Gdybyśmy mieli państwo świeckie i laickiego prezydenta, to na piersiach redaktorów „Faktów i Mitów” zawisłyby teraz ordery.

Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień. Wzdycham sobie właśnie na wieść, że nasz tygodnik wychodzi już dwadzieścia lat. To znaczy przecież, że wchodził on wraz z Polską w XXI w. W Unię Europejską. I od pięciu lat w zapoczątkowaną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką.

Zwaną, dla oszukania „ciemnego ludu”, „dobrą zmianą” albo „IV Rzeczpospolitą”.

Kiedy „Fakty i Mity” powstały, ja pracowałem w tygodniku „Nie”. Wielce uczeni mężowie, specjaliści od rynku prasowego i marketingu medialnego, wieszczyli nam, że szybko dojdzie do wojny między obu tygodnikami. Bo w zdominowanej przez Kościół katolicki Polsce nie ma miejsca na dwa antyklerykalne i bardzo popularne tygodniki.

Czas pokazał, że się mylili.

Tygodnik „Nie” skupiał się na antyklerykalizmie politycznym, a „Fakty i Mity”, oprócz tego politycznego, prezentowały wielce kompetentne artykuły z zakresu antyklerykalizmu kulturowego.

Były znakomitą pomocą na lekcjach religioznawstwa. Ciągle rzadkich w naszym kraju, niestety.

Dlatego do wieszczonej przez wiele lat wojny między oboma tygodnikami nie doszło. Przeciwnie, przynajmniej kilkunastu znanych mi dziennikarzy pisywało do obu pism. Okazało się, że wspólny wróg skutecznie nas jednoczył.

Dzięki niemu też, po zakończeniu pracy w „Nie”, zacząłem cztery lata temu regularnie pisać do „Faktów i Mitów”. Dzięki temu mam w swoim życiorysie te dwa, jakże ważne dla polskiej prasy, tygodniki.

Farciarz ze mnie.

Potęgą był i basta

Dwadzieścia lat temu polski Kościół katolicki był potęgą. Nikt, poza wspomnianymi wyżej tygodnikami, w przestrzeni publicznej, w polityce nie chciał z nim zadzierać.

Bo wtedy wszystkie popularne prawicowe i centrowe partie oraz ugrupowania polityczne gromko wspierały hierarchów Kościoła kat.
Liderzy lewicy, skupionej wtedy w SLD, proponowali hierarchom i proboszczom swoisty pakt o nieagresji. Akceptowany poufnie przez hierarchów.

W praktyce wyglądało to tak. Przywódcy SLD unikali publicznych wypowiedzi krytycznych wobec Kościoła i starali się powstrzymywać od nich swych antyklerykalnych działaczy.

Za to hierarchowie kościelni łaskawie zaszczycali swą obecnością publiczne imprezy, organizowane przez elity SLD.

Ale kiedy przychodziły wybory, wówczas hierarchowie i proboszczowie zgodnie i bez skrępowania zachęcali do głosowania jedynie na kandydatów prawicy.

Zaś kandydatów lewicy obrzydzali, jak tylko mogli.

Nawet prezydent Aleksander Kwaśniewski, dla świętego spokoju politycznego, trzymał w swym pałacu kapelana. A jako zwierzchnik sił zbrojnych współpracował z biskupem polowym Wojska Polskiego, generałem Sławojem Leszkiem Głódziem. Zwanym powszechnie „Flaszką”.

Bo biskup wypić lubił.

Pił rzecz jasna tylko alkohole ciężkie, te powyżej 40 proc. Jako człek towarzyski nie cierpiał upijać się sam. Musiał mieć do tej celebry męskich kompanów.

Najbardziej lubił pić z zadeklarowanymi ateistami. Wierzył zapewne, że polewana przez niego whisky ma moc wody święconej. I po obaleniu pierwszego litra może nastąpić cudowny akt ewangelizacji.

A po drugim litrze nawet antyklerykalny publicysta może dostąpić aktu Łaski Wiary.

Znam to z autopsji, bo kilkakrotnie byłem poddawany jego ewangelizacji w czasie prezydenckich przyjęć urodzinowych w Dużym Pałacu.
Niestety, oprócz napojów wysokoprocentowych bepe Głódź lubił też oglądać męskie pośladki. Zwłaszcza te opięte ciasnymi regulaminowo spodniami wojaków z kompanii reprezentacyjnej lub żandarmerii wojskowej.

Często alkohol potęgował te estetyczne pasje katolickiego hierarchy. Dlatego zaraz po pierwszym litrze ewangelizacji biskupa polowego-generała salwowałem się ucieczką w stronę pierwszego stolika damskiego. Bo damskiego towarzystwa biskup generał po pijaku nie lubił. A na feministki reagował jak przysłowiowy diabeł na wodę święconą.

Tak to kobiety lewicy ratowały mnie przed przepastnym pijaństwem reprezentanta Kościoła katolickiego.

Teraz trzeba przypomnieć, że dwadzieścia lat temu rzeczywiście przed mackami polskiego Kościoła kat. trudno było uciec. I w Polsce, i za granicami.

W Watykanie rządził wtedy „polski papież” Jan Paweł II. Silną grupą wpływów była tam „polska mafia”, czyli hierarchowie z Polski rodem.

W Polsce przywiązanie do Kościoła katolickiego deklarowało prawie 90 proc. ankietowanych. Udział w mszach i innych kościelnych imprezach regularnie potwierdzała większość społeczeństwa.

Na czele z ówczesnymi celebrytami, liderami opinii publicznej.

Wtedy znani artyści uwielbiali publicznie podkreślać swą wiarę, przywiązanie do katolicyzmu, do celebrowania tradycyjnych świąt.

O przychylność hierarchów kościelnych zabiegali też liderzy konkurujących, największych partii politycznych – PO i PiS.

Dla każdej z nich ówczesny Kościół kat. miał przygotowaną ofertę rynkową.

Dla inteligencji wielkomiejskiej, salonów warszawskich i krakowskich, a politycznie dla Platformy Obywatelskiej przeznaczony był ówczesny „kościół łagiewnicki”. Uosobiony przez księży inteligentów, Adama Bonieckiego i Józefa Tischnera. Ze stolicą w podkrakowskich Łagiewnikach.

Dla ludu z prowincji, a politycznie dla PiS, przeznaczony był „kościół toruński”. Zarządzany przez ojca dyrektora Rydzyka. Ze stolicą w mieście znanym też ze smacznych pierników.

Słowem, dla każdego było coś miłego. Z wyjątkiem niekatolików.

Nawet ówczesna „Gazeta Wyborcza”, propagując „kościół łagiewnicki”, prześcigała się w klerykalizacji Polski.

A jej redaktor naczelny Adam Michnik strofował nas jako „zoooologiiicznyyych aaantykleeerykałówww”.

Tron i obciach

Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień. Dziś polski Kościół kat. jest instytucją pozbawioną wszelkiego autorytetu moralnego. A dla ludzi młodych coraz częściej obcowanie z nim jest zwyczajnym obciachem.

Trzeba uczciwie rzec, że hierarchowie i proboszczowie sami sobie na to zapracowali. Zgubiła ich miłość do władzy. Polski Kościół kat. często zawierał sojusze z tronem. Lub pretendentami do tego tronu.

W ostatniej dekadzie Polski Ludowej publicznie wspierał opozycyjną Solidarność, poufnie zaś kolaborował z „ateistycznym reżimem”.
Był trzecią nogą porozumienia Okrągłego Stołu. Notariuszem obu układających się stron. I tej solidarnościowej, i tej partyjno-rządowej.
Swoich notarialnych usług nie świadczył bezinteresownie. Od rządu Rakowskiego dostali hierarchowie ustawę z maja 1989 r., gwarantującą im silną pozycję w państwie, otwierającą możliwość odbierania skonfiskowanego im w PRL majątku.

Od strony solidarnościowej dostali gwarancję „rządu dusz”. Przymusowego powrotu lekcji religii do szkół i powrotu katolicyzmu do polskiej kultury. W przypadku kultury nie w pełni się to im udało, bo w kulturze przymus nie jest tak skuteczny jak w oświacie.

Zgubiła polski Kościół kat. miłość do pieniędzy. Za każde wsparcie sił politycznych w wyborach kler żądał kolejnych korzyści materialnych. Największe uzyskał za pozorną neutralność w czasie referendum w sprawie naszego przystąpienia do Unii Europejskiej.

Hierarchowie z jednej strony chcieli wejść do Unii, bo przecież są największymi posiadaczami majątków ziemskich w Polsce. Chcieli akcesji , bo marzyli o finansowych dopłatach z funduszu unijnej polityki rolnej.

Jednocześnie przewidywali, że wraz z akcesją nastąpi laicyzacja polskiego społeczeństwa. Mieli pewnie jednak nadzieję, że nie dojdzie do niej jeszcze za ich życia.

Zgubił też polski Kościół kat. polski duopol partyjny. Konieczność politycznego opowiedzenia się za PO lub PiS. Postawili na PiS.

Taki wybór sprawił, że nie ma już w Polsce Kościoła powszechnego. Sanktuarium w Łagiewnikach stało się miejscem zgorszenia moralnego – demonstracyjnego ponownego ślubu prezesa Jacka Kurskiego.

Dziś polski Kościół kat. to kościół wyborców prezydenta Andrzeja Dudy. Czyli 51 proc. aktywnych politycznie obywateli RP.

Dla pozostałych to instytucja wroga politycznie. Chroniąca pedofilów. Rządzona przez homoseksualną „lawendową mafię”.
To pazerna na pieniądze firma, oferująca wątpliwej jakości usługi zbawienia wiecznego.

To instytucja niemoralna. I zwyczajnie wielce obciachowa.

Jakiś wkład w uświadomienie tych prawd ma tygodnik „Fakty i Mity”.


PS. Czasem fakty się kończą. Ale mity zostają. Nie żegnam się z Wami, najdrożsi Czytelnicy. Życie toczy się dalej. Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!

Facebook Comments
Poprzedni artykułUSA: demokracja czy zamordyzm
Następny artykułZ pamiętnika antyklerykałki
Piotr Gadzinowski
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).