Plan wyhodowania warstwy intelektualnych liderów IV RP się nie powiedzie.
Radio

Pierwszy dzień roku, jak zawsze przynajmniej od kilku lat, rozpocząłem od słuchania Topu Wszech Czasów w radiowej Trójce. Nie oglądam już TVP (w ogóle, nie mogę znieść tego żenującego pseudodziennikarstwa) i rzadko słucham publicznego radia, ale dla całodziennej prezentacji stu najważniejszych utworów muzyki rockowej w historii zrobiłem wyjątek. Program III Polskiego Radia ma wiernych odbiorców, muzycznie wychowanych na dobrym kanonie muzyki rozrywkowej, więc można było mieć pewność, że dokonany przez nich wybór zaspokoi najbardziej wyrafinowane gusta. Tak było przez 25 lat istnienia plebiscytu. Generalnie ułożona przez trójkowiczów lista składała się z tych samych, ponadczasowych, „kawałków”, trochę przesuwanych w górę lub w dół, jeśli chodzi o kolejność odtwarzania.
Ale nie tym razem. Ku zaskoczeniu nie tylko mojemu, ale też prowadzących audycję dziennikarzy muzycznych, w tym roku na tej wielkiej liście przebojów zaszły gruntowne zmiany. Spora część utworów wypadła, pojawiły się zupełnie nowe – często mi nieznane. Może to przypadek. Może po prostu ludziom trochę znudziło się słuchanie, nawet jeśli tylko raz w roku, tych samych pieśni. Ale może – przyszło mi do głowy – zmieniła się nie tyle muzyka, co… słuchacze.

Grono ludzi skupionych wokół rozgłośni przy ulicy Myśliwieckiej w Warszawie jest (było?) wymagające. Od radia oczekiwali nie tylko dobrej muzyki, ale i mądrego słowa. Z czasem – choć nie tak drastycznie jak w przypadku innych mediów „narodowych” – z tym ostatnim było coraz trudniej. Odpływaliśmy coraz szybciej. Z 8,3 proc. wszystkich radiosłuchaczy w 2009 r., liczba tych, którzy mają nastawione odbiorniki lub komputery na częstotliwości Trójki, skurczyła się do 4,9 proc.

Może jednak jest jeszcze gorzej. Dość prawdopodobne, że zniknęło nas więcej niż ta niemal połowa, a nasze miejsce zajęli nowi odbiorcy, zachęceni wywiadami politycznymi Pawła Lisickiego (redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”), felietonami Marcina Wolskiego, rozważaniami Wojciecha Reszczyńskiego czy licznymi materiałami o historii najnowszej w nurcie historiozoficznym promowanym przez rządowych urzędników.
Inaczej mówiąc, może PiS udało się zacząć kreowanie nowych elit – dla IV RP?

Szkoły i uniwersytety

Wykształcenie nowych elit od początku było marzeniem Jarosława Kaczyńskiego. Doskonale wiedział, że nie zbuduje narodowo-katolickiego państwa na wzór Portugalii António Salazara (ponoć naprawdę jest inspiracją Prezesa) z ludźmi przesiąkniętymi etosem wolności i przywiązanymi do zasad demokracji w rozumieniu kryteriów kopenhaskich UE.

Praktyka potwierdza to przeświadczenie. W gruncie rzeczy o to właśnie chodzi w wojnie Kaczyńskiego, Ziobry i Dudy z dziesięcioma tysiącami polskich sędziów. Przez 30 lat dorobiliśmy się armii jurystów mocno wierzących w praworządność, ideę państwa prawa i prymat prawa nad wolą polityków. I twardo zamierzających bronić tych wartości. Gotowych przy tym zaryzykować swoim komfortem i dobrobytem. Próba zastąpienia ich innymi, posłusznymi, spełzła na niczym, bo skłonnymi zgodzić się na odegranie tej roli okazały się niemal wyłącznie miernoty, niezdolne do robienia karier w ramach wcześniejszych procedur, gdzie trzeba było spełniać wysokie kryteria. Usiłowanie zbudowania prawniczej elity (Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, dwie nowe izby w Sądzie Najwyższym) w oparciu o takie osoby doprowadziło do niewyobrażalnego chaosu w systemie prawa.

Jednak państwo musi mieć swoją elitę: ludzi najbardziej kompetentnych, obdarzonych autorytetem, będących moralnymi drogowskazami. Nie da się zbudować IV RP wyłącznie z beneficjentami programu Rodzina 500+ w jej pierwszej odsłonie.

Prawo i Sprawiedliwość, choć powstało jako nieco bardziej konserwatywna wersja liberalnej partii zagospodarowującej centrum sceny politycznej, po połknięciu radykalnie prawicowej Ligi Polskich Rodzin i ludowej Samoobrony, stało się ugrupowaniem par excellence populistycznym. Jeśli był tam kiedyś, na początku, ktoś, komu od biedy można by przykleić etykietkę intelektualisty (Dorn? Ujazdowski?), to dawno został wypchnięty. Przez długi czas żadna z najlepiej wykształconych i cieszących się publicznym szacunkiem postaci nie chciała nawet zbliżyć się do PiS. Pamiętają państwo zaskoczenie, jakie wywołał profesor Piotr Gliński, gdy zgodził się być twarzą tej formacji? Partia musiała się posiłkować takimi osobami, jak Krystyna Pawłowicz czy Ryszard Legutko.

Dziś oczywiście jest łatwiej. Cztery lata rządów i możliwość dzielenia wielorakich apanaży zrobiły swoje. Może nie są to naprawdę wybitne persony, ale jacyś prawdziwi profesorowie zasilili szeregi. Choćby Zdzisław Krasnodębski czy Jacek Czaputowicz.
PiS potrzebna jednak jest masa, z której będą rekrutować się kolejni przywódcy intelektualni i duchowi. Jej „ugniecenie” jest możliwe – pokazali to na przykład komuniści w latach 40. czy 50. ubiegłego stulecia. Kaczyński wie, skąd czerpać wzorce.

I to się dzieje. Czy myślą państwo, że podstawowym problemem polskiej szkoły jest likwidacja gimnazjów oraz podwójne roczniki w liceach i technikach? Główne zło, jakie ją spotyka, kryje się w nowych programach. Około 4,25 mln młodych ludzi codziennie wtłacza się do głów mity o „żołnierzach wyklętych”, świętym i nietykalnym papieżu Polaku, bohaterskim Lechu Kaczyńskim, Wielkiej Polsce z nimbem mesjanizmu. Jeśli w nie – i w inne mity, baśnie i bajki w ramach tzw. polityki historycznej – uwierzą, jeśli te treści nie zostaną zneutralizowane przez nauczycieli, rodziców i internet, to dzisiejsi uczniowie staną się zaczynem nowych elit przyszłego państwa.
Te postawy trzeba oczywiście będzie umacniać w dalszym procesie edukacyjnym. Kto wie, jakie konsekwencje w tym względzie będzie miała reforma Gowina? Na razie spowodowała bałagan na wyższych uczelniach, ale profesura generalnie narzeka na proces centralizacji i osłabianie autonomii jednostek akademickich na rzecz pozycji rektora.

Mrzonki

To się jednak nie uda.
Łatwo było wymienić urzędników i menedżerów państwowych spółek. Niezauważenie podmienić słuchaczy rządowego medium to też pestka. Być może (zastrzegam, że wnioski opisane w pierwszej części tego artykułu są tylko efektem nagłych spostrzeżeń, nie ma na ten temat żadnych badań, które mogłyby moją intuicję potwierdzić) inżynieria społeczna okazała się w tym przypadku skuteczna; ale to względnie prosty przypadek. Dalej jest już bez porównania trudniej.

W szkole nie da się formować umysłów młodych ludzi na modłę oczekiwaną przez Kaczyńskiego, bo nie zechcą wziąć w tym udziału nauczyciele. Siedemset tysięcy pracowników oświaty zostało poniżonych przez obóz rządzący przy okazji ubiegłorocznego strajku i symbolicznych podwyżek. Dziewiętnastu tysiącom z nich podniesiono pensje 1 stycznia, bo… dostają płacę minimalną. Jeśli ta ostatnia wzrośnie jeszcze w bieżącym roku do 3000 zł – zgodnie z zapowiedzią z ostatniej kampanii wyborczej – to grupa upodlonych pedagogów (po studiach i wielu latach pracy) zasadniczo się powiększy. Wątpliwe, by udało się ich pozyskać do pisania historii na nowo, w sposób fałszywie wywyższający tych, na których zależy towarzystwu z Nowogrodzkiej.

Świat akademii ceni sobie wolność. W różnym znaczeniu, ale szczególnie swobodę myśli i wypowiedzi. Poza tym, to zbyt inteligentne środowisko, by nie dostrzegło prób dyskretnego przemycania jakichś treści. Sterowanie grantami i – generalnie – strumieniem pieniędzy nie pozostanie niezauważone. Usiłowanie wymuszenia czegoś skończy się tak, jak wojna z sędziami.

Jeszcze „gorzej” sprawa wygląda z twórcami kultury. Ci to już zupełnie nie dają się wpasować w nakreślone odgórnie ramy. A eksperymenty z kulturą alternatywną – np. filmy „Smoleńsk”, „Wyklęty” czy „Historia Roja” – stały się synonimem obciachu.
A przede wszystkim taka operacja wymaga czasu. Mnóstwa czasu. Dekad, nie lat. Tego Kaczyński, słabnący na zdrowiu 70-latek, na pewno nie ma. Nie ma też godnego siebie następcy, który mógłby kontynuować jego dzieło.
Więc, panie i panowie, zachowajmy spokój.

Facebook Comments