Strona główna Felietony Nür fur hetero

Nür fur hetero

136
fotomontaż
Niestety, ssanie kasy zobowiązuje do przestrzegania europejskich zasad.

Pod obrady łódzkiego sejmiku, z poduszczenia ekstremistycznie-prawicowej organizacji Ordo Iuris, trafił projekt uchwały w sprawie przyjęcia Samorządowej Karty Praw Rodzin. Dziewiętnastoma głosami za, przy dziesięciu przeciw i dwóch wstrzymujących uchwała ta zostanie przyjęta. A jest ona ogromnie zabawna.

Zacznijmy od tego, że jej projekt zaopatrzono w adnotację radcy prawnego: „zaopiniowano pod względem formalno-prawnym”, ale nie wiemy, czy opinia wypadła pozytywnie, czy negatywnie.

Z projektu dowiadujemy się również, że uchwała została już podpisana przez Iwonę Koperską, przewodniczącą sejmiku. Przewodniczący podpisuje uchwały po ich podjęciu, lecz pani Koperska, z właściwą PiS postawą wobec obowiązującego prawa, machnęła podpis pod projektem, nie kłopocząc swojej blond głowy oczekiwaniem na głosowanie. To mniej więcej tak, jakby Dudo-PiS podpisał się pod ustawą, której Sejm jeszcze nie przegłosował. W normalnym państwie skutkowałoby to zakwestionowaniem uchwały przez organ nadzoru, ale w Republice Banasiowej organem nadzoru jest jakiś młodzieniec na stołku wojewody łódzkiego, który nie emocjonuje się nadmiernie obowiązującym prawem.

W podstawie prawnej projektu wskazano art. 18 pkt 20 ustawy o samorządzie województwa. Z żadnej ustawy ani też ze statutu województwa nie wynika jednak, aby sejmik miał się zajmować np. „nawiązywaniem do słów Ojca Świętego” (ktokolwiek to jest), a tego właśnie dotyczy uchwała. Zatem podstawy prawne uchwały są, hm, wątpliwe.

A oto załącznik do uchwały, czyli Samorządowa Karta Praw Rodzin – absolutna orgia intelektualna.

Fundament ładu

Sejmik przyjmuje ten wiekopomny dokument „w szczególnym 2020 roku ogłoszonym (…) rokiem Jana Pawła II w województwie łódzkim”. W ten sposób organ władzy publicznej nawiązuje do „słów Ojca Świętego, że Rodzina jest centrum i sercem cywilizacji miłości”. Cóż, w dziele wychwalania pana Wojtyły rok 2020 nie jest „szczególny”, skoro osoba ta była i jest wychwalana nieustająco. Wychwalanie to obejmuje, jak rozumiem, również osiągnięcie pana Wojtyły w sferze ochrony rodziny, polegające na uczynieniu ekspertem światowego synodu biskupów w Watykanie w latach 1991, 1993 i 1997 niejakiego Marciala Maciela Degollado, założyciela Legionu Chrystusa, sprawcę bestialstwa seksualnego wobec 30 dzieci. Zaiste, była to „cywilizacja miłości”.

Następnie Karta obwieszcza, że „rodzina jest fundamentem ładu społecznego” i że „żadna zbiorowość nie jest w stanie realizować dobra wspólnego bez udziału rodzin”, jak również, że „od ich (czyli rodzin) dobrego funkcjonowania zależy nasza przyszłość”. To bełkot oderwany od realiów społecznych i prawnych. Ustawową rolą samorządu województwa nie jest uprawianie ideologicznych krucjat w sprawie rodziny. Obecny ład społeczny w Polsce narzuca bezżenny właściciel kota, który jedyne życie rodzinne uprawiał z matką, a i to w niewielkim zakresie, gdyż wiele już lat temu został biedaczek zupełną sierotką. Fundamentem ładu społecznego jest zasadniczo poszanowanie prawa oraz jego dobra jakość, a nie „rodzina”. Przykładem destrukcyjnego wpływu rodzin na dobro państwa niech będzie znany przypadek zaangażowania organów państwa w pomoc „córce leśnika”, o której do dziś nie wiemy, czy dzięki rodzinnym koneksjom uzyskała w końcu finansowane z naszych podatków zatrudnienie, czy też błąka się gdzieś, niebożątko, narażona na seksualną agresję „leśnego ruchadła”. Ogromny wkład w rozwój „dobra wspólnego” wniosły osoby bezżenne (jak choćby Leonardo da Vinci, zresztą urodzony jako bękart) lub bezdzietne (jak choćby Angela Merkel), zaś osoby posiadające dzieci (jak np. Józef Stalin) lub małżonków (jak, ostatecznie, Adolf Hitler) bywały raczej pasywem „dobra wspólnego”. Najlepszym przykładem wpływu rodzin na „dobro wspólne” może być rodzina Borgiów, której burzliwemu życiu poświęcono wiele uwagi w kulturze popularnej. Mniemam, że „dobro wspólne” poradziłoby sobie lepiej, gdyby rodzinie tej powiodło się nieco gorzej. Na liście rodzin, których powodzenie było odwrotnie proporcjonalne do pomyślności „dobra wspólnego”, można wskazać takie rody, jak rodziny Trumpów, Bushów czy Kaczyńskich. Pisowcy zechcą na tej liście umieścić Tusków czy Clintonów. Tak więc można uznać, że właściwie panuje ponadpolityczna zgoda, iż nie ma korelacji pomiędzy „dobrem rodziny” a „dobrem wspólnym” – zależy wszak, o której rodzinie mówimy.

Jeśli zaś chodzi o „naszą przyszłość”, to zależy ona obecnie od redukcji emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń, a nie od „dobra rodziny”. Nawet bujna i nieskrępowana małżeńskimi konwenansami (co popieram) płodność pisowskiej posłanki Chorosińskiej nie uchroni nas przed uduszeniem się z braku czystego powietrza. Można wręcz rzec, że im mniej ludzi (czyli też i rodzin), tym większe szanse na przetrwanie planety.

Zmienia się zresztą definicja rodziny. Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie „Schalk i Kopf”uznał za rodzinę dwie dorosłe osoby tej samej płci pozostające w stałym związku. Polski ustawodawca podobnie, w ustawie o świadczeniach rodzinnych, zaliczył do rodziny „małżonków, rodziców dzieci, opiekuna faktycznego dziecka oraz pozostające na utrzymaniu dzieci w wieku do ukończenia 25. roku życia”, racjonalnie nie przejmując się w tym względzie płcią czy stanem cywilnym rodziców/opiekunów. Wbrew pobożnym życzeniom piewców „tradycyjnych wartości”, współcześnie w Polsce 25 proc. dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, a w takiej np. Francji aż 60 proc. Gdyby zapytać przeciętnego wyborcę partii prezesa Banasia, czy woleliby doświadczać na co dzień pomyślności dostępnej dla obywateli Francji, czy też pławić się w luksusach życia w Polsce, zapewne wynik plebiscytu byłby taki, jak wynika z głosowania nogami. Emigranci, którzy zwiali z Polski, by znosić znój życia w zdeprawowanej i nieszanującej „rodziny” Francji czy Wielkiej Brytanii, jakoś dziwnie nie chcą wracać tutaj, by tuczyć się w „polskim modelu państwa dobrobytu”, o którym bełkoczą Jadosław Kłamczyński i Matołusz Moradziecki.

Ochrona przed LGBT-yzmem

Z pisanego na wysokim pierdzie tekstu Karty dowiadujemy się następnie, że łódzki sejmik szanuje wybrane przez siebie przepisy Konstytucji – np. rzekomą zasadę, że małżeństwo jest „związkiem kobiety i mężczyzny”. Oczywiście, Konstytucja nic takiego nie zawiera, bo jest w niej to, co jest – zacytujmy art. 18: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Przepis ten nie przesądza, że małżeństwo jest związkiem samicy i samca, a tylko nakazuje „chronić i opiekować się” nim, zarazem nakazując chronić tak samo pozostałe rodziny (np. jednopłciowe czy niepełne).

Sejmik dostrzega też „szczególną potrzebę”: „wspierania rodzin wielodzietnych” (konstytucyjny obowiązek „szczególnej pomocy ze strony władz publicznych” dotyczy „zwłaszcza rodzin wielodzietnych i niepełnych”, ale oczywiście rodziny niepełne jakoś uszły uwadze bogobojnych radnych); „promowania wartości wynikających z posiadania rodziny, małżeństwa i rodzicielstwa” (trudno jednak doszukać się jakichkolwiek wartości w seryjnym zawieraniu małżeństw przez pisowską księżniczkę Kaczyńską czy w życiu rodzinnym byłego posła Pięty); „zapewniania ochrony rodzin przed wpływami ideologii podważających autonomię i tożsamość rodziny”.

Nie wiem, skąd w sejmiku, który z mocy art. 25 ust. 2 Konstytucji RP ma za zadanie zachować „bezstronność w sprawach przekonań (…) światopoglądowych i filozoficznych”, powstało przekonanie, że ma chronić rodziny przed jakąkolwiek „ideologią”? Jeżeli sejmik ma na myśli „ideologię” polegającą na równym traktowaniu, to może warto, aby przyjął też uchwałę o rezygnacji ze środków unijnych, których jednym z największych w Polsce ssaczy jest właśnie Łódzkie? Prawo unijne nakazuje zapobiegać wszelkim formom dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Jeżeli więc sejmik ma ochotę trochę sobie podyskryminować np. osoby LGBT+ (bo o to chyba chodzi w „zapewnianiu ochrony rodzin przed wpływami ideologii podważających autonomię i tożsamość rodziny”), to koniecznie musi też podjąć dziejową decyzję o rezygnacji z tych okropnych, tęczowych pieniędzy brukselskich. Niestety, ssanie kasy zobowiązuje do przestrzegania europejskich zasad, a do nich należy przekonanie, że trzeba zrobić wszystko, aby już nigdy nie powtórzyło się hitlerowskie bestialstwo prześladowań wobec osób LBGT+.

Oczywiście, bogobojny pisowski sejmik może też nie podejmować takiej uchwały, ale wówczas musi się liczyć z zakwestionowaniem przez Komisję Europejską prawidłowości wydatkowania środków unijnych przez samorząd woj. łódzkiego. A mówimy o kwocie ponad 2,25 miliarda euro. Odebranie tych pieniędzy raczej nie zwiększy „dobra wspólnego”.