Na światło dzienne wyszły kolejne skandale z udziałem kontrowersyjnego arcybiskupa dzięki reporterom TVN-owskiego „Czarno na białym”. Dziennikarze przybliżyli widzom mobbing, którego ofiarą padli współpracownicy trójmiejskiego hierarchy. „Jak przytyjesz kilogram, wypierdolę cię po roku”, „Nie pierdol, rozjeżdżasz się gdzieś po diecezji, masz za dużo czasu”, „Nie potrafią jajka ugotować, cioty pierdolone”, „Jesteś gówno, jesteś jak to opakowanie, beczkę soli musisz jeszcze zjeść” – to tylko niektóre wypowiedzi podstarzałego kapłana, ukazane w reportażu. Część ofiar agresora zgłosiła się po pomoc do nuncjusza apostolskiego abp. Salvatore Penacchia i jego poprzednika abp. Celestino Migliore. Mimo to wobec Głódzia nie wyciągnięto konsekwencji.

Wyzwiska i agresja to niejedyne cechy bohatera artykułu, przedstawione przez reporterów. Okazuje się, że „Flaszka” wykreował swoisty kult jednostki. Podlegający mu kapłani musieli ofiarowywać mu drogie prezenty. Upominki i lizusostwo zostały ukazane w materiale jako najlepsza droga do zawodowego awansu. Głódź wymagał także wysokich „ofiar” (a właściwie danin) od księży z podległej diecezji. Przykładowo za posługę bierzmowania Głódź wołał sobie… kilkanaście tysięcy złotych. Księża, którzy nie byli w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez „Flaszkę”, byli często degradowani i przenoszeni do innych parafii.

Zarzuty przedstawione w „Czarno na białym” potwierdziła grupa 16 kapłanów w specjalnym oświadczeniu przygotowanym dla Polskiej Agencji Prasowej. Opinia duchownych nie zrobiła wrażenia na hierarchach Kościoła. „W związku z programem pt. Czarno na białym, wyemitowanym przez stację TVN24 24 października 2019 roku, wyrażamy swoje oburzenie i dezaprobatę wobec pełnej agresji narracji, która odbiega od rzeczywistości. W materiale tym obraz Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia został zakłamany i zmanipulowany w oparciu o anonimowe relacje uczestników programu oraz przy wsparciu niektórych duchownych. Uderzenie w Pasterza archidiecezji odbieramy także jako systemowy atak wymierzony w duchowieństwo i wiernych Archidiecezji Gdańskiej. Wyrażamy naszą solidarność z Metropolitą Gdańskim” – napisali w oświadczeniu… przedstawiciele archidiecezji gdańskiej. Dokument podpisany został przez m.in. biskupów pomocniczych, moderatorów Gdańskiego Seminarium Duchownego, prepozytów kapituł, kolegium konsultorów i dziekanów wszystkich dekanatów przywołanej archidiecezji.

Jeszcze dziwniejsze jest wsparcie dla „Flaszki” ze strony… ks. Wojciecha Lemańskiego. „Złego słowa o abp. Sławoju Leszku nie powiem. Wiele lat byłem przy arcybiskupie w diecezji warszawsko-praskiej i nigdy się z takimi zachowaniami nie spotkałem” – wyznał przedstawiciel liberalnego „kościoła łagiewnickiego”.

Jedynymi kościelno-katolickimi krytykami Głodzia, o dziwo, okazali się najbardziej zapaleni konserwatyści. Arcybiskupa skrytykował m.in. znany z fundamentalizmu Tomasz Terlikowski. „Dla mnie ta sprawa jest wstrząsająca. Wiedza o tym, jak ksiądz arcybiskup traktuje podwładnych, jest powszechna od czasu jego ordynariatu polowego, bo już wtedy tak traktował podwładnych. Później tak było w archidiecezji
warszawsko-praskiej, teraz tak jest w Gdańsku” – skomentował katolicki publicysta. Równie kategoryczny okazał się ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: „Powinien być usunięty z urzędu. On jest antyświadectwem Kościoła polskiego w tym znaczeniu, że świadczy źle”.
Sprawa mobbingu trafiała już do nuncjatury dwukrotnie. Teraz pojawiła się na dziewięć miesięcy przed przejściem Głódzia na emeryturę. „Flaszka” do końca swoich dni, które spędzi w pałacu w rodzinnej miejscowości, będzie cieszył się zupełną bezkarnością i pławił w nieosiągalnych dla swoich owieczek luksusach.

***

Kościół, stając w obronie Głódzia i innych „gwiazd” episkopatu (chociażby Dziwisza, Hosera, Jędraszewskiego, Gulbinowicza czy Gądeckiego), dał się zapędzić w kozi róg. Całe to grono reprezentuje najgorsze cechy katolickich hierarchów. Ich obrona jest czymś na wzór obrony dinozaurów, a więc istot skazanych na wymarcie, które i tak zostaną zastąpione nowymi, ale posiadającymi te same cechy: chciwość, arogancję i obłudę…

Facebook Comments
Poprzedni artykułParada kuriozów
Następny artykułWampiry polskie – Kaczyński i biskupi
Urodziłem się w 1996 roku. Pochodzę z Wybrzeża i przez całe życie mieszkam w województwie zachodniopomorskim. Obecnie kończę studia licencjackie na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego. (Głęboko wierzy w to, że zdoła poprawić świat, ale młody wiek usprawiedliwia tę naiwność - przy. red.).