Kampania wyborcza się skończyła, można powoli pokazywać smutną prawdę o naszej gospodarce.

Do tego, że PiS koloryzuje, przechwala się i kłamie wszyscy się już przyzwyczaili. To znaczy normalna część społeczeństwa wie, że to robi, pozostali łykają różne bzdury jak pelikany. Problem w tym, że to ci drudzy fundują tym pierwszym taki gospodarczy armagedonik.

Wyborczy wytrysk optymizmu

Po pięciu latach rozkładania gospodarki, rozdrapywania stołków w spółkach skarbu państwa, wpuszczania ich w maliny nieprzemyślanych inwestycji, gnojenia przedsiębiorców i rozdawania swoim wyborcom społecznej kasy nadszedł kryzys. Ale jaki malutki! Jak my z tego wychodzimy wzmocnieni – brzmiała wyborcza nuta w ustach Dudy, Morawieckiego i akolitów. Wśród tych ostatnich szczególnie wyróżniał się europoseł PiS Zbigniew Kuźmiuk.

Podobnie jak wszyscy podchwycił tzw. letnią prognozę wzrostu gospodarczego w 27 krajach Unii Europejskiej, przedstawioną przez Komisję Europejską. Gorszą niż wiosenna. Ale za to miód na serca PiS wlała informacja, że spadek naszego PKB będzie najniższy w Unii Europejskiej i wyniesie „tylko” 4,6 proc. „To jest rezultat rozsądnego zamykania przez rząd różnych dziedzin naszej gospodarki (podjęcie decyzji o zamknięciu na wczesnym etapie rozwoju pandemii koronawirusa i stosunkowo szybkie ich odmrażanie) oraz zastosowania szerokiego zestawu instrumentów fiskalnych i monetarnych dla wspierania gospodarki” – zagrzmiał Kuźmiuk na łamach portalu Fronda.pl.

Chór śpiewał zgodnie. „Recesja będzie na całym świecie, dotknie również naszej gospodarki. Myślę jednak, że dzięki odpowiedniej reakcji, m.in. dzięki tarczy antykryzysowej i tarczy finansowej, możemy się dziś spodziewać, że recesja będzie w Polsce płytka, być może nawet najpłytsza w Europie” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” premier Mateusz Morawiecki. „Myślę, że wynik w 2020 r. może być lepszy niż minus 4 proc.” – dodał.

No i oczywiście Andrzej Duda. „Mamy cały czas stosunkowo najwyższe PKB, jeżeli chodzi o naszą sytuację gospodarczą w stosunku do innych krajów. Oczywiście to PKB według prognozy nie jest dodatnie, ale jest kilka razy mniej negatywne niż to, co w innych wielkich krajach UE” – poinformował fanów podczas spotkania wyborczego w Łomży. „Co to, proszę państwa, oznacza? To oznacza, że w przyszłym roku powinniśmy mieć dodatnie PKB na poziomie takim, jaki mieliśmy w latach 2016–2019”.

Wybiórcze dane

Duda ekonomistą nie jest. Morawiecki też nie (trochę się w banku nauczył, ale…). Kuźmiuk to według Wikipedii „polski ekonomista, nauczyciel akademicki i przedsiębiorca, doktor nauk ekonomicznych”. Ekonomię kończył w 1979 r., więc wyraźnie pozostały mu jej socjalistyczne aspekty. Wsparte socjalistyczną – w wersji ZSL i PiS – demagogią. A w PiS albo nie ma żadnych myślących ekonomistów, albo wszyscy myślą i mówią tak, jak każe prezes.

Oto bowiem ważna jest nie tylko wartość spadku PKB. Bodaj czy nie ważniejsza jest różnica między dynamiką ubiegłoroczną a tegoroczną – czyli skala spadku. A tę mamy większą niż kilka krajów – i lądujemy dopiero na siódmym miejscu w UE. Najmniejszy spadek zanotuje według prognoz Szwecja – 6,5 punktu procentowego, z 1,2 do -5,3 proc. Drugie Niemcy to 6,9 pkt proc. spadku, trzecia Finlandia – 7,4 pkt proc. Polska z 4,1 proc. w 2019 r. spada do -4,6 proc. – a zatem o 8,7 pkt proc.

Co więcej – owo „dodatnie PKB”, o którym mówił Duda, faktycznie w przyszłym roku będzie. Stawiając nas na dalekim miejscu w Europie. Przewidywane przez KE 4,3 proc. to znacznie mniej niż choćby węgierskie 6 proc. Nie mówiąc o tym, że wolniej niż Polska rozwijające się do tej pory kraje przyspieszą mocniej. Takie Niemcy do 5,3 proc., Francja do 7,6 proc., Włochy do 6,1 proc. Ale o tym jakoś w kampanii nikt nie mówił.

Powrót na ziemię

Kampania minęła i jakoś szybko pojawiły się gorsze prognozy. W cokwartalnej Ankiecie Makroekonomicznej NBP dała o sobie znać wysoka niepewność co do przebiegu procesów makroekonomicznych w przyszłości. „Indywidualne prognozy centralne pozostają bardzo zróżnicowane między ekspertami, a postrzegana przez nich niepewność – bardzo duża. Jest to szczególnie widoczne w przypadku prognoz tempa wzrostu PKB na 2021 r.” – napisał w komentarzu bank centralny. Eksperci szacowali głębokość recesji na od 5 do 1,8 proc. W 2021 r. można spodziewać się tempa wzrostu PKB między 2,1 a 5,2 proc., zaś w 2022 r. – między 1,9 a 4,2 proc. (są to granice 50-proc. przedziału prawdopodobieństwa). Tzw. scenariusze centralne na poszczególne lata (czyli średnia prognoz) to ‐3,6 proc. dla 2020 r., 3,7 proc. dla 2021 r. i 3,1 proc. dla 2022 r. Czyli niby mniejsza recesja, ale i mniejsze odbicie.

Dalej poszedł Departament Analiz Ekonomicznych NBP przewidując, że w tym roku PKB zmaleje ponad 5 proc., a w przyszłym roku wzrośnie o cyfrę mniejszą od spadku.

Ceny w górę

W czerwcu inflacja wyniosła 3,3 proc., rosnąc z 2,9 proc. w maju. I całoroczny wzrost cen też ma wynieść 3,3 proc. Co ważne, według KE w przyszłym roku inflacja wzrośnie z 1,0 proc. w pierwszym kwartale do 4,5 proc. w czwartym. Żaden inny kraj nie doświadczy takiego wzrostu inflacji. O tym też jakoś było (i jest) cicho w oficjalnej propagandzie. No bo przecież oznacza to, że 500 plus to już niedługo będzie realnie jakieś 250 plus… Chociaż… NBP właśnie prognozuje, że inflacja wyhamuje i w ciągu dwóch następnych lat spadnie nie tylko poniżej celu NBP (2,5 proc.), ale czasami nawet poniżej dolnej granicy wahań (1,5 proc.).

Ale już po wyborach, więc o niektórych wyborcach można na razie zapomnieć. Na przykład o emerytach. Nie będzie dla nich bonu turystycznego, czego chciał Senat, ale też którejś tam z rzędu emerytury, co obiecywał Duda, ani wcześniejszych emerytur stażowych. Zdaje się, że nie będzie też Funduszu Medycznego, który ma być przeznaczony na leczenie onkologiczne i choroby rzadkie. Ba, miał być jeszcze Fundusz Modernizacji Szpitali. Tymczasem odwołano posiedzenie Komisji Zdrowia, na którym miała być rozpatrywana ustawa. Odłożone ad kalendas graecas?

Nie ma czym rosnąć

Ktoś zapyta – dlaczego? Bo kasy już zaczyna brakować. O czym doskonale wiedziano jeszcze przed wyborami. A idą dodatkowe wydatki, zaś z wpływami może być gorzej.

Na wzrost PKB wpływ mają trzy główne czynniki. „Dzięki” socjalnym wygłupom PiS i rozrzucaniu pieniędzy największy wpływ miała konsumpcja prywatna. Psują to pandemia i inflacja, a gorzej było już w IV kwartale ubiegłego roku. Wprawdzie w maju sprzedaż detaliczna wzrosła w stosunku do kwietnia, ale rok do roku nadal była niższa o 7,7 proc. A ceny rosną, zwłaszcza usług. Oczywiście żaden Seba i żadna Karyna pojęcia nie ma, co to jest inflacja, ale że za swoje pińcet razy ileś Brajanków kupi mniej – to zauważy.

Druga noga to handel zagraniczny. Świat jest w recesji, to i handel również. Według danych GUS, obroty w okresie styczeń–maj br. spadły w eksporcie o 7,4 proc., w imporcie o 9,6 proc. A w maju import zmniejszył się o 25 proc. I lepiej szybko nie będzie, a sygnały z Zachodu po reelekcji Dudy i kolejnych wybrykach PiS sugerują możliwość osłabienia więzi handlowych.

Wreszcie inwestycje. W I kwartale praktycznie zamarły – wzrosły o 0,9 proc. Już wcześniej wzrost generowany był głównie przez inwestycje publiczne i samorządowe, które już pod koniec 2019 r. hamowały. Samorządom PiS zabiera ile może, więc nie ma co już na nie liczyć. Firmy są w kryzysie. Unijnych środków jest mniej (nie licząc pomocowych). A źródełko może wyschnąć. – To nasi podatnicy płacą i nie chcą wspierać autorytarnych rządów na wschodzie – powiedział jeden z unijnych dyplomatów dziennikarce Katarzynie Szymańskiej-Borginon z RMF FM. I Komisja Wolności Obywatelskich Parlamentu Europejskiego przyjęła krytyczny raport w sprawie praworządności w Polsce za rządów PiS stosunkiem 52 do 15 głosów. To kolejny krok w kierunku powiązania wypłaty unijnych pieniędzy z przestrzeganiem prawa w państwach członkowskich.

A jak rząd PiS chce przyspieszyć wzrost gospodarczy? Przykładem jego działań może być rozwiązywanie kwestii kuli u nogi, którą jest i coraz bardziej będzie górnictwo. Jak pisał „Parkiet”, branża czeka na plan ratunkowy, którego od dawna nie jest w stanie opracować Ministerstwo Aktywów Państwowych niejakiego Sasina. Wcześniej próbowano wrobić w to spółki energetyczne. Teraz i one robią bokami (vide Tauron). A górnicy nie darują, bo Polska Grupa Górnicza jest na skraju bankructwa i zaraz nie będzie miała z czego płacić (to znaczy my zapłacimy). Za to możemy mieć superkoncerny – Orleno-Lotoso-PGNiG to jeden, a rząd planuje połączenie Polskiej Grupy Energetycznej, Tauronu i Enei w jeden (czyli drugi) energetyczny koncern. To wszystko ma spowolnić spadek wzrostu
gospodarczego? Śmiem wątpić.

Facebook Comments