Odwleka się nieuchronny, wydawałoby się, koniec politycznej kariery premiera Izraela Benjamina Netanjahu. O ile kształtującego się biegu rzeczy nie zakłóci sąd powszechny.

Tak to jest, gdy do polityki biorą się amatorzy. Benny’ego Ganca, lidera centrowego bloku Niebiesko-Biali, pewnie można pozytywnie oceniać w charakterze byłego szefa Sztabu Generalnego izraelskiej armii, ale – jak się okazało – nie da się o nim powiedzieć wiele dobrego jako o polityku. Miał już w ręku złoty róg: misję stworzenia rządu od prezydenta Riwlina i w pocie czoła uzbieraną większość w Knesecie po ostatnich (trzecich w ciągu 12 miesięcy) wyborach. Zamiast brać to wszystko, niespodziewanie ogłosił zamiar utworzenia gabinetu jedności narodowej z Benjaminem (Bibim) Netanjahu, na ostrej krytyce którego przebojem wdarł się do parlamentu. Być może było to szczytne posunięcie w czasie dotkliwie dotykającej społeczeństwo Izraela epidemii, ale też dla większości jego zwolenników zupełnie niezrozumiałe.

Dalsza część artykułu dostępna dla posiadaczy prenumeraty cyfrowej. Wykup dostęp już za 4 zł!
Zaloguj się lub Wykup
Sprawdź Wykup
Anuluj
Pełny dostęp do treści na 7 dni za 4 zł.
Pełny dostęp do treści na 30 dni za 15 zł.
Pełny dostęp do treści na 90 dni za 40 zł.
Pełny dostęp do treści na 180 dni za 70 zł.
Odblokuj na 7 dni
Odblokuj na 30 dni
Sprawdź
Odblokuj na 90 dni
Odblokuj na 180 dni
Odblokuj
Anuluj

Facebook Comments