Kreując kult „żołnierzy wyklętych”, prawicowcy stworzyli panteon nowych wyklętych, złożony z weteranów lewicowych organizacji i oddziałów, traktowanych przez prawaków w kategoriach bandytów i stalinowców.

Obchodzony 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych od kilku lat wykorzystywany jest do promowania nacjonalizmu, buńczucznego patriotyzmu i szaleńczego antykomunizmu. Politycy, zaangażowani dziennikarze oraz nierzetelni historycy wynoszą pod niebiosa wszystkich uczestników powojennych walk z komunistami, nie zwracając uwagi na to, że roiło się wśród nich od zbrodniarzy i bandytów. Taktyka ta dała prawicy nowych herosów: twarze „wyklętych” zdobią bluzy, koszulki, okładki książek, puszki energetyków oraz opakowania prezerwatyw.

Ze świadomości Polaków wyrugowano jednocześnie pamięć o historycznych bojownikach związanych z lewicą i ruchem antyfaszystowskim. Wiele organizacji zostało całkowicie usuniętych z kart historii lub zohydzonych przez prawicowych inkwizytorów z Instytutu Pamięci Narodowej oraz ich zaczadzonych ideologią popleczników. Jakie ugrupowania znalazły się w gronie nowych wyklętych?

Dąbrowszczacy

Żołnierze XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego byli polskimi ochotnikami, którzy walczyli w wojnie domowej w Hiszpanii (1936–1939) po stronie lewicowych republikanów. Bohaterowie antyfaszystowskiej kampanii w większości byli robotnikami o wyraziście „czerwonych” poglądach. Współcześni doktrynerzy, np. sympatyzujący z prawicą historyk Piotr Gontarczyk, nazywają ich dziś „żołnierzami Stalina” lub „jeźdźcami komunistycznej apokalipsy”.

Taka kategoryzacja jest krzywdząca, bo wśród dąbrowszczaków znaleźli się zarówno antykomuniści z PPS, antystalinowscy i antyradzieccy trockiści, jak i anarchiści. Pluralizm Brygad Międzynarodowych nie zrobił wrażenia na „specjalistach” z IPN. Funkcjonariusze nowego ministerstwa prawdy uznali, że dąbrowszczacy walczyli o „budowę państwa stalinowskiego” i „służyli zbrodniczej ideologii komunistycznej”. Opinia stanowiła sygnał dla prawicowych publicystów, którzy wsparli ideologiczny front walki, stosując przy tym liczne manipulacje i fałszerstwa.

Latem 2017 r. Leszek Szymowski z „Uważam Rze Historia” popełnił artykuł „Pomocnicy spod czerwonej gwiazdy”. Oskarżył w nim dąbrowszczaków o udział w masakrze w sanktuarium Nuestra Señora de la Cabeza w maju 1937 r. Bojownicy antyfaszyzmu zostali oskarżeni w nim o dopuszczenie się bestialskich gwałtów na zakonnicach i zabójstwa katolickich księży. Działania niezależnych badaczy szybko wykazały, że zarzuty Szymowskiego to zwykłe ahistoryczne kalumnie. Dąbrowszczacy nie mogli uczestniczyć w opisywanych zbrodniach, bo w chwili rozgrywania dramatu znajdowali się 270 km od terroryzowanego klasztoru.

Część historyków twierdzi zresztą, że w sanktuarium nie doszło do żadnej zbrodni. Piotr Ciszewski, autor książki „Dąbrowszczacy”, uważa wręcz, że budynek stanowił schronienie dla niedobitków regularnych wojsk faszystowskich. Schwytani nacjonaliści – jak podaje Ciszewski – byli traktowani w humanitarny sposób.

Historyczna prawda nie ma jednak żadnego znaczenia. IPN zarządził, aby wszystkie ulice upamiętniające dąbrowszczaków zniknęły z krajobrazu Polski. Tabliczki ku czci antyfaszystów rozmontowano m.in. w Szczecinie, Koszalinie i Gdańsku. Próby wyrugowania pamięci o ochotnikach podjęto również w Warszawie, Olsztynie i Swarzędzu, gdzie do zmian nazw ulic nie doszło tylko ze względu na opór aktywistów, liberalnych samorządowców oraz racjonalne decyzje sądów administracyjnych.

Gwardia i Armia Ludowa

Gwardia Ludowa (od 1944 r. Armia Ludowa) jest kolejną organizacją, której pamięć jest bezczeszczona. Partyzanci tej formacji jako jedni z pierwszych zorganizowali odważne akcje wymierzone w Niemców. Oddziały GL-AL były ponadto jedynym zgrupowaniem stanowiącym bezpieczną przystań dla Żydów, Ukraińców, Białorusinów, Słowaków i innych mniejszości. Wśród weteranów podziemnej armii wyróżnić można bohaterów, takich jak Icchak Cukierman czy Marek Edelman.

W oczach prawicowców weterani z GL-AL to kryminaliści, antysemici i kolaboranci. Wszystko za sprawą IPN-owskich historyków Piotra Gontarczyka, Marka Jana Chodakiewicza (tego od niesławnego „chomika w odbytnicy” i „bzykania w kakao”) oraz Leszka Żebrowskiego, którzy w swoich publikacjach zrobili wszystko, aby zohydzić Polakom etos marksistowskiego podziemia. Badacze wyciągnęli niemal wszystkie kontrowersyjne tezy dotyczące GL-AL i przedstawili je jako fakty.

I tak czytelnikom zaserwowano zbiór domysłów, opierających się m.in. na wspomnieniach członków faszyzujących NSZ (!) i innych prawicowych ugrupowań. Jeszcze większe kontrowersje budzi jednak to, że w dziełach wspomnianych badaczy wykorzystano nawet materiały stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Urząd Bezpieczeństwa prowadził bowiem śledztwo w sprawie „odchyleń prawicowo-nacjonalistycznych” w polskim ruchu komunistycznym. Bezpieka wzięła pod lupę kombatantów GL-AL, którzy podczas tortur obciążyli dawnych towarzyszy. W ten sposób UB zebrał pokaźny materiał na temat domniemanych przestępstw partyzantów. Pozyskane zeznania doprowadziły do skazania gen. Grzegorza Korczyńskiego i kilku jego współpracowników z ruchu oporu. Oficer otrzymał długoletni wyrok więzienia (oskarżono go o pogrom Żydów* oraz kolaborację z nazistami), co zdaniem części historyków miało stanowić próbę zastraszenia Władysława Gomułki i pozostałych członków wewnątrzpartyjnej opozycji.

Korczyński i inni weterani zostali uniewinnieni i zrehabilitowani w czasach destalinizacji. Nie ma to jednak znaczenia, bo materiały z ich procesów nadal stanowią narodowo-katolicki bat na lewicę. Ulice imienia „zbrodniczej” GL-AL usunięto w m.in. Elblągu, Radomiu, Dębicy, Kielcach oraz Świnoujściu.

Antykomunistyczny fanatyzm doprowadził nawet do likwidacji znajdującej się na Woli tablicy pamiątkowej ku czci AL-owców uczestniczących w powstaniu warszawskim.

1. i 2. Armia WP

Utworzone w ZSRR Wojsko Polskie składało się przede wszystkim z zesłańców, którzy trafili do Kraju Rad na skutek stalinowskich prześladowań. Zaciągnięcie się do armii często było dla nich jedynym sposobem na uniknięcie śmierci głodowej lub katorżniczej pracy w gułagu. Żołnierze 1. i 2. Armii WP przeszli szlak bojowy od skutych lodem terenów Rosji, aż po Budziszyn i Berlin.

IPN pozbawił ich jednak prawa do szacunku i pamięci. Wszystko dlatego, że przyszło im służyć w oddziałach sformowanych przez komunistów; na co zresztą nie mieli żadnego wpływu. W 2016 r. instytut zalecił samorządom usunięcie wszystkich nazw ulic i budowli, które upamiętniają 1. i 2. Armię WP. W uzasadnieniu opinii powołano się na to, że żołnierze zostali politycznie wykorzystani przez Stalina i byli dowodzeni przez oficerów wywodzących się z Armii Czerwonej.

Zawodowi dekomunizatorzy doprowadzili do usunięcia obelisków ku pamięci WP w Złotoryi i Warszawie. A nacjonalistyczni wandale zdemolowali pomnik pamięci Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego 1. Armii WP pod Sokołowem, który pokryli obraźliwymi napisami (m.in. „Goń z pomnika bolszewika”). Podobny los spotkać może krzyże grunwaldzkie: pomniki „komunistycznych” żołnierzy rozsiane po północno-zachodniej Polsce. IPN zapowiedział likwidację takich obiektów w Mirosławcu i Wałczu, które przez kilka dekad upamiętniały przełamanie Wału Pomorskiego przez połączone siły polsko-radzieckie.

Pionierzy socjalizmu

Nie tylko dąbrowszczacy, AL-owcy i berlingowcy zostali potępieni przez prawicę jako komuniści oraz piewcy totalitaryzmu. Konserwatyści rzucili się nawet na gen. Jarosława Dąbrowskiego, Ludwika Waryńskiego i Stanisława Okrzeję, którzy żyli, zanim świat usłyszał o bolszewikach i stalinowcach.

Kiedy radykałowie zaczęli domagać się likwidacji ulic imienia przywołanych działaczy, do akcji wkroczył IPN i nieoczekiwanie stanął w ich obronie.

– Jest wiele postaci historycznych, które nie miały nic wspólnego z komunizmem, a które władze komunistyczne postanowiły zawłaszczyć dla siebie. Takimi postaciami są na przykład działacze socjalistyczni i niepodległościowi, jak Stefan Okrzeja, Ludwik Waryński czy Jarosław Dąbrowski. Polscy bohaterowie, których ulice jak najbardziej powinny pozostać – ocenił dr Maciej Korkuć z krakowskiego IPN.
Zanim jednak IPN poszedł po rozum do głowy, prawica zdążyła już zlikwidować szereg ulic ku pamięci organizatorów socjalistycznego ruchu niepodległościowego.


*Udział Korczyńskiego i jego podwładnych w tych wydarzeniach do dziś budzi kontrowersje. Niezwiązani z IPN historycy spekulują, że prawdziwymi sprawcami zbrodni mogli być narodowcy.

Tekst pochodzi z numeru 9/2020 tygodnika „Fakty i Mity”

Facebook Comments
Poprzedni artykułIm gorzej, tym lepiej
Następny artykułGra służbami
Urodziłem się w 1996 roku. Pochodzę z Wybrzeża i przez całe życie mieszkam w województwie zachodniopomorskim. Obecnie kończę studia licencjackie na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego. (Głęboko wierzy w to, że zdoła poprawić świat, ale młody wiek usprawiedliwia tę naiwność - przy. red.).