Byłoby dobrze, gdyby ktoś wytłumaczył A. Dudzie, że „broń jądrowa” to nie są męskie genitalia. Przynajmniej w środowisku zwierzchników sił zbrojnych.

Rosjanie mówią wprost – użyjemy broni jądrowej przeciw swoim wrogom, jeśli będą oni zagrażać naszemu bezpieczeństwu. Co na to Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP? Nic. Pewnie wierzy, że powstrzymają ich oczka wodne.

Na początku maja br. Prezydent RP, a zarazem Zwierzchnik Sił Zbrojnych (wielkie litery są tu oczywiście wyrazem szacunku dla funkcji – nie osoby), podpisał dokument „Strategia bezpieczeństwa narodowego Rzeczypospolitej Polskiej 2020”. Omawialiśmy go obszernie w tym miejscu przed kilkoma tygodniami („FiM” 21/2020). Czyniliśmy to dlatego, że jeden z najważniejszych dla naszej przyszłości dokumentów pozostał w Polsce bez echa – bez refleksji, bez komentarzy. Najważniejsza myśl bijąca z tego dokumentu sprowadza się do zdefiniowania głównego zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski. Nie jest nim autorytaryzm Kaczyńskiego, intelekt Suskiego, interesy Szumowskiego, majątek państwa w rękach Sasina, drenaż majątku państwa przez katolicki kler, koronawirus, recesja gospodarcza, zadłużenie kraju, niewydolny system opieki zdrowotnej, walący się system opieki socjalnej, ocieplenie klimatu, lecz Rosja. „Najpoważniejsze zagrożenie stanowi neoimperialna polityka władz Federacji Rosyjskiej, realizowana również przy użyciu siły militarnej” – zauważyli stratedzy Dudy.

Reszta „Strategii” – w zdecydowanej jej większości – sprowadza się do nieudolnych prób definiowania zagrożeń ze strony Rosji i snucia wizji Wielkiej Polski z dostępem do broni masowego rażenia. Bo chcemy: „Aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu polityki odstraszania nuklearnego Sojuszu Północnoatlantyckiego”. Działo się to w czasie, kiedy Niemcy wyrazili chęć pozbycia się amerykańskich głowic jądrowych, a amerykańska ambasador w Polsce zasugerowała, że broń ta mogłaby trafić właśnie do nas. I o tym wspomnieliśmy, ale do tematu wracamy, bo jest on coraz bardziej aktualny.

Administracja Prezydenta Donalda Trumpa zdecydowała się zmniejszyć liczbę żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech o 9,5 tys. osób (z 34,5 tys. do 25 tys.). Oczywiście nie wspomniano, że razem z nimi nie wyjedzie broń masowego rażenia, bo jak Amerykanie raz już zasadzą swoje głowice, to ich liczba może się na takim poletku tylko zwiększać, a nie zmniejszać. A co z amerykańskimi żołnierzami, którzy opuszczą terytorium naszego zachodniego sąsiada?

Premier polskiego rządu: „Mam głęboką nadzieję, że w wyniku wielu rozmów, które odbyliśmy i poprzez pokazanie tego, jak solidnym partnerem jesteśmy w ramach NATO, że część tych żołnierzy stacjonujących dzisiaj w Niemczech i wycofywanych przez Stany Zjednoczone rzeczywiście trafi do Polski” – powiedział M. Morawiecki. Możliwość taką potwierdzają dobrze zazwyczaj poinformowane źródła, m.in. niemiecki tygodnik „Der Spiegel”, brytyjska agencja Reuters i amerykański dziennik „The Wall Street Journal”. Wygląda więc na to, że amerykański kontyngent w Polsce powiększy się niedługo z 5 tys. żołnierzy o kilka tysięcy kolejnych. I oczywiście – oficjalnie lub nieoficjalnie – będą trzymać ręce na guzikach odpalających „coś” naprawdę mocnego. Tryb czasu przyszłego jest tu formą pewnej dziennikarskiej poprawności warsztatowej, bowiem jest nader prawdopodobne, że broń taka już w Polsce stacjonuje.

W zasadzie wali mnie, jak dyslokacja amerykańskich wojsk na terenie Europy wpłynie na stan organizacji i mobilności Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO). Nie dostrzegam – jak „jądrowi stratedzy” A. Dudy – zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej (FR). Ale też nie znaczy to, że nie powinniśmy się obawiać konfliktu zbrojnego z Rosją. To, co piszę, może się wydawać głupie, ale to pozory. Jeśli np. Trumpowi coś odbije i w ramach toczonej już z Amerykanami wojny zdecyduje się zaatakować Rosję – zrobi to i z całą pewnością nie będzie pytał o zgodę na taki krok ani Kaczyńskiego, ani Dudy (lub jego następcy), ani tym bardziej Błaszczaka czy Morawieckiego. (Inna sprawa, że pewnie z radością by na to przystali). Nie zapyta nawet polskiego Episkopatu, który akurat mógłby być temu przeciwny, bo zakłóciłoby to mu świetnie funkcjonujący biznes. Co, gdyby pociski lecące w stronę Moskwy zostały odpalone z naszego terytorium? No, strach pomyśleć, ile kościołów by runęło i ilu rodaków pospieszyło na spotkanie z Panem. A gdyby poleciały na Rosję z terenu innego państwa? Efekt mógłby być taki sam: Rosjanie zaczęliby eliminować inne potencjalne zagrożenia – w pierwszej kolejności te najbliżej ich granic. Nie pomogły nam stare sentymenty: Anna German, Maryla Rodowicz, Daniel Olbrychski, Barbara Brylska i im podobni. Przecież dopiero co, przed pięcioma tygodniami, długopisem Prezydenta RP zdefiniowaliśmy swoich wschodnich sąsiadów jako wrogów… I tak powolutku, ale bardzo systematycznie i skutecznie, zamieniamy się z terenu „buforowego” przyszłych działań wojennych w kraj „pierwszego uderzenia”.

Przed kilkoma dniami Prezydent Rosji Władimir Putin też podpisał ważny dla bezpieczeństwa jego kraju dokument – „Dekret Prezydenta Federacji Rosyjskiej o podstawach polityki rosyjskiej w zakresie wykorzystania broni jądrowej jako środka powstrzymującego uderzenia”. Co w nim znajdujemy? Zaczyna się grzecznie i uspokajająco. „Federacja Rosyjska postrzega broń nuklearną wyłącznie jako środek odstraszający, którego użycie jest środkiem ostatecznym i wymuszonym i podejmuje wszelkie konieczne wysiłki na rzecz zredukowania zagrożenia nuklearnego i zapobieżenia eskalacji w relacjach międzypaństwowych, jakie mogłyby sprowokować konflikty militarne, w tym jądrowe” – czytamy. Podkreślają tę ideę, opisując cel swojej polityki jądrowej: „zapewnienie potencjalnemu wrogowi świadomości nieuchronności odwetu w razie agresji przeciwko Rosji lub jej sojusznikom”.

Dokument uściśla zagrożenia ze strony krajów postrzegających Rosję jako potencjalnego wroga. I wymienia kilka takich przykładów:
„(…) rozmieszczenie na terytoriach państw nie-jądrowych broni jądrowej i środków jej przenoszenia; rozbudowywanie przez potencjalnych przeciwników na terytoriach i akwenach morskich przyległych do FR i jej sojuszników zgrupowań sił ogólnego przeznaczenia, w składzie których znajdują się środki przenoszące broń nuklearną; rozmieszczanie przez państwa, które postrzegają FR w kategoriach potencjalnego przeciwnika, systemów i środków obrony przeciwrakietowej, rakiet balistycznych średniego i krótkiego zasięgu i rozmieszczenie systemów tarczy antyrakietowej; obecność w państwach broni nuklearnej i innych typów broni masowego rażenia, które mogą zostać użyte przeciw FR lub jej sojuszników, a także środków przenoszących takie rodzaje broni”. No, wygląda na to, że „łapiemy” się na wszystkie powyższe kategorie.

To już się, proszę Państwa, dzieje – dekret W. Putina obowiązuje od 2 czerwca. A my? Cóż, cała nadzieja w oczkach wodnych…

Facebook Comments
Poprzedni artykułKsiądz kontra policja
Następny artykułFakty (17)
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).